Archiwum kategorii ‘Raport z umierania w sieci’
RIP
Czyli: Redaktor Internetu Proces
Moja agonia blogowa przeciąga się nieco, pewnie powinienem wszystko zostawić w diabły. Albo skasować. To chyba dylemat każdego blogowego więźnia. Kasować czy nie kasować? Oto jest pytanie. O ile dobrze pamiętam, zawsze pozostawiałem wersje archiwalne miejsc, które redagowałem w sieci. Nawet jeśli były totalnie popsute, bezsensowne czy miałem świadomość, że już nigdy nikomu na nic się nie zdadzą.
Bo cóż oznacza rest in peace dla wirtualnej kafejki, miejsca spotkań i pogawędek? Moim zdaniem, jeśli jest martwa, nie ma woli ni możliwości jej reanimacji bądź nadziei na cudowne wskrzeszenie, można ją odciąć jak zwłoki wisielca albo pozostawić dyndającą.
Do Poltergeista (Poltera) nie byłem jakoś szczególnie przywiązany. W porównaniu z innymi miejscami, które współkomponowałem. Oddalam się od wirtualnego życia, stąd i moje więzi z takimi miejscami są słabe. Nie to co dawniej, kiedy mocno korzeniami wrastałem w te sprawy, angażowałem się i najczęściej zostawałem szefem sztabu, zarządzającym czy tam naczelnym redaktorem – Internetu – rzecz jasna.
Ale cóż, taki redaktor, na przykład znana Wam RIS (Redaktor Internetu Siwa) czy RIO (Redaktor Internetu Ols), kasują sobie fora, blogi, przeszkadzają innym w dyskusji, banują, cenzurują, a na dodatek biorą za to kasę. Sami gówno potrafią rozkręcić. Minus dziesięć w Rio, dżuma w Siwa Fe… A ja miałbym za friko prowadzić redakcję forum czy bloga, a na dodatek być kontrolowanym przez platformę, która absolutnie wiertniczą nie jest, choć tryskają w niej bluzgi na właściciela, ojca chrzestnego czy patrona owej sieciowej kafejki? Kafejki, bo pijemy przy niej poranną kawę czy wieczornego drinka i czytamy, dołączamy do nurtu dyskusyjnego, czujemy się na tyle dobrze z otwartym na niej monitorem, że powracamy codziennie.

Odciąć zwłoki czy nie? That is a question.
Poltergeist miał długą żywotność, niemniejszą niż trwanie Konfraterni, Lotu nad bocianim gniazdem, Zawróconych w Czacie czy Lokomotywy. Były i Cyce, i inne Catche 22 i Cycoramy, ale któż to jeszcze pamięta? Z doświadczenia wiem, że bez takowej bazy, towarzystwa wirtualne podlegają szybkiemu rozkładowi. Tematem rozmów są plotki czy wydarzenia związane z komentatorami bądź redaktorami takowych rozmów. Jeśli nie ma pretekstu, gdy nie ma kawiarni, w której podają espresso czy frappe, nie ma motywu do zagadania, nie ma wspólnego zazębiania się. W końcowym efekcie zanika, nietrwała przecież, wirtualna więź. Owszem, jeśli zawiązało się z kimś mniej lub bardziej prywatny kontakt, wówczas istnienie takich miejsc dla subtelniejszej i rozwiniętej relacji jest obojętne. Wirtualne życie jest tak samo brutalne i prozaiczne jak realne. Nie ma pogawędki w komentarzach na blogasku – nie ma żadnych związków. Umierają z czasem bezpowrotnie. Tu można się zastanawiać, czy warto o takie, przecież guzik warte relacje, zabiegać. Pielęgnować je, starać się i troszczyć.
