Archiwum kategorii ‘Wirtualne Zadupia’
Defendo – Annapurna pomiędzy bytem a zapomnieniem
Defendo często mi zarzucała, że nie chcę bądź wcale nie potrafię pisać o wierze, bogu, śmierci. Niechętnie dyskutuję z ateistami, wierzącymi czy agnostykami na ów temat. To prawda, nie wiem kim jestem: ateistą czy agnostykiem. Skoro nie umiem zdefiniować swych własnych poglądów, to jakże mam o tym opowiadać innym?
Żałuję jedynie, że nie zdążyłem przyznać jej tytułu Easy Ridera Blogoprzestrzeni.
Chyba oczywistym jest, że skoro jakiś bóg istnieje, to z całą pewnością, jako jedyna prawda, jest czymś obiektywnym. I – zakładając – jego prawdę, jakakolwiek by była, jest doskonały, więc w zupełności nie ma to znaczenia czy w niego wierzymy, czy też nie. Czy za życia próbowaliśmy go w jakiś sposób skorumpować; poprzez modlitwy, budowy świątyń, wojny przeciw niewiernym etc.
Dziś dostałem maila od twórców forum “Olimp – po 40″. To takie standardowe powiadomienie, pewnie kiedyś się tam zalogowałem, teraz wysyłają ten swój szajs i spam. W mailu jest taki oto fragment: Nie zapominamy też o Annapurnie, która “biczem krytyki” ukazywała nam błędy i słabości.
Owszem, ukazywała, jeno ją za to banowali. Co było zrozumiałe, lokalne czatowe pindy źle znosiły inteligentną konkurencję. Najlepiej za to było ją usuwać, a potem fałszywie pisać, na forum, na którym notabene od razu ją skasowano, jaka to Annapurna wspaniałą była i jak przydatnym był jej “bicz krytyki”. Na tych kacyków czatowych potrzebny jest prawdziwy bat. Bo chamów – jak to stryj Szarma powiadał – należy batożyć. Nie ma czatów dla starszych ludzi na “Tlenie, to “Po 40 – ce” jest już ostatnią stacją przed śmiercią. Siedemdziesięciolatek też tam musi iść. No dobra nie musi, może iść na “Cyberseks” czy inne albo spadać na drzewo.
Defendo wskazywała na całe te gówniane czatowe schematy władzy, na owe faszystowskie albo czekistowskie obyczaje. Ale za to banowały ją: Dziny, Zeusy, Herkulesy i inne pseudoolimpijskie poczwary.
Nieraz mówiłem jej, by olała tę całą czatową, kloaczną sitwę. Może była aż tak samotna? Bała się banów, bo nie widziała dla siebie innej terapii na samotność? Wiadomym jest, że z tej półki – szeroko pojętej kategorii ludzi po czterdziestce – po prostu ściągają. To półka z nieczytaną już dawno literaturą, zakurzona i zbutwiała, wypadanie z niej historii jest czymś zupełnie i biologicznie naturalnym.
Blogi i czaty być może są dobrymi miejscami na umieranie, ale nie na śmierć. Mnie nie podobał się ten żałobny, blogowy marsz dedykowany Defendo. Cała ta szopka i powoływanie się na autorytet trupa Defendo. Ale jak to powiedział Milan Kundera w swej Nieznośnej lekkości bytu: “Zanim zostaniemy zapomniani, przemieni się nas w kicz. Kicz jest stacją tranzytową pomiędzy bytem a zapomnieniem”.
Wspominałem też, że skoro blog czy też czat stanowi pewną fikcję, fantazję, zniekształconą, zdeformowaną rzeczywistość, poruszając się w tym języku, nie możemy być realnymi i prawdziwymi. Klasyczna wersja paragrafu dwudziestego drugiego albo paradoksu kłamcy. Bo czyż pseudonimy, loginy umierają? Oto jest pytanie.
Gdy bywałem na czatach i forach wiele pseudonimów umierało, czasem nawet wielokrotnie. Weźmy choćby klasyczną, pewną postać bieszczadzkiego drwala, utracjusza i ubrylantowanego kauzyperdy czatowego, wyjętą niczym z opery mydlanej, pojawiającą się od nowa po swej definitywnej, ostatecznej i rozstrzygającej śmierci. Drugie zabicie psa i Nawrócony w Jaffie w jednym. Nijaki Herkules do dziś działa aktywnie na forach i czatach a przecież był ciężko chory na raka płuc i kilka lat temu zmarł w Arosa w Szwajcarii.
Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi, wszyscy kiedyś umrzecie, ja nie. Bowiem nie jestem śmiertelny. A życie polega nie na tym, żeby żyć, ale by przeżywać innych.
proces7
Niedopieszczeni
Po analizie mojego stylu blogowego, takiej czynionej z perspektywy, dystansu, doszedłem do wniosku, że nie dbam o moich czytelników, nie dopieszczam ich, choćby w komentarzach. To feler, jakby powiedział seler, a co na to burak?
Taka blogowa społeczność to ważna i cenna rzecz dla blogopisacza. Acz określenie “społeczność”, wobec nietrwałości takich relacji oraz pewnej przestrzeni dzielącej człowieka od pseudonimu, zdaje się być tu nadużytym. Zupełnie jak wspominane kiedyś przeze mnie i częstokroć przywoływane “wirtualne pobliże”, choć, jak dotychczas, nie stwierdzono w sieci istnienia jakiegokolwiek pobliża.
Pewnie, że mam swoje doświadczenie forumowe i – na przykład – nie wtrącam się w pogawędki, nie blokuję nikogo, nie cenzuruję. Choć to ostatnie bywa w oczach administratorów serwisów działaniem wręcz nieodpowiedzialnym, niepożądanym.
Do tego wszystkiego ostatnio wcale nie odwdzięczam się komentującym rewizytami na ich blogach. Nie drapię ich po plecach, choć oni mnie drapią. Inna rzecz, że te ciotki w przetartych szlafroczkach, papilotach i bamboszkach, czytające mnie przy jakiejś ohydnej kawie, co tu czasem pisują, blogasków nie posiadają, a jeśli jakieś mają, nic o tym nie wiem.
Moje wielbicielki, siusiary z kolczykami w pępkach i diabli wiedzą gdzie jeszcze, darzą mnie zapewne swoistym afektem, atencją podobną do uczucia gimnazjalistki do lokalnego wikarego czy nauczyciela biologii. Gminne piękności z nadwagą i powiatowe intelektualistki, jakby zupełnie nie miały świadomości, że mógłbym być ojcem niejednej. Bóg jeden wie cóż one sobie wyobrażają, wpatrzone w moje smętne i podarte opowieści. Może robi im się mokro, gdy do nich zagadam? Miło i przyjemnie gdzieś pomiędzy tłustą, cellulitową dupcią, a obiciem fotela?
