Archiwum kategorii ‘Raport z umierania w sieci’
Miłość w czasach A/H1N1
Zauważyłem, że sporą popularnością cieszą się tu – na WordPressie – blogi traktujące o świńskiej grypie (na zapytanie A/H1N1 Google dają 103 mln odpowiedzi, to mniej więcej tyle, ile wynoszą rekordowe wygrane w loterii Euro Millions, w euro rzecz jasna).
Grypą tego typu, niezwykle groźną i śmiertelną chorobą, można zarazić się w łatwy sposób, nawet przez wdychane powietrze, przez używanie tej samej toalety, na basenie. W zasadzie wszędzie. Można również złapać zarazki drogą płciową. I to jest oczywiście najprzyjemniejszy sposób zakażenia. I tę drogę wybrałem i ja. Chorowałem jakieś pięć dni, co zauważyli z pewnością wierni czytelnicy mego bloga. Ale celowo Was nie informowałem, bo być może droga wirtualna jest również dostępna dla tych parszywych, świńskich zarazków. Pięć dni w domu, aspiryny, witamina C i gorące herbaty. Całkiem prawdopodobne, że zakażenie wirusem AH1N1 spotęgowały u mnie: spora ilość spożytego alkoholu w przeddzień krytycznego dnia, a także kac moralny związany z kontaktem erotycznym z pewnym aligatorem – kobietą. Gdybym był trzeźwy, może nie doszłoby do tego. Ale mój problem alkoholowy jest Wam znany i polega mniej więcej na tym, że kiedy nie piję, jestem trzeźwy.
Ach, i powiem Wam coś ważnego przy okazji; otóż: prezerwatywa nie chroni przed zakażeniem AH1N1 w żadnym razie! Nie dajcie się nabrać na żadne reklamy tego typu!
Świńska grypa to świetna okazja dla promocji bloga, złoty interes dla koncernów farmaceutycznych, które klepią swe pigułki na taśmach dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ogólnie rzecz biorąc grypa taka napędza gospodarkę. Media mają o czym pisać, oglądalność programów telewizyjnych, nakłady prasy, wpływy z reklam w sieci; to wszystko rośnie jak na drożdżach. Nieliczne ofiary wirusa, jak na przykład ja, nie liczą się w tej globalnej gorączce wirusowego złota. Ba! Nawet nie mają takowych aspiracji czy pretensji.
Idą jak woda poradniki, informacje o śmiertelnych ofiarach, na szczęście bardzo nielicznych, blogi o świńskiej grypie są liderami wszelakich rankingów. Jest to także pośrednia i zakamuflowana promocja bezpiecznego (choć tu pewności nie mam) cyberseksu.
Powiem Wam, że gdyby nie te informacje, gdyby nie ta totalna i prowadzona na wszystkich frontach kampania medialna, nie miałbym świadomości, że chorowałem na tak poważną chorobę. Dzięki tak doskonałemu i precyzyjnemu dostępowi do informacji, wiem co przeszedłem, przez ile dróg, jak moje życie wisiało na włosku. W innym razie cóż, byłbym zwykłym przeziębionym, który sobie trochę posiedział w domu, poczytał książki, obejrzał nieco telewizji. A tak? Jestem ofiarą, weteranem, można nawet pokusić się o określenie: bohaterem. Mimo że zaraziłem się najprzyjemniejszą z dróg, a pogrzeb mojej partnerki, francy która mnie zaraziła, aczkolwiek nieświadomie, odbył się wczoraj, w deszczowy poniedziałek. Ciało miała zimne, gdy ją chowano, ale dupcię gorącą na bank.
Ukraińskie feministki wykorzystały ten “świński, diabelski młyn” dla promocji nowego modelu bielizny. Takie oto performance urządziły na placu Niepodległości w Kijowie. Maski i zgrzebna bielizna chronią przed zakażeniem AH1N1. Zgrzebna i wyglądająca jak bandaże bielizna chroni także przed zakażeniem drogą płciową.