Tworzenie trwałych wirtualnych agregatów towarzyskich nie jest wcale łatwe, bywa nawet stresujące. Sam miałem zawsze nieco szczęścia, bowiem zawsze obok pojawiała się jakaś zapatrzona we mnie kura, która odwalała za mnie sporą część fizycznej pracy związanej z tworzeniem wirtualnej dyskusji. Ale miało to też swe złe strony, kurka, miast przestrzegać dyscypliny służbowej i poprawnych relacji między współpracownikami, być moją prawą ręką, najczęściej zakochiwała się we mnie. I oczywiście, prędzej czy później, pojawiało się nieformalne żądanie gratyfikacji. W postaci zaspokojenia jej miłosnych żądz rzecz jasna. Kiedy zauważała, że sytuacja jest beznadziejna, że ani z prawej ręki, ani z lewej, bo serce jest po lewej stronie, zaczynała wątpić i popadać w apatię. Czemu się nie dziwiłem. Przecież ja również oczekiwałem wynagrodzenia, w postaci sławy i uznania, w formie glorii i splendoru spływających na kapitana zwycięskiej drużyny. Mnie interesowały takie sieciowe punkciki ze względu na ekspansję, wzrosty statystyk, ale też opadania, załamania, doły, fazy plateau. Fascynowało mnie obserwowanie siebie jako uczestnika gry w teorii gier wirtualnych. Potem te nastroje się stonowały, by opaść bezpowrotnie, bez szans na podźwignięcie się. Zupełnie jak mój penis. Po cóż mam zatem bajerować laski, wzbudzać ich podziw i emocje, skoro pukał ich nie będę?
O wdzięczności, szacunku możecie zapomnieć, dawno na to przestałem liczyć. Nawet niektórzy przekręcają potem chronologię, istotę rzeczy i historię, ale nie ma się czym przejmować, ci co mają wiedzieć, znają przeszłość.
Podziękowania dostanę być może w grobie, jeśli dożyję do tego czasu.
Tak mniej więcej można zobrazować moje gry czatowo – forumowo – blogowe. Satysfakcja, spełnienie, były jedyną nagrodą, jak butelka burbona u szczytu wspinaczki górskiej, jak spacer zakończony filiżanką espresso albo mordercza gra miłosna zakończona papierosem po. Ten cel motywował rozgrywkę, zagrzewał do boju i zachęcał do pracy. Bo przecież nie wszystkie czynności związane z prowadzeniem forów czy redakcyjnych blogów są przyjemne. Czasem trzeba było odwalać czasochłonną siermięgę: sprawy techniczne, zebrania i dyskusje z współredaktorami, podsycanie konfliktów, wygaszanie iskier ze zgrzytów między komentującymi (rzadsze), manipulowanie kurami i męskimi pindziami blogowymi i te pe, i te de.
Co do Poltera sądzę, że – z mej perspektywy – jego formuła się wyczerpała, tak jak dla mnie zużyły się formy: czatów czy forów. Zblakły mi, a może nawet obrzydły. Wizja i presja administracyjnej pały, nahajki tępicieli trolli, są dla mnie przygnębiające. Nie wspominając o najzwyczajniejszym braku czasu, który nie pozwala mi na troskę ciecia i klowna. Piszę o tym, bo wiem, że po zamknięciu Poltera, niektóre z wirtualnych oczu zwróciły się w mym kierunku. Przykro mi: nie chcem i nie muszem.
Za długo bywałem na czatach, dostatecznie często też na forach, wiele blogów zwiedziłem, zdaje mi się, że już wszystko wiem na ten temat. Wydaje mi się, że trwałość i organizacja miejsc, które współtworzyłem były dobre. Te wirtualne zadupia spełniały też podstawowe zasady wolności w sieci, nie sięgały ich cenzura i bany, prócz zewnętrznych interwencji grup szturmowych powiązanych z władzą.