Nie mam najlepszego mniemania o moich czytelnikach, nie rozumiem jak można tracić czas na blogi, kiedy tyle ciekawych rzeczy wokół nas. Mam też świadomość, że to nie moja wyjątkowość i finezja was przyciąga. Choć te me atuty są bezsprzeczne ogólnie znane. Szukacie towarzystwa, żeby zabić nudne, biurowe godziny, łapiecie każdą, choćby iluzoryczną, okazję, by poczuć czyjąś bliskość, atencję. Łudzić się, że ktoś was wysłucha, doceni, zainteresuje się, dostrzeże. Może powinienem zająć się bardziej wami, dopieścić, wyjść naprzeciw waszym oczekiwaniom, a nawet wymaganiom? Niestety, mam mało czasu, tak mało. I do tego nie lubię pisać czy mówić o tym, że nie mam czasu, bo to właśnie zajmuje dużo czasu.
Całą sprawę komplikuje również to, że wirtualne impresje udają w tej chwili blog zajmujący się szeroko pojętą kulturą. Choć wtajemniczeni wiedzą, że to mistyfikacja, uśmiechają się do lusterka espresso ze świadomością, że oni wiedzą, a tamci nie.
Márquez zawsze twierdził, że widział całą masę niezgorszych filmów zrobionych na kanwie słabych powieści, ale żadnej porządnie sfilmowanej adaptacji dobrej książki. Gdyby to przenieść w świat blogoprzestrzeni, napisałbym tak: Nie da się wyblogować czy opisać ciekawego życia, choćby z tej przyczyny, że nie czuje się takiej potrzeby, a pisanie bloga nie jest najlepszym fragmentem istnienia. Można jednak pisać fajny blog, mając nudne i pospolite życie.
Co do tezy Gabriela Garcii, nie do końca się z nią zgadzam, w opozycji postawię choćby Lot nad kukułczym gniazdem Kena Keseya czy Konopielkę Redlińskiego ze wspominanym ostatnio Krzysztofem Majchrzakiem. Jeśli zaś chodzi o moje stwierdzenia, zgadzam się z nimi bezapelacyjnie. Czytelnicy tworzą sobie obrazy, kadry z niesamowitego i nieprzeciętnego życia blogopisacza. Dzięki temu tacy jak ja mogą się wyróżniać swoją wybitną przeciętnością. Przy czym na mnie już taka terapia nie działa, pochwały komentujących, głaskania, komplementy via Internet nie podnoszą mi ego, nie koją kompleksów i nie leczą lęków. Przeszedłem na inne, twardsze, narkotyki.
proces7
Nominacja do Blogowego Nobla
Kiedy w roku 1969 wszyscy czekali jeszcze na Godota, pewien irlandzki, pogrążony w depresji dramatopisarz – bo wówczas jeszcze niestety nie odkryto jeszcze zbawiennego działania tych wszystkich serotonin i innych antydepresantów – otrzymał telefon, w którym poinformowano go, że otrzymał Literacką Nagrodę Nobla, powiedział: “O, Boże, ale niefart”. Czytaj resztę wpisu »
Blogowy apartheid
Cała ta apartheidowa pętla polega na tym, że blogopisacze nie są świadomi jej istnienia. Nawet, prawdę mówiąc, mało kto wierzy w sieciowy apartheid. Administratorzy kasują wpisy, blogi, tną dyskusje. W ochronie swego image, po to by ich ciemne sprawki, uprzedzenia wobec innych ras, wyznań i kolorów skóry, nie wychodziły na jaw. Tym bardziej, jeśli platforma blogowa osadzona jest w firmie, która otoczona jest legendą liberalnej i słynącej z idei szerzenia wolności słowa.
Ale jeżeli podąża się drogą cenzury i kłamstwa, a z drugiej strony chce się być fajnym, zajebistym i popularnym, to w swoim apartheidzie trzeba być konsekwentnym. Zapewne zajmuje to sporo czasu, jest się wiecznie zmęczonym, niczym, pogrążony w bólu zęba, alkad z Márquezowskiego Macondo.
No dobra, każde grabie są skonstruowane tak, żeby grabić do siebie. Wspomniałem na forum “O Blox.pl” o bloksowym apartheidzie, chciałem się upewnić, czy w istocie ktoś kontroluje poczynania administracji. Na mój rozum – tak. Mój list zniknął w przeciągu 5 minut. Wsiąknął po prostu. Co pośrednio dowodzi o istnieniu bloksowego apartheidu. Bo gdyby nie istniał, można by było o nim pisać. Tworzyć bezpieczną baśń o nieistniejącym świecie.

Rozumiem, że moja wypowiedź burzyła ideę oświadczenia administratora Olsa, stąd nie mogłem oczekiwać tego, by pozwolono mi burzyć tę misterną konstrukcję.
Kilka dni wcześniej usunięta została inna moja wypowiedź z owego forum:

Tu mogę zrozumieć. Wypowiedź zniknęła po kwadransie. Moja koleżanka, która to widziała, stwierdziła lakonicznie: żałosny jest ten Ols. No ale w tym wątku napracował się nad staranną i finezyjną ripostą, a mój list odczytał zapewne jako ironiczny. Choć, jak wiadomo, jestem człekiem doszczętnie pozbawionym poczucia humoru. Ale cenzor i ten co ma coś na sumieniu, wszędzie węszy nieszczerość i zagrożenie dla siebie.
Poza tym, na forum Gazeta.pl funkcjonuje bardzo banalny i przydatny mechanizm. Jeśli dany pseudonim ma na koncie pewną, bliżej mi nieznaną, liczbę usuniętych wypowiedzi, jego login zostaje automatycznie zabanowany. “Trollem” zostałem nazwany przez Olsa zaliczkowo. Jeśli teraz automat mnie zbanuje, ten szczwany administrator udowodni swą rację. Bo zabanuje mnie bot, on nie będzie miał na rękach krwi, jak to miało miejsce z blogiem cyc.blox.pl. No, bynajmniej nie będzie jej widać. Sprytne, prawda?
Admini Gazety.pl i ich grupy szturmowe, jak również, podążający za nimi redaktorzy Wyborczej, piszący blogi (Wojciech Orliński, Piotr Miączyński) uwierzyli Olsowi na słowo, że jestem z całą pewnością trollem. Wymienieni redaktorzy wyszli przed szereg i – niczym dobrze naoliwieni faszyści – banowali przykładnie trolla. Czyli mnie. Bo tak a priori zdefiniował mój pseudonim redaktor Internetu Ols. Z jego perspektywy aksjomatem jest to, że jako ktoś naruszający prawo sieciowe i netykietę, jestem trollem.