fot. Sergei Supinsky/AFP
Nie wiem czy to potrzebne, bo jak człek chory, to nic mu się nie chce. Choć w obliczu epidemii, prokreacja byłaby wskazana, by uzupełnić wymarłe wskutek zarazy plemiona nowymi osobnikami.
I tu zrazu przychodzi mi na myśl Gabriel García Márquez i jego Miłość w czasach zarazy (El amor en los tiempos del cólera). Bo miłość jest lekiem na całe zło, lepszym niż cała apteczka pigułek. A i zakażenie zarazą odbywa się w sposób przyjemny, co powoduje, że ów żal, że padliśmy jej ofiarą, staje się jakby mniejszy.
proces7
Mały ptaszek
Penis brzmi jakoś bardzo oficjalnie. A cycuś, fifok, pyrtek czy ptaszek nadto kolokwialnie. Kutas zaś staropolsko i archaicznie. Fiut ordynarnie. Fallus zaś jak określenie prosto z książki do biologii i pretensjonalnie. Zostawmy zatem fallusa owadom i prowincjonalnym, niespełnionym, gminnym artystom. W każdym razie wiadomo o co chodzi.
Wielkość przyrodzenia ma ogromne znaczenie dla naszego życia, jego rozmiar zawsze determinuje nasze zachowania, przyszłą karierę oraz najzwyczajniej i po prostu: nasze szczęście. Bo jeśli masz małego, masz przesrane, należysz do niższej kasty w męskiej części społeczeństwa. Kobiety – mamuśki – będą cię pocieszać, że małe jest piękne, że ważna jest czułość, doświadczenie, delikatność i technika, ale to gówno prawda. Kiedy przychodzi co do czego, kobiety zawsze wybierają większego, w innym razie wiadomo, że lecą na kasę albo już rzeczywiście nie mają innego wyjścia. I w swej desperacji, w poszukiwaniu swojego ptaszka, który mógłby na stałe zamieszkać w ich gniazdku, wybiorą ciebie.
Wielkość, zarówno długość jak i grubość, przenoszone są drogą genów. Jeśli twój ojciec ma (miał) małego, ty też będziesz takim nieszczęśnikiem i na nic zdadzą się lamenty, daremne żale. Szczwana natura selekcjonuje to jednak, bo przecież kobiety nie chcą małych, stąd rozmnażają się, tacy posiadacze mizernych fiutków, znacznie słabiej niż pozostali.
Swoją drogą dziwię się jednemu: w portalach gejowskich obserwuję szczególny nacisk na ekspozycję wielkich penisów. Sądzę, że ze względów technicznych, wielkie i grube stanowią przeszkodę w seksie homoseksualistów. Poza tym przewrotna natura pozwala im marnować te pożądane przez kobiety geny.
Można szukać, bardzo nielicznych, pozytywnych aspektów wynikających z posiadania małego prącia. Małe łatwo zaparkować, o czym wiedzą kobiety, chętnie kupujące niewielkie, kompaktowe samochody do jazdy miejskiej. Krąży legenda, że faceci kupują wielkie terenówy albo vany do miejskiej jazdy, bo to szpan i jakby przedłużenie penisa. To samo tyczy stójkowych i żandarmów, którzy mogą nosić pały. Służą one wprawdzie dla wzbudzania respektu i szacunku, ale i czasem do bicia. Myślę, że przekłada się to również na wirtualne życie i kompleks wirtualnej pały. Im więcej banujesz, cenzurujesz, kasujesz, tym bardziej obnażasz mizerię twej wyschniętej krewetki. Ale pamiętaj, od tego ci nie urośnie! Gumową pałą nie zapłodnisz kobiety! Być może dasz radę ją zaspokoić, jeśli umiesz wibrować, ale tego – powiem szczerze – nie wiem dokładnie.
Miałem takiego znajomego, który ma tak wielkiego, nawet w stanie spoczynku, że bił nim swoją małżonkę. Nie, co to to nie, nie były to jakieś mocne razy, jak te wymierzane pięścią czy tępym narzędziem, ale – z relacji bitej kobiety – wiem, że praktyki te powodowały u niej niezbyt wielki, ale uciążliwy i tępy ból w okolicach szczęki i pośladków. Nieszczęsna musiała zapomnieć o orgazmach, bo na sam widok męskiego członka, stawała się sucha niczym wargi, chorego na malarię Pigmeja na sawannie.