Znając życie, zrodzi się coś nowego, może dopiero po kilku próbach stanie się fajnym, codziennym zakamarkiem wirtualnego zadupia. Im dalej w sieć, im więcej takich miejsc człowiek przeżył, tym mniejszy sentyment pozostaje. Potem, za którymś tam razem, mniej się angażujemy, zostawiamy coraz mniej siebie. Przez ostrożność może? Rutynę? Ale jakąś cząstkę siebie jednak oddajemy, która – z wersją archiwalną czy bez – niech pozostanie w pokoju.
proces7
Miłość w czasach A/H1N1
Zauważyłem, że sporą popularnością cieszą się tu – na WordPressie – blogi traktujące o świńskiej grypie (na zapytanie A/H1N1 Google dają 103 mln odpowiedzi, to mniej więcej tyle, ile wynoszą rekordowe wygrane w loterii Euro Millions, w euro rzecz jasna).
Grypą tego typu, niezwykle groźną i śmiertelną chorobą, można zarazić się w łatwy sposób, nawet przez wdychane powietrze, przez używanie tej samej toalety, na basenie. W zasadzie wszędzie. Można również złapać zarazki drogą płciową. I to jest oczywiście najprzyjemniejszy sposób zakażenia. I tę drogę wybrałem i ja. Chorowałem jakieś pięć dni, co zauważyli z pewnością wierni czytelnicy mego bloga. Ale celowo Was nie informowałem, bo być może droga wirtualna jest również dostępna dla tych parszywych, świńskich zarazków. Pięć dni w domu, aspiryny, witamina C i gorące herbaty. Całkiem prawdopodobne, że zakażenie wirusem AH1N1 spotęgowały u mnie: spora ilość spożytego alkoholu w przeddzień krytycznego dnia, a także kac moralny związany z kontaktem erotycznym z pewnym aligatorem – kobietą. Gdybym był trzeźwy, może nie doszłoby do tego. Ale mój problem alkoholowy jest Wam znany i polega mniej więcej na tym, że kiedy nie piję, jestem trzeźwy.
Ach, i powiem Wam coś ważnego przy okazji; otóż: prezerwatywa nie chroni przed zakażeniem AH1N1 w żadnym razie! Nie dajcie się nabrać na żadne reklamy tego typu!
Świńska grypa to świetna okazja dla promocji bloga, złoty interes dla koncernów farmaceutycznych, które klepią swe pigułki na taśmach dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ogólnie rzecz biorąc grypa taka napędza gospodarkę. Media mają o czym pisać, oglądalność programów telewizyjnych, nakłady prasy, wpływy z reklam w sieci; to wszystko rośnie jak na drożdżach. Nieliczne ofiary wirusa, jak na przykład ja, nie liczą się w tej globalnej gorączce wirusowego złota. Ba! Nawet nie mają takowych aspiracji czy pretensji.
Idą jak woda poradniki, informacje o śmiertelnych ofiarach, na szczęście bardzo nielicznych, blogi o świńskiej grypie są liderami wszelakich rankingów. Jest to także pośrednia i zakamuflowana promocja bezpiecznego (choć tu pewności nie mam) cyberseksu.
Powiem Wam, że gdyby nie te informacje, gdyby nie ta totalna i prowadzona na wszystkich frontach kampania medialna, nie miałbym świadomości, że chorowałem na tak poważną chorobę. Dzięki tak doskonałemu i precyzyjnemu dostępowi do informacji, wiem co przeszedłem, przez ile dróg, jak moje życie wisiało na włosku. W innym razie cóż, byłbym zwykłym przeziębionym, który sobie trochę posiedział w domu, poczytał książki, obejrzał nieco telewizji. A tak? Jestem ofiarą, weteranem, można nawet pokusić się o określenie: bohaterem. Mimo że zaraziłem się najprzyjemniejszą z dróg, a pogrzeb mojej partnerki, francy która mnie zaraziła, aczkolwiek nieświadomie, odbył się wczoraj, w deszczowy poniedziałek. Ciało miała zimne, gdy ją chowano, ale dupcię gorącą na bank.
Ukraińskie feministki wykorzystały ten “świński, diabelski młyn” dla promocji nowego modelu bielizny. Takie oto performance urządziły na placu Niepodległości w Kijowie. Maski i zgrzebna bielizna chronią przed zakażeniem AH1N1. Zgrzebna i wyglądająca jak bandaże bielizna chroni także przed zakażeniem drogą płciową.