Z drugiej strony niepokoi mnie to permanentne kasowanie moich wypowiedzi. Wciąż i konsekwentnie, a także w błyskawicznym tempie. Któż bałby się aż tak bardzo fałszywych bądź głupich tez?
Panie Prezesie Sowa, obecność Olsa jako księcia udzielnego w Bloksie dowodzi, przynajmniej częściowo, że moja teoria bloksowego apartheidu jest prawdziwa. Skoro go kontrolujecie, to wiecie, że dzieli pseudonimy na trolli i nie – trolli, jako jedyna i niezawodna wyrocznia. Aparat do wykrywania spamu i ironii. A taka usankcjonowana i odbywająca się pod egidą Agory S.A. dyskryminacja jest właśnie apartheidem. A ja czuję się ofiarą takiej polityki i taktyki.
proces7
RIP
Czyli: Redaktor Internetu Proces
Moja agonia blogowa przeciąga się nieco, pewnie powinienem wszystko zostawić w diabły. Albo skasować. To chyba dylemat każdego blogowego więźnia. Kasować czy nie kasować? Oto jest pytanie. O ile dobrze pamiętam, zawsze pozostawiałem wersje archiwalne miejsc, które redagowałem w sieci. Nawet jeśli były totalnie popsute, bezsensowne czy miałem świadomość, że już nigdy nikomu na nic się nie zdadzą.
Bo cóż oznacza rest in peace dla wirtualnej kafejki, miejsca spotkań i pogawędek? Moim zdaniem, jeśli jest martwa, nie ma woli ni możliwości jej reanimacji bądź nadziei na cudowne wskrzeszenie, można ją odciąć jak zwłoki wisielca albo pozostawić dyndającą.
Do Poltergeista (Poltera) nie byłem jakoś szczególnie przywiązany. W porównaniu z innymi miejscami, które współkomponowałem. Oddalam się od wirtualnego życia, stąd i moje więzi z takimi miejscami są słabe. Nie to co dawniej, kiedy mocno korzeniami wrastałem w te sprawy, angażowałem się i najczęściej zostawałem szefem sztabu, zarządzającym czy tam naczelnym redaktorem – Internetu – rzecz jasna.
Ale cóż, taki redaktor, na przykład znana Wam RIS (Redaktor Internetu Siwa) czy RIO (Redaktor Internetu Ols), kasują sobie fora, blogi, przeszkadzają innym w dyskusji, banują, cenzurują, a na dodatek biorą za to kasę. Sami gówno potrafią rozkręcić. Minus dziesięć w Rio, dżuma w Siwa Fe… A ja miałbym za friko prowadzić redakcję forum czy bloga, a na dodatek być kontrolowanym przez platformę, która absolutnie wiertniczą nie jest, choć tryskają w niej bluzgi na właściciela, ojca chrzestnego czy patrona owej sieciowej kafejki? Kafejki, bo pijemy przy niej poranną kawę czy wieczornego drinka i czytamy, dołączamy do nurtu dyskusyjnego, czujemy się na tyle dobrze z otwartym na niej monitorem, że powracamy codziennie.

Odciąć zwłoki czy nie? That is a question.
Poltergeist miał długą żywotność, niemniejszą niż trwanie Konfraterni, Lotu nad bocianim gniazdem, Zawróconych w Czacie czy Lokomotywy. Były i Cyce, i inne Catche 22 i Cycoramy, ale któż to jeszcze pamięta? Z doświadczenia wiem, że bez takowej bazy, towarzystwa wirtualne podlegają szybkiemu rozkładowi. Tematem rozmów są plotki czy wydarzenia związane z komentatorami bądź redaktorami takowych rozmów. Jeśli nie ma pretekstu, gdy nie ma kawiarni, w której podają espresso czy frappe, nie ma motywu do zagadania, nie ma wspólnego zazębiania się. W końcowym efekcie zanika, nietrwała przecież, wirtualna więź. Owszem, jeśli zawiązało się z kimś mniej lub bardziej prywatny kontakt, wówczas istnienie takich miejsc dla subtelniejszej i rozwiniętej relacji jest obojętne. Wirtualne życie jest tak samo brutalne i prozaiczne jak realne. Nie ma pogawędki w komentarzach na blogasku – nie ma żadnych związków. Umierają z czasem bezpowrotnie. Tu można się zastanawiać, czy warto o takie, przecież guzik warte relacje, zabiegać. Pielęgnować je, starać się i troszczyć.
Tworzenie trwałych wirtualnych agregatów towarzyskich nie jest wcale łatwe, bywa nawet stresujące. Sam miałem zawsze nieco szczęścia, bowiem zawsze obok pojawiała się jakaś zapatrzona we mnie kura, która odwalała za mnie sporą część fizycznej pracy związanej z tworzeniem wirtualnej dyskusji. Ale miało to też swe złe strony, kurka, miast przestrzegać dyscypliny służbowej i poprawnych relacji między współpracownikami, być moją prawą ręką, najczęściej zakochiwała się we mnie. I oczywiście, prędzej czy później, pojawiało się nieformalne żądanie gratyfikacji. W postaci zaspokojenia jej miłosnych żądz rzecz jasna. Kiedy zauważała, że sytuacja jest beznadziejna, że ani z prawej ręki, ani z lewej, bo serce jest po lewej stronie, zaczynała wątpić i popadać w apatię. Czemu się nie dziwiłem. Przecież ja również oczekiwałem wynagrodzenia, w postaci sławy i uznania, w formie glorii i splendoru spływających na kapitana zwycięskiej drużyny. Mnie interesowały takie sieciowe punkciki ze względu na ekspansję, wzrosty statystyk, ale też opadania, załamania, doły, fazy plateau. Fascynowało mnie obserwowanie siebie jako uczestnika gry w teorii gier wirtualnych. Potem te nastroje się stonowały, by opaść bezpowrotnie, bez szans na podźwignięcie się. Zupełnie jak mój penis. Po cóż mam zatem bajerować laski, wzbudzać ich podziw i emocje, skoro pukał ich nie będę?
O wdzięczności, szacunku możecie zapomnieć, dawno na to przestałem liczyć. Nawet niektórzy przekręcają potem chronologię, istotę rzeczy i historię, ale nie ma się czym przejmować, ci co mają wiedzieć, znają przeszłość.
Podziękowania dostanę być może w grobie, jeśli dożyję do tego czasu.