Innym, pozytywnym, z tych nielicznych aspektów malizny fallusa jest to, że przez większość naszego życia jednak mały pozostaje w spoczynku, nieużywany, więc te chwile przykrości da się jakoś znieść. Dla impotentów jest to też radocha, bo przecież szkoda by było, gdyby duży nie stawał. Zawsze wtedy można pomyśleć o innych ze zdezelowaną potencją, posiadaczy dużych: No i chuj ci z tego, że masz wielkiego, hę?
Jeśli masz zdezelowane auto, którym i tak nie da się jeździć, to nie ma znaczenia co stoi na parkingu: mercedes czy beemka, czy fiesta albo polo.
Dobra, małe wszędzie upchniesz, nawet w najciaśniejsze i najbardziej mroczne zakamarki, masz mniejsze szanse na przenoszenie tych nieszczęsnych genów, ale to tylko niewielkie pocieszenie. W tym twoim wielkim nieszczęściu, na które nie znajdziesz nijakiego ratunku, a wspomniane przeze mnie pozytywy, mogą jedynie tymczasowo ukoić twą nieszczęśliwą i obolałą duszę.
Jakie są drogi ucieczki przed tym piętnem małego ptaszka?
Możesz pić, wtedy wszystko wydaje się większe, ładniejsze, wówczas zaakceptujesz też większość kobiet, tych, których po trzeźwemu nigdy byś nie zniósł. Albo – tak jak ja – uciec w wirtualny świat i udawać super kochanka, znawcę erotyki, poskramiacza wirtualnych suczek, kocic i lwic. Od tego wprawdzie się nie powiększy, ale ukoi ból, niczym olejek goździkowy przyłożony do zęba. Ale to działa na chwilę, potem – prędzej czy później – udajesz się do dentysty. Ale piszę o zębach, bo jeśli chodzi o przyrodzenie, to nie ma mowy o leczeniu, implantach czy, nie daj Boże, o ekstrakcji. A korony to są dobre duńskie albo szwedzkie. Królem ani carem nie będziesz. Rasputinem też nie.
Możesz, czego nie radzę czynić, zwalić całą winę na kobiety, które przecież mają wielkie jak studnie czy kratery wulkanów. Jednak statystyki są wredne i nieubłagalne.
Z małym penisem, prędzej czy później wpadniesz w depresję, żona zacznie cię zdradzać, a jeśli do tego jesteś biedny, zostawi cię. Wtedy, nie dość, że będziesz małym, to na dodatek samotnym fiutem. Zaczniesz brać leki antydepresyjne, które obniżają potencję, mały ci się skurczy, będzie ci go trudno odnaleźć pośród włosów łonowych przed siusianiem. I ty zaczniesz się kurczyć wraz z nim w tej twej siermiężnej i nieszczęsnej doli. Uśmiechając się jednak czasem, pogrążony w marzeniach o pięknych i nęcących kobietach, których nigdy nie będziesz miał. Pozostaną twym niespełnionym snem o potędze. Bo urodziłeś się z piętnem i musisz z nim dotrwać końca swych dni, co – być może – całkiem niedługo już potrwa.
proces7
O Pólnocy, Południu i księgowości blogopisania
O tak! Zdecydowanie herbata Earl Grey to dobry pretekst dla porannej blogowej notki. Ona jakby oddaje ten stepowy, może nawet pustynny, klimat blogoprzestrzeni. Bo taka ta forma podróżowania słów jest. Notatki mieszają się ze sobą, komentarze wachlują gdzieś tam i tu albo tu i tam. Nawet nie wiem gdzie to jest “tu”, a gdzie “tam”. Niezwykłe i dzisiejsze frazy odchodzą w niebyt, zmieszane z wczorajszymi. Czytaj resztę wpisu »
Konfidenci Blogoprzestrzeni
Zainspirował mnie pewien tekst Slimka, który on może uznać za niezbyt istotny w swej blogowej twórczości. Chodzi o to co w tytule: donosić czy nie donosić? Jeśli widzimy blog, który w jakiś tam sposób może łamać regulamin i zasady, to czy powinniśmy złożyć stosowny donos? Do odpowiednich władz? Czytaj resztę wpisu »
Scenki z sieciowych seriali
Miałem dziesiątki, może nawet setki przeróżnych wirtualnych romansów i naprawdę, tylko nieliczne kończyły się jakimś spotkaniem. Na palcach jednej ręki przedwojennego drwala można takie przypadki wyliczyć.