fot. Sergei Supinsky/AFP
Nie wiem czy to potrzebne, bo jak człek chory, to nic mu się nie chce. Choć w obliczu epidemii, prokreacja byłaby wskazana, by uzupełnić wymarłe wskutek zarazy plemiona nowymi osobnikami.
I tu zrazu przychodzi mi na myśl Gabriel García Márquez i jego Miłość w czasach zarazy (El amor en los tiempos del cólera). Bo miłość jest lekiem na całe zło, lepszym niż cała apteczka pigułek. A i zakażenie zarazą odbywa się w sposób przyjemny, co powoduje, że ów żal, że padliśmy jej ofiarą, staje się jakby mniejszy.
proces7
Mały ptaszek
Penis brzmi jakoś bardzo oficjalnie. A cycuś, fifok, pyrtek czy ptaszek nadto kolokwialnie. Kutas zaś staropolsko i archaicznie. Fiut ordynarnie. Fallus zaś jak określenie prosto z książki do biologii i pretensjonalnie. Zostawmy zatem fallusa owadom i prowincjonalnym, niespełnionym, gminnym artystom. W każdym razie wiadomo o co chodzi.
Wielkość przyrodzenia ma ogromne znaczenie dla naszego życia, jego rozmiar zawsze determinuje nasze zachowania, przyszłą karierę oraz najzwyczajniej i po prostu: nasze szczęście. Bo jeśli masz małego, masz przesrane, należysz do niższej kasty w męskiej części społeczeństwa. Kobiety – mamuśki – będą cię pocieszać, że małe jest piękne, że ważna jest czułość, doświadczenie, delikatność i technika, ale to gówno prawda. Kiedy przychodzi co do czego, kobiety zawsze wybierają większego, w innym razie wiadomo, że lecą na kasę albo już rzeczywiście nie mają innego wyjścia. I w swej desperacji, w poszukiwaniu swojego ptaszka, który mógłby na stałe zamieszkać w ich gniazdku, wybiorą ciebie.
Wielkość, zarówno długość jak i grubość, przenoszone są drogą genów. Jeśli twój ojciec ma (miał) małego, ty też będziesz takim nieszczęśnikiem i na nic zdadzą się lamenty, daremne żale. Szczwana natura selekcjonuje to jednak, bo przecież kobiety nie chcą małych, stąd rozmnażają się, tacy posiadacze mizernych fiutków, znacznie słabiej niż pozostali.
Swoją drogą dziwię się jednemu: w portalach gejowskich obserwuję szczególny nacisk na ekspozycję wielkich penisów. Sądzę, że ze względów technicznych, wielkie i grube stanowią przeszkodę w seksie homoseksualistów. Poza tym przewrotna natura pozwala im marnować te pożądane przez kobiety geny.
Można szukać, bardzo nielicznych, pozytywnych aspektów wynikających z posiadania małego prącia. Małe łatwo zaparkować, o czym wiedzą kobiety, chętnie kupujące niewielkie, kompaktowe samochody do jazdy miejskiej. Krąży legenda, że faceci kupują wielkie terenówy albo vany do miejskiej jazdy, bo to szpan i jakby przedłużenie penisa. To samo tyczy stójkowych i żandarmów, którzy mogą nosić pały. Służą one wprawdzie dla wzbudzania respektu i szacunku, ale i czasem do bicia. Myślę, że przekłada się to również na wirtualne życie i kompleks wirtualnej pały. Im więcej banujesz, cenzurujesz, kasujesz, tym bardziej obnażasz mizerię twej wyschniętej krewetki. Ale pamiętaj, od tego ci nie urośnie! Gumową pałą nie zapłodnisz kobiety! Być może dasz radę ją zaspokoić, jeśli umiesz wibrować, ale tego – powiem szczerze – nie wiem dokładnie.