Tak mniej więcej można zobrazować moje gry czatowo – forumowo – blogowe. Satysfakcja, spełnienie, były jedyną nagrodą, jak butelka burbona u szczytu wspinaczki górskiej, jak spacer zakończony filiżanką espresso albo mordercza gra miłosna zakończona papierosem po. Ten cel motywował rozgrywkę, zagrzewał do boju i zachęcał do pracy. Bo przecież nie wszystkie czynności związane z prowadzeniem forów czy redakcyjnych blogów są przyjemne. Czasem trzeba było odwalać czasochłonną siermięgę: sprawy techniczne, zebrania i dyskusje z współredaktorami, podsycanie konfliktów, wygaszanie iskier ze zgrzytów między komentującymi (rzadsze), manipulowanie kurami i męskimi pindziami blogowymi i te pe, i te de.
Co do Poltera sądzę, że – z mej perspektywy – jego formuła się wyczerpała, tak jak dla mnie zużyły się formy: czatów czy forów. Zblakły mi, a może nawet obrzydły. Wizja i presja administracyjnej pały, nahajki tępicieli trolli, są dla mnie przygnębiające. Nie wspominając o najzwyczajniejszym braku czasu, który nie pozwala mi na troskę ciecia i klowna. Piszę o tym, bo wiem, że po zamknięciu Poltera, niektóre z wirtualnych oczu zwróciły się w mym kierunku. Przykro mi: nie chcem i nie muszem.
Za długo bywałem na czatach, dostatecznie często też na forach, wiele blogów zwiedziłem, zdaje mi się, że już wszystko wiem na ten temat. Wydaje mi się, że trwałość i organizacja miejsc, które współtworzyłem były dobre. Te wirtualne zadupia spełniały też podstawowe zasady wolności w sieci, nie sięgały ich cenzura i bany, prócz zewnętrznych interwencji grup szturmowych powiązanych z władzą.
Znając życie, zrodzi się coś nowego, może dopiero po kilku próbach stanie się fajnym, codziennym zakamarkiem wirtualnego zadupia. Im dalej w sieć, im więcej takich miejsc człowiek przeżył, tym mniejszy sentyment pozostaje. Potem, za którymś tam razem, mniej się angażujemy, zostawiamy coraz mniej siebie. Przez ostrożność może? Rutynę? Ale jakąś cząstkę siebie jednak oddajemy, która – z wersją archiwalną czy bez – niech pozostanie w pokoju.
proces7
Rozluźnij krawat
Internet schlebia naszym: niecierpliwości, braku konsekwencji i silnej woli. Tu mamy wszystko od razu, na nic nie musimy czekać. A jeśli czymś czujemy się zniecierpliwieni, z miejsca znajdujemy alternatywne rozwiązanie. O dawne niekonsekwencje, przewinienia nie musimy się martwić, bo pamięć nasza zawiera się w sporej części w wyszukiwarkach, a te łaskawe są dla treści popularnych. W najgorszym razie zmieniamy pseudonim, komputer, jego adres i zaczynamy wszystko od nowa. Z carte blanche. Tak jak świadek koronny, który dostaje nową tożsamość.

Strach jest najgorszym doradcą. Jeśli zaczniecie się obawiać o to czy wasze słowo kogoś urazi, dotknie, jeśli pozwolicie sieciowym prawnikom – cwaniaczkom po wieczorowych kursach na uniwersytecie w Psiej Wólce dyktować warunki w blogoprzestrzeni, obudzicie się z ręką w nocniku. Dlatego trzeba stanowczo, acz z rozwagą, reagować na przemoc administracyjną. Bezpieczni będziecie, jeśli sami tak będziecie się czuć.
Wedle mnie, tworzenie grup dyskusyjnych, wspólnych blogów i forów, sprzyja swoistemu zacieśnianiu więzi. Wszak jest się wtedy długo z grupą i siłą rzeczy dochodzi do wymiany prywatnych i poufnych informacji o innych. I to w pewnym stopniu ogranicza i degeneruje takie forum. Dochodzi w nim do wymiany treści zaszyfrowanych, przeznaczonych jedynie dla jednej lub kilku osób. Konsekwencją tego zaś jest niezrozumienie przebiegu dyskusji przez innych, co z kolei blokuje pozostałych, będących nie na bieżąco albo tych całkiem niezorientowanych. Wtedy nadchodzi – często wspominana przeze mnie – faza plateau. Nikt nowy nie dojdzie do nas, nic ciekawego się już nie wydarzy, taka myśl nasuwa się posępnie.
Ważnym jest też inny aspekt: prawdy czy opinie ogólne, mogą być odbierane – w takich zamkniętych kręgach – jako sygnały personalne. Przykładowo napiszę: wszystkie kobiety w sieci są grube i mają brzydkie uzębienie. Jeśli poznałem którąś z kobiet, bliżej, czy to tylko via net czy realnie, może ona odebrać tę opinię ad personam. Że na podstawie jej przypadku, metodą indukcji logicznej, wysnułem ten wniosek. Jeśli ktoś jest przewrażliwiony na swoim punkcie, ma do mnie zaufanie, a ponadto uważa się za kogoś z kim moje kontakty są bogate, na nic zda się tłumaczenie, że to przypadek, żart czy prowokacja. Jeśli zatem zależy nam na utrzymywaniu tych kontaktów, na spójności i stabilności grupy dyskusyjnej, musimy zachować ostrożność. Choć grupa dyskusyjna to najpewniej przesadzone określenie. Chodzi bardziej o krąg towarzyski czy o towarzystwo z sieciowej kafejki. No i ta wspomniana przeze mnie powściągliwość może stać się uciążliwa. Będzie mnie zniechęcać, nakaże ważyć słowa do tego stopnia, bym nie był podejrzany choćby o niedyskrecję.
Innym, całkowicie różnym, aspektem jest element władzy. I tu napiszę o moich intencjach, motywach, które skłoniły mnie do rezygnacji z administrowania na blogu Poltergeistem666. Lubię tamtejsze towarzystwo, dobrze się tam czuję, ale uczucie przewagi nad innymi uczestnikami w dyskusji – z racji tego, że miałem tam pewną władzę – ciążyło mi. I nie ma tu znaczenia, że jako administratorzy nie stosowaliśmy żadnych sankcji wobec pozostałych komentatorów.
Wobec grupy, jeśli jestem jak tam w składzie redakcyjnym, czuję się również zobowiązany do wypełniania moich obowiązków. A ostatnio nie jestem nadto twórczy, stąd nie byłem w stanie wypełniać przynależnych mi obowiązków. Po cóż mam być w redakcji, skoro prawie wcale tam nie piszę. Moim zdaniem czymś takim zawodzę resztę, korzystam z przywilejów administratora, nie wypełniając jego obowiązków. Może i nawet pasożytuję na reszcie w pewien sposób.