W zasadzie to na czaty kobiety przychodzą tylko flirtować, rzadziej szukają jakiegoś przygodnego seksu czy uczucia. Te sprawy są dla mnie jakby nadal wirtualne, bo nawet, gdy dochodziło między taką kobietą a mną do jakichś intymności, zawsze mówiły mi, z łzami w oczach: proces, jesteś cudowny. Nawet jak wyznawały mi miłość, to mówiły: proces, kocham cię. Żadna nie używała mojego imienia, które przecież mam całkiem fajne. Czytaj resztę wpisu »
Siemaneczko Świrki!
No i jestem, wróciłem na łono blogosfery. Wiem, że wielu z Was było zaniepokojonych. Tu, z tego miejsca chciałbym podziękować wszystkim moim wirtualnym kumpelom i kumplom. To było fajne uczucie mieć Was w wirtualnym pobliżu. Choć sami wiecie, jak to jest z tym pobliżem, trudno tu mówić o jakimś pobliżu w ogóle. Czytaj resztę wpisu »
Tomorrow belongs to me
Nawet nie bardzo chce mi się odnosić do sekwencji cytowanych przez Dział Prawny Agory, które miałyby uzasadnić skasowanie mojego bloga Cyc. Są to zdania wyciągnięte spośród dziesiątek tysięcy komentarzy, które się tam pojawiły. Niektóre konteksty pamiętam. Idzie rzecz jasna o listę przestępstw popełnionych przeze mnie, które podano mi w uzasadnieniu skasowania mojego bloga, a które zacytowałem w notce poniżej. Czytaj resztę wpisu »
Rynsztok
Dyskusja w sieci będzie dotąd interesująca, będzie ludzi pasjonować, póki będziemy się różnić. Wyznawać inne standardy, inaczej patrzeć na świat.
“Tam gdzie są bogacz i biedak, zawsze powstanie dobry film”, tak kiedyś mówił Cesare Zavattini. A było to ponad pół wieku temu i nic od tamtych czasów się nie zmieniło. Czytaj resztę wpisu »
Róże i zaraza
W polityce nie ma miłości. Jeśli ona już tam jest, to wcale nie jest romantycznie, nie jest nawet grzesznie i poza przyzwoleniem społecznym. Miłości w polityce nie są zbrukane, bo i owszem, pojawiają się nieznośne plotki, ale te skandale mają zupełnie inny wymiar niż pośród znanych ludzi rozrywki. Tam też ta miłość sprowadzona jest do parteru: do ciała, seksu i pieniędzy, ale nie ma tego tragizmu, wzruszeń, dramatycznych wydarzeń, które mogłyby poruszyć serca. Komentatorzy polityczni od razu doszukują się odniesień do jakichś konfliktów globalnych. Wiążą te uczucia z budżetem, polityką zagraniczną, walką o stołki. I to wcale jest nieczułe i nawet nieerotyczne. Totalnie nieliryczne.
I właśnie dlatego polityka mnie nie zajmuje. Rozumiem ludzi, którzy sądzą, że pisząc, komentując, poszukując spisków i walcząc o władzę, mogą uważać, że coś zmienią. A tak naprawdę, to brakuje im miłości, a pasja polityczna jest jej nikczemnym substytutem.
W przekonaniu tym utwierdziły mnie ostatnie, rzekome afery związane z konkursem Blog Roku.