Miałem takiego znajomego, który ma tak wielkiego, nawet w stanie spoczynku, że bił nim swoją małżonkę. Nie, co to to nie, nie były to jakieś mocne razy, jak te wymierzane pięścią czy tępym narzędziem, ale – z relacji bitej kobiety – wiem, że praktyki te powodowały u niej niezbyt wielki, ale uciążliwy i tępy ból w okolicach szczęki i pośladków. Nieszczęsna musiała zapomnieć o orgazmach, bo na sam widok męskiego członka, stawała się sucha niczym wargi, chorego na malarię Pigmeja na sawannie.
Innym, pozytywnym, z tych nielicznych aspektów malizny fallusa jest to, że przez większość naszego życia jednak mały pozostaje w spoczynku, nieużywany, więc te chwile przykrości da się jakoś znieść. Dla impotentów jest to też radocha, bo przecież szkoda by było, gdyby duży nie stawał. Zawsze wtedy można pomyśleć o innych ze zdezelowaną potencją, posiadaczy dużych: No i chuj ci z tego, że masz wielkiego, hę?
Jeśli masz zdezelowane auto, którym i tak nie da się jeździć, to nie ma znaczenia co stoi na parkingu: mercedes czy beemka, czy fiesta albo polo.
Dobra, małe wszędzie upchniesz, nawet w najciaśniejsze i najbardziej mroczne zakamarki, masz mniejsze szanse na przenoszenie tych nieszczęsnych genów, ale to tylko niewielkie pocieszenie. W tym twoim wielkim nieszczęściu, na które nie znajdziesz nijakiego ratunku, a wspomniane przeze mnie pozytywy, mogą jedynie tymczasowo ukoić twą nieszczęśliwą i obolałą duszę.
Jakie są drogi ucieczki przed tym piętnem małego ptaszka?
Możesz pić, wtedy wszystko wydaje się większe, ładniejsze, wówczas zaakceptujesz też większość kobiet, tych, których po trzeźwemu nigdy byś nie zniósł. Albo – tak jak ja – uciec w wirtualny świat i udawać super kochanka, znawcę erotyki, poskramiacza wirtualnych suczek, kocic i lwic. Od tego wprawdzie się nie powiększy, ale ukoi ból, niczym olejek goździkowy przyłożony do zęba. Ale to działa na chwilę, potem – prędzej czy później – udajesz się do dentysty. Ale piszę o zębach, bo jeśli chodzi o przyrodzenie, to nie ma mowy o leczeniu, implantach czy, nie daj Boże, o ekstrakcji. A korony to są dobre duńskie albo szwedzkie. Królem ani carem nie będziesz. Rasputinem też nie.
Możesz, czego nie radzę czynić, zwalić całą winę na kobiety, które przecież mają wielkie jak studnie czy kratery wulkanów. Jednak statystyki są wredne i nieubłagalne.
Z małym penisem, prędzej czy później wpadniesz w depresję, żona zacznie cię zdradzać, a jeśli do tego jesteś biedny, zostawi cię. Wtedy, nie dość, że będziesz małym, to na dodatek samotnym fiutem. Zaczniesz brać leki antydepresyjne, które obniżają potencję, mały ci się skurczy, będzie ci go trudno odnaleźć pośród włosów łonowych przed siusianiem. I ty zaczniesz się kurczyć wraz z nim w tej twej siermiężnej i nieszczęsnej doli. Uśmiechając się jednak czasem, pogrążony w marzeniach o pięknych i nęcących kobietach, których nigdy nie będziesz miał. Pozostaną twym niespełnionym snem o potędze. Bo urodziłeś się z piętnem i musisz z nim dotrwać końca swych dni, co – być może – całkiem niedługo już potrwa.