Pewne znaczenie, z mojego punktu widzenia wcale niemałe, ma to, że dzięki paru aktywistom z Bloksa i Gazety.pl mam opinię sieciowego rynsztokowca i trolla. Tym samym mój kiepski wizerunek może szkodzić osobom kooperującym ze mną. Likwidacja Cyca, forum Zawróceni w Czacie, blokady znajdujących się w mej wirtualnej bliskości loginów na Wykopie, Blipie, obsrywanie ich tam. Uporczywe, drobnomieszczańskie i maglowe donosy Olsa i chwilowa blokada loginów związanych z Wprost na WordPressie. Przykłady mógłbym mnożyć, część moich żali jest tu wypłakana na tym blogu. A ja sobie chcę popłakać i nie mam ochoty bywać w towarzystwie, które popiera takową cenzurę i magiel konfidencki w wykonaniu gazetowych Kup z Blipa i Wykopu. Ale mam też świadomość, że wypisując swoje żale narażałem też Poltergeista na ewentualne sankcje, co było – w pewnym sensie – nie fair. Po doświadczeniach jakich doznałem, nie są to bezpodstawne obawy. Rozumiem, że dla innych nudne, schematyczne i wręcz durne.
Oczywiście na Polterze będę pisał, rozmawiał, ale już bez tej presji wypełniania przypisanej mi szpalty redakcyjnej. Zawsze chętnie tam pogadam, o ile będę miał coś do powiedzenia albo nastrój na komplementy czy połów leszcza.
Nigdy nie piszę o tym czy mam czas, czy też nie. Przecież to widać i czuć. Jeśli mniej się udzielam, mam mniej czasu albo ochoty na blogopisanie. To chyba proste, więc po cóż informować o tym czytających?
Takie przetasowania, zmiany, paradoksalnie dobrze świadczą o ludziach tworzących miejsca w sieci. Bo to sygnał, że mamy do czynienia z indywidualistami, ludźmi nieprzeciętnymi, stąd nieco kapryśnymi. Choć jak wiadomo, czytelnik woli stabilizację, przewidywalność i bezpieczeństwo. Takie, choćby krótkotrwałe, stworzenie ciekawej grupy jest sukcesem. A wielu z Was brało udział w takich przedsięwzięciach, w których i ja miałem zaszczyt uczestniczyć. Sam mam zwariowaną i spiskową teorię internetowych dziejów i sądzę, że co duże, popularne, a za tym opiniotwórcze, zagraża władzy i ta będzie się starać to udupić, skanalizować. Likwidowali mi czaty, fora i blogi nie dlatego, że były złe, wulgarne czy prowadziły działalność przestępczą, a z zazdrości, zawiści i w trosce o bezpieczeństwo i popyt na własne usługi administrujących. No, ale to są nudne teorie, na które mogę sobie pozwolić na własnym zadupiu, bez obaw, że kogoś narażę, urażę czy znudzę. Bo przecież na tym blogu ja jestem dla mnie najważniejszy.
Aha i zapomniałem o tytule, który jak wiadomo sugeruje, że klient w krawacie jest mniej awanturujący się, ale i przez to bardziej sztywny. Poluzowany krawat jest na pewno idealnym kompromisem.
proces7
Gry blogowe
Nazywam te zabawy, tę formę taniej, wręcz burleskowej rozrywki, grami blogowymi. Zdaję sobie sprawę z faktu, że niewiele one mają wspólnego z grą, bo przecież gra daje rezultat, a rzadziej pozostaje nierozstrzygnięta. Gry blogowe z góry skazane są na brak obiektywnego – a raczej intersubiektywnego, ustalonego między graczami na wstępie – wyniku. Każda ze stron ustali ten wynik arbitralnie. Więc po co grać?
Mogłoby to być i kształcące, ale w treściach, bo w formach gry: strategiach i taktykach nie wymyśliłem jeszcze nic innego, czego nie wymyśliliby pokerzyści. Ale doskonale rozumiem, że dla kogoś nieobeznanego z grą, może to być odkrywcze. Dla mentalnego gracza, nie jest to zajmujące, może służyć raczej popisom, pokazom. Uważam się za naturalnego gracza, stąd muszę bardzo się starać i kontrolować by nie grać. I nie dziwią mnie odkrycia innych, którzy uważają się za graczy, tworząc własne, bardzo doraźne reguły. By dojść na przykład do konkluzji, że kanclerz wcale nie był z żelaza, a kurtyna też nie była żelazną. Ba! Ona nawet nie była kurtyną w żadnym sensie. Czytaj resztę wpisu »
Ofermy Peerelu
Mniej więcej każdy wie ile procent alkoholu zawierają pospolite i bardziej szlachetne trunki. Ale ile prawdziwych lat spędziłem na łonie Peerelu, wiem tylko ja. Bo tu nie chodzi tylko o lata metrykalne. Ani nie o niemerkantylne. Idzie tu właśnie o procent zawartości człowieka radzieckiego we mnie. Pewnie, że będę miał awersję, będę ostro dostrzegał tę radzieckość u innych, sam próbując usprawiedliwić swoją. Ale nie ma to tamto: urodziłem się w Układzie Warszawskim, w RWPG i tego nic nie zmieni. Nawet fakt, że umrę już gdzieś indziej. Choć tu tej pewności absolutnej nie mam. Mogę żyć – nie daj Boże – wystarczająco długo i zasypiać w jakimś deja vu. Czytaj resztę wpisu »
For Honey Bunny
Pewne sceny można powtarzać w nieskończoność, a sytuacja wygląda jak w uszkodzonej płycie. Można do tego dorabiać jakieś filozoficzne teorie, choćby Nietzschego, ale po co komplikować. Kiedy gram taką scenę, przeważnie ktoś namówiony przeze mnie do wspólnej blagi, nie wierzy, że ktoś jeszcze uwierzy w taką, wielokrotnie powtarzaną kwestię, że będzie ją postrzegał jako świeżą. Przyznam, że ja też nie wierzę i jedyne co mnie zaskakuje w tej scenicznej manufakturze, to reakcje ludzi. Czasem mam wrażenie, że oni wiedzą, a tylko grają. Chciałem innych zdezorientować, a oni wszyscy się zmówili i zagrali dla mnie. Jakkolwiek brzmi to nieco paranoicznie, myślę, że jest coś takiego, co każe ludziom bić brawa nawet po kiepskiej sztuce, jeśli zostaną stosownie zachęceni przez klakierów, w tej sytuacji, nawet wcale niewynajętych. Czytaj resztę wpisu »
Falstart
Sprawdziły się najczarniejsze scenariusze. Wszystko poszło tak źle, jak tylko źle mogło pójść. Gorzej być nie mogło. Ktoś założył blog na Bloksie i opublikował fotografie Pstro. Nigdy wcześniej nie widziałem tej kobiety, choć często znajduje się w jej wirtualnym pobliżu. Romansowaliśmy wielokrotnie, dochodziło między nami nawet do zbliżeń, bardzo intymnych. Aż tu nagle zobaczyłem jej fotki i czar prysł. Panie, tandeta, obciach i wiocha. Jakby żywcem wyjęta machająca flądra z Familiady. Rajstopki, koronki, króliczek na stoliczku. Wieś tańczy i śpiewa. Żegnaj Pamelo i Mydełko Fa w jednym. Bal w remizie i koło gospodyń czatowych. Czytaj resztę wpisu »
Iskanna Castro
Więc tak, oficjalna wersja jest taka, że Cyc (cyc.blox.pl) został zamknięty z mojej winy. Najpewniej skasowany, zatem chciałbym tu uczciwie pozbyć was złudzeń, a walkę o swoje prawa podejmiecie albo nie. Na pewno nie będę nikogo z tego powodu korumpował. Jeśli walczycie to o wolność, o pewne pryncypia w sieci, nie zaś o mój interes. Chcę by to było jasno sformułowane.