Jak zawsze, najbardziej zaciekłe walki toczyły się na froncie dyskusji politycznych. Mniejsza z tym, że ja tego nie pojmuję, bo przecież jeśli blog wygra kategorię ‘”Polityka”, nie będzie to oznaczać, że wygrał wybory, że jego racja jest najbloguśniejsza. Ilość komentujących, wizytujących stronę polityka nijak nie jest skorelowana z poparciem dla niego w wyborach, zaryzykowałbym nawet tezę, że taka medialna internetowa popularność jest ujemnie skorelowana z ewentualną wysokością politycznego stołka.
W konkursie chodziło o to, że Joanna Senyszyn była adorowana przez Janusza Korwina Mikke. Oczywiście dla kogoś, kto nie ma w sobie za grosz romantyzmu i nigdy nie kochał, ani kochany nie był, cała sprawa wygląda na przekręt i aferę. Ale to nie tak.
Korwin Mikke zachęcał swoich fanów by głosowali na blogi “prawicowe” (bezalkoholowe;)), żeby nikt a nikt z lewicy do finałów się nie przecisnął. A strateg z niego niezgorszy, więc wiedział, że dzięki takiemu zabiegowi, wprowadzi do finałów jedyną kobietę, którą przewrotnie nazwał Czerwonym Cierniem. I śmiem twierdzić, że Joanna to niespełniona miłość Janusza. On, odrzucony z czerwonych salonów, walczy jak lew z komuchami, a tak naprawdę poszukuje atencji Profesoressy. Bo przecież socjalizmu nie wytrzebi z urzędów i umysłów, a być może któregoś dnia wyląduje w ramionach Joanny, która za kilka dni, bo 1 lutego, kończy sześćdziesiąt lat.
Młodzi będą się śmiać, ale ci, którzy czytali książkę – bądź widzieli film nakręcony na jej podstawie – “Miłość w czasach zarazy” (El amor en los tiempos del cólera) mogą spojrzeć na rzecz z zupełnie innej perspektywy. W tytułowej cholerze ujrzą czerwonkę, z którą walczy Janusz, a w cierniu, którym niby dla Janusza jest Joanna, dojrzą odniesienie do ciernistych dróg, przez które wiedzie trudna miłość. Ptaki ciernistych krzewów, per aspera ad astra itd.
Bo czyż Janusz nie przypomina Wam brzydkiego i smutnego, acz uroczego, nieudacznika Florentina Arizy, a Joanna wyrachowanej Ferminy Dazy?
Ja sądzę, że Janusz właśnie cały wypełniony jest – jak Florentino – miłością. Blog to tylko przykrywka, a tak naprawdę, skrycie to on pisze wiersze dla Joanny. O ptakach, kwiatach i różach, stąd te ciernie. I ona motywuje ten jego przewrotny poemat.
Bo przecież polityka – tak jak i pieniądze – nie jest celem, a tylko środkiem do osiągnięcia władzy, a ta z kolei ersatzem miłości. I Janusz cierpliwie czeka na swe spełnienie. Dziś zostawił tę swoją miłość, ten czerwony kwiat w otoczeniu wilków prawicy, bo chciał ją zobaczyć wyraźnie. Jak Florentino, który przemierzał setki kilometrów w czasach zarazy i pozostał wierny swej ukochanej. Te 622 kochanki, to był szczegół. Wielki statystyczny, nieistotny dodatek do prawdziwego uczucia.
Bo tak naprawdę w życiu liczy się tylko miłość, ona nas prowokuje, uświęca i uszlachetnia. I drogi są do niej cierniste. Ale ufam w to, że kiedyś Joanna i Janusz popłyną rzeką w górę i dół i spełni się to, czego najbardziej pragną. Jak kiedyś spełniło się dla Ferminy i Florentino. Będą pływać po rzece “przez całe życie”. Bo po wielu latach samotności, na przykład stu, po zarazach, po śmierciach patriarchów w ich jesieni, przychodzi czas na miłość, która trwa całe życie i którą jesteśmy wypełnieni. Nieświadomi tego faktu. Przez całe życie.