proces7
O Pólnocy, Południu i księgowości blogopisania
O tak! Zdecydowanie herbata Earl Grey to dobry pretekst dla porannej blogowej notki. Ona jakby oddaje ten stepowy, może nawet pustynny, klimat blogoprzestrzeni. Bo taka ta forma podróżowania słów jest. Notatki mieszają się ze sobą, komentarze wachlują gdzieś tam i tu albo tu i tam. Nawet nie wiem gdzie to jest “tu”, a gdzie “tam”. Niezwykłe i dzisiejsze frazy odchodzą w niebyt, zmieszane z wczorajszymi. Czytaj resztę wpisu »
Konfidenci Blogoprzestrzeni
Zainspirował mnie pewien tekst Slimka, który on może uznać za niezbyt istotny w swej blogowej twórczości. Chodzi o to co w tytule: donosić czy nie donosić? Jeśli widzimy blog, który w jakiś tam sposób może łamać regulamin i zasady, to czy powinniśmy złożyć stosowny donos? Do odpowiednich władz? Czytaj resztę wpisu »
Scenki z sieciowych seriali
Miałem dziesiątki, może nawet setki przeróżnych wirtualnych romansów i naprawdę, tylko nieliczne kończyły się jakimś spotkaniem. Na palcach jednej ręki przedwojennego drwala można takie przypadki wyliczyć.
W zasadzie to na czaty kobiety przychodzą tylko flirtować, rzadziej szukają jakiegoś przygodnego seksu czy uczucia. Te sprawy są dla mnie jakby nadal wirtualne, bo nawet, gdy dochodziło między taką kobietą a mną do jakichś intymności, zawsze mówiły mi, z łzami w oczach: proces, jesteś cudowny. Nawet jak wyznawały mi miłość, to mówiły: proces, kocham cię. Żadna nie używała mojego imienia, które przecież mam całkiem fajne. Czytaj resztę wpisu »
Siemaneczko Świrki!
No i jestem, wróciłem na łono blogosfery. Wiem, że wielu z Was było zaniepokojonych. Tu, z tego miejsca chciałbym podziękować wszystkim moim wirtualnym kumpelom i kumplom. To było fajne uczucie mieć Was w wirtualnym pobliżu. Choć sami wiecie, jak to jest z tym pobliżem, trudno tu mówić o jakimś pobliżu w ogóle. Czytaj resztę wpisu »
Tomorrow belongs to me
Nawet nie bardzo chce mi się odnosić do sekwencji cytowanych przez Dział Prawny Agory, które miałyby uzasadnić skasowanie mojego bloga Cyc. Są to zdania wyciągnięte spośród dziesiątek tysięcy komentarzy, które się tam pojawiły. Niektóre konteksty pamiętam. Idzie rzecz jasna o listę przestępstw popełnionych przeze mnie, które podano mi w uzasadnieniu skasowania mojego bloga, a które zacytowałem w notce poniżej. Czytaj resztę wpisu »
Rynsztok
Dyskusja w sieci będzie dotąd interesująca, będzie ludzi pasjonować, póki będziemy się różnić. Wyznawać inne standardy, inaczej patrzeć na świat.
“Tam gdzie są bogacz i biedak, zawsze powstanie dobry film”, tak kiedyś mówił Cesare Zavattini. A było to ponad pół wieku temu i nic od tamtych czasów się nie zmieniło. Czytaj resztę wpisu »
Róże i zaraza
W polityce nie ma miłości. Jeśli ona już tam jest, to wcale nie jest romantycznie, nie jest nawet grzesznie i poza przyzwoleniem społecznym. Miłości w polityce nie są zbrukane, bo i owszem, pojawiają się nieznośne plotki, ale te skandale mają zupełnie inny wymiar niż pośród znanych ludzi rozrywki. Tam też ta miłość sprowadzona jest do parteru: do ciała, seksu i pieniędzy, ale nie ma tego tragizmu, wzruszeń, dramatycznych wydarzeń, które mogłyby poruszyć serca. Komentatorzy polityczni od razu doszukują się odniesień do jakichś konfliktów globalnych. Wiążą te uczucia z budżetem, polityką zagraniczną, walką o stołki. I to wcale jest nieczułe i nawet nieerotyczne. Totalnie nieliryczne.