Niektóre kutwy do dziś łażą za mną, nasyłają na mnie swoje dzieci, bo wysłały na mój blog esemesa w ramach konkursu. SMS zasilił szkołę dla niewidomych dzieci, więc niech Licencja wyśle Starszą albo Młodszą do tej szkoły i niech stamtąd wezmą krzesło, gąbkę albo kredę. Niech zabiorą kubek na herbatę jakiemuś ślepemu dziecku. Cokolwiek, byle esemes się zwrócił.
Ja nic z wygranej nie mam. Nawet na tamtym blogu nie piszę, a kiedy pisałem nie było tam żadnych reklam, jedynie Pajacyk.
Więc jeśli rozważasz sprawę Cyca, to przemyśl to czego oczekujesz. Ja podziękuję ci za wsparcie, jeśli robisz to dla mnie – spadaj.
Mam ten problem, że panicznie obawiam się choroby na władzę. Ilekroć zyskam jakąś drobną rzeszę fanów, tak jak było przy paru okazjach typu: jakaś spektakularna notka, wspomniana wygrana w onetowskim Konkursie Blog Roku. Albo stworzenie bloga redakcyjnego czy dobrego forum.
Wtedy staram się zrazić do siebie parę osób, by nie popaść w samouwielbienie, chorobę na sukces czy władzę. Wszystko to oczywiście w kontekście stricte wirtualnym rzecz jasna.
Mam też awersję do słodkich ciumków i uwielbień. Lubię i chcę, by konsensusy rodziły się w zgrzytach i ogniu. Drapanie się po plecach mnie mierzi. W życiu wszystko przychodziło mi lekko, stąd w jego wirtualnej części chcę mieć nieco pod górkę.
Zatem, jak już wspomniałem, oficjalna wersja jest taka, że poszło o fotografię Iskanny, po opublikowaniu której zaraz zamknięto blog. Przypominam, że fotografia była dostępna w sieci, zatem prawa nie złamałem, stąd pieprzenie o prawnikach Agory to chory wymysł administracji. Fotografia nie była zabezpieczona, ani nie było przy niej ostrzeżenia, iż nie wolno jej kopiować.
Na siłę, przy złej woli administratora, mogłem naruszyć jedynie prawo do własności intelektualnej. Ale nie jest to żadna kradzież, bowiem ona ma fotkę i ja ją miałem przez moment na dysku. Ale już wyrzuciłem do kosza.
Jeśli na blogu umieszczę wiersz Szymborskiej, to być może naruszę prawo autorskie, ale przecież nie ukradnę tego wiersza, bo autorką pozostanie Wisława Szymborska. Inaczej rzecz by się miała, gdybym poetce ukradł rower. Wtedy ona nie ma roweru, a ja mam. Jeśli wstawię tu jej wiersz, przepisany z jej tomiku poezji, naruszę prawo autorskie, ale nie ukradnę. Bo ona wciąż ten wiersz będzie mieć, będzie jej.
W fotografii najpewniej poszło o to, że była ona w jakiś sposób obsceniczna, jej treść zawierała coś co nie jest zgodne z dobrymi obyczajami, jest obleśne i naganne moralnie. Wybaczcie, ale ja w tej fotografii nic takiego rażącego i demoralizującego dostrzec nie mogę.
Nie może tak być, iż z powodu jednej fotki, zamykają cały blog, bez słowa wyjaśnienia. Napisali jeden mail, potem drugi, w którym informują mnie, iż przekazali sprawę do prawników Agory S.A. Minął miesiąc, zero korespondencji, blog zamknięty.
Zgodzę się z tym, iż fotografia Iskanny mogła być brzydka i razić niektórych, choć ja tak nie sądzę. Ale powiedzcie mi: czy policja może zatrzymać wasz samochód i wlepić wam mandat za to, że na przednim siedzeniu wieziecie teściową, która jest szpetna? I zagrażacie w ten sposób bezpieczeństwu ruchu drogowego?
Chodzi też o to, że blog tworzyliśmy w sporej grupie, więc całkiem nie fair jest takie traktowanie ludzi, użytkowników Bloksa. Sam bloguję już w tym serwisie ponad dwa lata.
Jeśli piszemy o jakimś łamaniu praw do własności intelektualnej czy praw autorskich, to prędzej złamano nasze prawa, bo była tam cała kupa naszej twórczości. Z przeważającą większością kupy. Teraz jakiś administrator Bloksa, który ma dostęp do Cyca, bo my go nie mamy, może go opublikować jako swoją książkę i zgarnąć za to kupę kasy. To kto tu łamie prawo autorskie?
Na Cycu korzystaliśmy z materiałów dostępnych w sieci, nikt z nas nie umieszczał fotografii objętych jakimś zakazem. Cytowane były fragmenty z sieci, wraz z podanymi linkami źródłowymi.
Cyc był miejscem spotkań towarzyskich, włożyłem weń masę trudu. Stanowił punkt kontaktowy dla ludzi będących na emigracji, samotnych, nierzadko chorych i zniedołężniałych. Cierpiących. Takich, którzy nie mają umiejętności i możliwości posługiwania się Internetem na poziomie jego katów: Olsa i Iskanny. Zamknięcie go wywołało u wielu starszych ludzi, takich jak ja, depresję. Spotęgowaną przez trudny jesienny czas i niepokojącą sytuację na rynkach finansowych.
Administrator nie jest nieomylny, pamiętajcie o tym. Wszyscy ludzie związani z tym blogiem są na innych serwisach (Wykop, Blogfrog, Blip) traktowani jak trolle, przestępcy internetowi. Bo co? Bo narazili się żandarmerii agorowej? A to bardzo źle świadczy o tych serwisach. Notki na Wykopie kasowane były na wniosek administratorów Gazety.pl, Alkacja została na powitanie obesrana na Blipie. Usunięto Cyca i Cycoramę z Blogfroga.
Jestem przekonany, iż niepochlebna wypowiedź na temat serwisów tworzonych przez Iskannę (między innymi: Blubry, Znam.to) będzie rodzić takie następstwa. Radzę zatem omijać je z daleka. Bo jeśli skomentujecie coś nie po myśli twórczyni serwisu, mogą was spotkać surowe sankcje w innych wirtualnych miejscach. Takie jakie dotykają was za komentowanie moich i naszych blogów, za współtworzenie Cyca.
Nie nazwę tego cyberbullyingiem, ale z pewnością jest to forma apartheidu w sieci. Bo sankcje dotykają nas za zamknięty bezpodstawnie blog. Tak jakby karano nas za to, że nasi dziadkowie urodzili się w Afryce. Bo restrykcje administratorów Agory sięgają na Wykop, Blogfrog i Blip.
Nie lękajcie się i róbcie swoje, sieć jest miejscem dla wolnych ludzi i jest wielką przestrzenią. Nie mają żadnego prawa prześladować was za to, iż ja zamieściłem obsceniczną fotografię. Tym bardziej, iż większość wcale nie uważa jej za niestosowną czy pornograficzną.
Jeśli administrator Bloksa ma możliwość zamknięcia blogu w taki sposób, że właściciel traci do niego dostęp, to tylko źle świadczy o serwisie. O jego niedoskonałości i daje zbyt duże kompetencje administracji. Autor traci swoje notatki, notatki innych, komentarze. A może ten blog był wart Nobla albo choćby Nike?
Chamscy i pierdzący, co wykazałem w poprzedniej notce, administratorzy Agory nie będą budować standardów w sieci. Wiem, że ich macki sięgają daleko, ale ja nie dam się zastraszyć. Nic złego nie uczyniłem. Na ich chamstwo i przemoc oraz stosowanie blogowego apartheidu odpowiem ogniem.
proces7
Licencja na walenie konia
Nie do pomyślenia, prawda? Żeby ktoś wpadł na pomysł ograniczenia nam dostępu do naszych narządów płciowych? Potraficie sobie to wyobrazić, by masturbacja była na kartki albo obciążona akcyzami i podatkiem od wartości dodanej?
Powinienem zacząć od banału i napisać, że Internet wyprzedza rzeczywistość i jest zapowiedzią przyszłości w życiu realnym. Ale i niesie za sobą anachronizmy, które już dawno przebrzmiały, a jednak są tacy, którzy próbują innych do tego przekonywać.
Bo sieć zapowiada i wyraża tolerancję, wolność, ale jest też miejscem spełnienia faszystów i ludzi wyznających politykę apartheidu blogowego.
Ostatnio jestem smutny, bo nie ma Kawci, ona była niezastąpiona, wspierała mnie, bez niej nie wyobrażam sobie dziś funkcjonowania wspólnych blogów, forów czy czatów. Za stary jestem, a ona była moim prawym cyckiem i zajmowała się tą całą techniczno – marketingową stroną tego mlecznego biznesu. Naszej wirtualnej milky way.
Napiszę jeszcze o tym niebawem, ale wspomnę tylko, że kiedy ona była, mogłem mieć tysiące pomysłów, wiedziałem, że mnie wspomoże, nawet w realizacji najdurniejszej idei. Dodawała mi skrzydeł, teraz oklapłem. Sama zabrała skrzydła i poleciała do nieba, jak biedroneczka.
Cieszę się, poprzez tę gorycz człeka samotnego, bo odchowała dzieciaki, przetrwała czas domowego kurnika, a i mnie przy okazji pozwoliło to na zaszczyt przebywania w pobliżu wirtualnym Kawci. Zajęła się życiem, a nie umieraniem, jak my, tu na blogach.
Trzymam za nią kciuki i zostanie w mojej pamięci jak inne fajne dziewczyny, które miały fajny biust i można było z nimi konie kraść.
Tak nawiasem mówiąc, to nigdy nie myślałem o tej chwili, wydawało mi się, że Kawa jest pancerna, trwała jak bunkier, ciężka ogromna i pot z niej spływa. Taki pociąg pancerny, ale odleciała jebaniutka. Z taką ciężką dupą tak lekko i zwinnie się wzbiła bezszelestnie. A to przecież było do przewidzenia, znałem to zjawisko jako dzieciak, który nie mógł pojąć jakim cudem wzbijają się w powietrze stalowe, potężne ptaki, przekraczające barierę dźwięku i ileś tam Machów.
Kawciu tęsknię!
Alkacja próbuje mnie pocieszać jak umie. To dobra kobieta, choć wie, że Kawci mi nie zastąpi, bo jakże napar z alkacjowych listeczków może zastąpić silną dawkę kofeiny w espresso. Znacie piosenkę “Expresso Love” Dire Straits?
W latach osiemdziesiątych, kiedy na towarze było napisane: “made in Japan” albo “made in Swiss”, znaczyło, że to dobre, można było brać w ciemno. Dziewczyny mojej młodości z całą pewnością były “made in heaven”. All of them.
Wiem, że expresso to nie to samo co espresso, ale do love bardziej pasuje espresso niźli cappuccino. Cappuccino to jakby masturbacja, jakby porno. Takie ulotne związki wirtualne są krótkie, nawet jeśli to espresso doppio albo lungo.
Cappuccino czy café latte, kojarzą mi się jednak bardziej z Porno Tube, tam się wszystko pieni i jest słodko, bezaromatycznie.
No i wreszcie do rzeczy.
Alkacja, żeby mnie pocieszyć, dała mi uprawnienia na blogasku Poltergeist666, zwanych przez złośliwców “Plotkiem666″ (albo Pokemonem666). Wstawiłem notkę, zacząłem komentować i nagle naszła mnie ochota, by zabanować. Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba, zupełnie tego nie planowałem. Chciałem zobaczyć jak to jest być katem. Usunąłem kilka chamskich wpisów Licencji i jeden mój chamski. Potem wykreśliłem kilka wpisów Valmonta, który reklamował swoją stronkę. I zmodyfikowałem też dwa komentarze, dopisałem, że Valmont poszedł walić konia, a Licencja ma wilgotną muszelkę. Bardzo ich to oburzyło, Licencja jest bardzo wzniosła, a wilgotna muszelka nie mieści się w jej dulskiej percepcji. Bo to Dulska. Srać na zewnątrz, ale własny domek ma być nieskalany. Założę się, ze Licencja ma dwie córki o imionach: Mela i Hesia. Zakopuje i tuszuje własne smrody, by wybielić się przed kim? Wyjątkowo odrażający typ babiszona.