I właśnie dlatego polityka mnie nie zajmuje. Rozumiem ludzi, którzy sądzą, że pisząc, komentując, poszukując spisków i walcząc o władzę, mogą uważać, że coś zmienią. A tak naprawdę, to brakuje im miłości, a pasja polityczna jest jej nikczemnym substytutem.
W przekonaniu tym utwierdziły mnie ostatnie, rzekome afery związane z konkursem Blog Roku.
Jak zawsze, najbardziej zaciekłe walki toczyły się na froncie dyskusji politycznych. Mniejsza z tym, że ja tego nie pojmuję, bo przecież jeśli blog wygra kategorię ‘”Polityka”, nie będzie to oznaczać, że wygrał wybory, że jego racja jest najbloguśniejsza. Ilość komentujących, wizytujących stronę polityka nijak nie jest skorelowana z poparciem dla niego w wyborach, zaryzykowałbym nawet tezę, że taka medialna internetowa popularność jest ujemnie skorelowana z ewentualną wysokością politycznego stołka.
W konkursie chodziło o to, że Joanna Senyszyn była adorowana przez Janusza Korwina Mikke. Oczywiście dla kogoś, kto nie ma w sobie za grosz romantyzmu i nigdy nie kochał, ani kochany nie był, cała sprawa wygląda na przekręt i aferę. Ale to nie tak.
Korwin Mikke zachęcał swoich fanów by głosowali na blogi “prawicowe” (bezalkoholowe;)), żeby nikt a nikt z lewicy do finałów się nie przecisnął. A strateg z niego niezgorszy, więc wiedział, że dzięki takiemu zabiegowi, wprowadzi do finałów jedyną kobietę, którą przewrotnie nazwał Czerwonym Cierniem. I śmiem twierdzić, że Joanna to niespełniona miłość Janusza. On, odrzucony z czerwonych salonów, walczy jak lew z komuchami, a tak naprawdę poszukuje atencji Profesoressy. Bo przecież socjalizmu nie wytrzebi z urzędów i umysłów, a być może któregoś dnia wyląduje w ramionach Joanny, która za kilka dni, bo 1 lutego, kończy sześćdziesiąt lat.
Młodzi będą się śmiać, ale ci, którzy czytali książkę – bądź widzieli film nakręcony na jej podstawie – “Miłość w czasach zarazy” (El amor en los tiempos del cólera) mogą spojrzeć na rzecz z zupełnie innej perspektywy. W tytułowej cholerze ujrzą czerwonkę, z którą walczy Janusz, a w cierniu, którym niby dla Janusza jest Joanna, dojrzą odniesienie do ciernistych dróg, przez które wiedzie trudna miłość. Ptaki ciernistych krzewów, per aspera ad astra itd.
Bo czyż Janusz nie przypomina Wam brzydkiego i smutnego, acz uroczego, nieudacznika Florentina Arizy, a Joanna wyrachowanej Ferminy Dazy?
Ja sądzę, że Janusz właśnie cały wypełniony jest – jak Florentino – miłością. Blog to tylko przykrywka, a tak naprawdę, skrycie to on pisze wiersze dla Joanny. O ptakach, kwiatach i różach, stąd te ciernie. I ona motywuje ten jego przewrotny poemat.
Bo przecież polityka – tak jak i pieniądze – nie jest celem, a tylko środkiem do osiągnięcia władzy, a ta z kolei ersatzem miłości. I Janusz cierpliwie czeka na swe spełnienie. Dziś zostawił tę swoją miłość, ten czerwony kwiat w otoczeniu wilków prawicy, bo chciał ją zobaczyć wyraźnie. Jak Florentino, który przemierzał setki kilometrów w czasach zarazy i pozostał wierny swej ukochanej. Te 622 kochanki, to był szczegół. Wielki statystyczny, nieistotny dodatek do prawdziwego uczucia.