Oczywiście Valmonta też ubodło owo walenie konia, bo jakże to on, który przywdział zbroję ma trzepać kapucyna? Zbroję, wziął miecz, przybrał nick sirlancelota. Rozumiem, go, wyglądałoby to dość żałośnie, masturbacja w opuszczonej przyłbicy, ręce zajęte mieczem, a fotografia pochwy licencji na tarczy. No i ta skrzypiąca zbroja człowieka z lastryko na nagrobku.
Przyznam, że w tym samym dniu Licencja zabanowała mnie na jej blogu, a Valmont jest wielkim zwolennikiem cenzury. Nawet donosił na mnie na forum “O forum” Agory, że nie cenzuruję swojego forum, a powinienem. Oczywiście jako właściciel forum, o czym się później dowiedziałem – w świetle prawa – nie mam obowiązku niczego cenzurować.
Ale na Polterrgeiście, zwanym “Polterem” postanowiłem działać zgodnie z zasadami norm współżycia społeczno – polityczno – seksualnego i wszystkie komentarze, które uważałem za niestosowne – usuwałem. Nie było tego wiele, raptem kilka, nawet jeden mój własny, który uznałem, iż łamie regulamin. Znacie jakiegoś admina, który by sam skreślił własny wpis i przyznał się, że złamał regulamin?
Jako admin na Polterze, patrzyłem na ich zgodność z ogólnie przyjętymi zasadami, kulturą, więc nie oszczędziłem też siebie.
Zabawa trwała raptem kilkadziesiąt minut i powiem Wam, że takie cenzurowanie wciąga! To jest jak marihuana, jak jazda po pijaku, przekraczanie prędkości. Wspaniałe uczucie. Potrzebne mi to było, bym zrozumiał nieco psychikę administracji. Czułem się jak esesman na rampie: ty do gazu, a ty do baraku.
Oczywiście przepraszam Alkację, że wykorzystałem jej chwilę słabości i naciągnąłem ją na uprawnienia administracyjne. Rankiem przyszła Pstro, poprawiła komentarze tak, jak sugerowali jej Walmont, Licencja i Koń Walony (WaLicKo sp. z o.o.) i wszystko gra. W sumie chaos ten trwał kilka godzin. Pstro uporządkowała blog, opanowała sytuację, pojawiło się kilka nicków, które wyraziły głęboki aplauz i zaakceptowanie dla działań Pstro, która – paradoksalnie – ocenzurowała mnie. Nie muszę chyba sugerować, że zanotowałem, kto co i jak tam pisał. I tych ludzi, nie chcę widzieć na moim blogu. Ci, których nie chcę widzieć, wiedzą o co chodzi. W przeciwieństwie do innych gospodarzy naszych wspólnych blogów: Kawci, Ali, Pstro, George Eliot czy Pokera, ja umiem powiedzieć bez cienia zażenowania “spierdalaj”. Idiotce napiszę, że jest idiotką, a głąbowi, iż głąbem jest. Więc szanujcie się i nie narażajcie się na moje epitety, i trzymajcie się z dala od tego miejsca.
Nie umiem uzasadnić swych cenzorskich zapędów, po prostu kasowałem. Licencja skasowała mój komentarz na jej blogu, bowiem stwierdziła, że jest głupi, a poza tym, jej szwagierka jest chora. Może to obudziło we mnie cenzora? I chęć odwetu?
Dla mnie to trochę niepojęte, bo skoro byłem adminem na blogu, to mogłem cenzurować, tym bardziej, że chodziło o ludzi, którzy są wielkimi zwolennikami cenzury. Dla mnie skreślanie moich wpisów i donoszenie na kumpli, oszukiwanie kobiet, tak jak czyni to Sirlancelot, są chamskie, więc kasowałem chamkę i chama. Żeby być sprawiedliwym, skasowałem również mój komentarz, który uznano za chamski.
Cenzurowanie jest niczym innym jak zmianą treści, a w gestii cenzora pozostaje ocena tego co jest właściwe, a co nie.
Poltergeist666 został zamknięty, nie wiem co się będzie nadal działo, ale zdarzenie uświadomiło mi jedną przykrą rzecz: jestem beznadziejnym cenzorem. Zupełnie nie nadaję się do sprawowania tej funkcji.
Co zgodnie potwierdziła znakomita większość komentatorów na owym blogu.
proces7
Kopałem cię dziś rano
Być może, gdzieś pomiędzy jednym a drugim blogiem, gdzieś w pobliżu, kręcą się ludzie, którzy zastanawiają się skąd we mnie taka determinacja by wypominać innym sprawę likwidacji mojego forum “Zawróceni w Czacie” w Agorze.
Pominąwszy sprawę istnienia ludzi w wirtualnym pobliżu czy między blogami, gra tyczy zupełnie innej rzeczy niż moje personalne rozgrywki, moje ambicje czy aspiracje. Szukam odpowiedzi na pytanie, które brzmi:
Czy ludzie tworzący ze mną forum byli producentami li tylko wyłącznie spamu, czy jednak to pisanie miało wartość. Czytaj resztę wpisu »
Na linii ognia
Nie bardzo umiem uporządkować ten mój świat blogowy czy tam w ogóle wirtualny. Szwendam się nieskładnie i bez wyraźnej koncepcji, co zresztą widać i czuć. I chyba właśnie dokładnie tak powinno to wyglądać. Czytaj resztę wpisu »
Marszczenie fraglesa albo fraglesowanie gruchy
Dostałem tu parę sygnałów od moich komentatorów, że niejaki Fraglesi – prowadzący bloga w lokalnej platformie WordPressu – należy w niej do najsłynniejszych cenzorów i bananowych kacyków – sław typu takich co do z glana po gościach walą. Niektórzy nazywają go nawet Banglesi.
Otóż, sądzę, że nasz blogowy faszysta jest najpewniej – w życiu prywatnym, tym pozablogowym, które chętnie na swoim blogu opisuje – całkiem fajnym gościem. Ogólnie ludzie z Pomorza i Kaszub są fajni. Ja chciałem się o nim wypowiedzieć w wymiarze wirtualnym. Bo dla mnie jest on pseudonimem, tak jak Wy wszyscy. Czytaj resztę wpisu »