Bo tak naprawdę w życiu liczy się tylko miłość, ona nas prowokuje, uświęca i uszlachetnia. I drogi są do niej cierniste. Ale ufam w to, że kiedyś Joanna i Janusz popłyną rzeką w górę i dół i spełni się to, czego najbardziej pragną. Jak kiedyś spełniło się dla Ferminy i Florentino. Będą pływać po rzece “przez całe życie”. Bo po wielu latach samotności, na przykład stu, po zarazach, po śmierciach patriarchów w ich jesieni, przychodzi czas na miłość, która trwa całe życie i którą jesteśmy wypełnieni. Nieświadomi tego faktu. Przez całe życie.
proces7
Master of Ceremony
Aby samemu nie wpaść w pułapkę plagiatu, podam rozwiązanie zagadki z poprzedniego odcinka mojej blogowej opery mydlanej. Otóż w zakończeniu zacytowałem – dosłownie i bezczelnie nie podając źródła – fragment tytułowej piosenki z filmu “Kabaret”. Czytaj resztę wpisu »
Przysięgnij na Biblię
Moja prywatna wojna z Kościołem Katolickim zaczęła się wiele lat temu. Na początku szkoły podstawowej postanowiłem zostać ministrantem. Szczerze mówiąc, nie było to jakieś szczególne powołanie czy misja, bardziej chodziło mi o upominki, które dostawali moi starsi koledzy, którzy byli ministrantami. Czytaj resztę wpisu »
Matki, suki i kochanki
Nie sądzę by ten specyficzny typ kobiet zrodziła sieć: czaty, blogi czy fora. Myślę, że gdyby nie został wynaleziony Internet, te monstra odnalazłyby równie odrażającą i haniebną drogę ucieczki.
Jak rozpoznać taki typ, sieciowej matki suki, poszukującej wirtualnych kochanków, a przez to dowartościowania się, uznania ich za artystki czy sieciowe damy?
Spędzają one całe dnie w różnych wirtualnych miejscach z przyszykowanymi ripostami, poszukujące mizernego tła w postaci zbłąkanego chamstwa czy psotnego dziecka neostrady. Czytaj resztę wpisu »
Samobójca
Niedawno w sieci głośna była sprawa pewnego artysty brzuchomówcy, któremu nie udało się zrobić kariery w telewizji TVN. W związku z tym ten postanowił postraszyć jurorów, że popełni z tego powodu samobójstwo. Normalnie się zabije, bo tak się zdenerwował.
Zmontował stosowny film, w którym opowiadał o tym, jak to media go pokrzywdziły i film zyskał sporą popularność. Wszystkie kloaki sieciowe podchwyciły temat i bryzgały – niczym gównem – linkami do wypowiedzi brzuchomówcy. Czytaj resztę wpisu »
Dwie Róże, ich płatki i słowo
Śmierć to temat tabu, nawet w kontekście wirtualnym. W Internecie gdzie można dramatyzować, umierać wielokrotnie. Można manipulować życiem i śmiercią by wzbudzić emocje. Śmierć jest częścią życia, a sieć tylko w pewnym stopniu odbiciem rzeczywistości. Jak teatr, w którym Ryszard III umierał już wielokrotnie na polach Bosworth. I umrze jeszcze nie raz. Myślę, że każdy boi się śmierci w podobnym stopniu: wierzący, ateista. Stary i młody. Może strach nie jest dobrym określeniem, bo dotyczy czegoś zdefiniowanego, poznanego, a nade wszystko – nazwanego. Nazywam ten stan lękiem. Choć to nadal tylko słowo. Kolejne słowo, które można tylko sprzedać. Niektórzy pozostają w mirażu, że słowa da się kupować i przechowywać w domowych, kuchennych pudełeczkach. Że kiedyś, niczym akcje solidnej firmy albo kosztowności, przydadzą się im, nabiorą gigantycznej wartości. Słów, które teraz, kiedy zestawiam w kombinacje i sam się ich lękam. Czytaj resztę wpisu »