proces7
Master of Ceremony
Aby samemu nie wpaść w pułapkę plagiatu, podam rozwiązanie zagadki z poprzedniego odcinka mojej blogowej opery mydlanej. Otóż w zakończeniu zacytowałem – dosłownie i bezczelnie nie podając źródła – fragment tytułowej piosenki z filmu “Kabaret”. Czytaj resztę wpisu »
Przysięgnij na Biblię
Moja prywatna wojna z Kościołem Katolickim zaczęła się wiele lat temu. Na początku szkoły podstawowej postanowiłem zostać ministrantem. Szczerze mówiąc, nie było to jakieś szczególne powołanie czy misja, bardziej chodziło mi o upominki, które dostawali moi starsi koledzy, którzy byli ministrantami. Czytaj resztę wpisu »
Matki, suki i kochanki
Nie sądzę by ten specyficzny typ kobiet zrodziła sieć: czaty, blogi czy fora. Myślę, że gdyby nie został wynaleziony Internet, te monstra odnalazłyby równie odrażającą i haniebną drogę ucieczki.
Jak rozpoznać taki typ, sieciowej matki suki, poszukującej wirtualnych kochanków, a przez to dowartościowania się, uznania ich za artystki czy sieciowe damy?
Spędzają one całe dnie w różnych wirtualnych miejscach z przyszykowanymi ripostami, poszukujące mizernego tła w postaci zbłąkanego chamstwa czy psotnego dziecka neostrady. Czytaj resztę wpisu »
Samobójca
Niedawno w sieci głośna była sprawa pewnego artysty brzuchomówcy, któremu nie udało się zrobić kariery w telewizji TVN. W związku z tym ten postanowił postraszyć jurorów, że popełni z tego powodu samobójstwo. Normalnie się zabije, bo tak się zdenerwował.
Zmontował stosowny film, w którym opowiadał o tym, jak to media go pokrzywdziły i film zyskał sporą popularność. Wszystkie kloaki sieciowe podchwyciły temat i bryzgały – niczym gównem – linkami do wypowiedzi brzuchomówcy. Czytaj resztę wpisu »
Dwie Róże, ich płatki i słowo
Śmierć to temat tabu, nawet w kontekście wirtualnym. W Internecie gdzie można dramatyzować, umierać wielokrotnie. Można manipulować życiem i śmiercią by wzbudzić emocje. Śmierć jest częścią życia, a sieć tylko w pewnym stopniu odbiciem rzeczywistości. Jak teatr, w którym Ryszard III umierał już wielokrotnie na polach Bosworth. I umrze jeszcze nie raz. Myślę, że każdy boi się śmierci w podobnym stopniu: wierzący, ateista. Stary i młody. Może strach nie jest dobrym określeniem, bo dotyczy czegoś zdefiniowanego, poznanego, a nade wszystko – nazwanego. Nazywam ten stan lękiem. Choć to nadal tylko słowo. Kolejne słowo, które można tylko sprzedać. Niektórzy pozostają w mirażu, że słowa da się kupować i przechowywać w domowych, kuchennych pudełeczkach. Że kiedyś, niczym akcje solidnej firmy albo kosztowności, przydadzą się im, nabiorą gigantycznej wartości. Słów, które teraz, kiedy zestawiam w kombinacje i sam się ich lękam. Czytaj resztę wpisu »
Iskanna Castro
Więc tak, oficjalna wersja jest taka, że Cyc (cyc.blox.pl) został zamknięty z mojej winy. Najpewniej skasowany, zatem chciałbym tu uczciwie pozbyć was złudzeń, a walkę o swoje prawa podejmiecie albo nie. Na pewno nie będę nikogo z tego powodu korumpował. Jeśli walczycie to o wolność, o pewne pryncypia w sieci, nie zaś o mój interes. Chcę by to było jasno sformułowane.
Niektóre kutwy do dziś łażą za mną, nasyłają na mnie swoje dzieci, bo wysłały na mój blog esemesa w ramach konkursu. SMS zasilił szkołę dla niewidomych dzieci, więc niech Licencja wyśle Starszą albo Młodszą do tej szkoły i niech stamtąd wezmą krzesło, gąbkę albo kredę. Niech zabiorą kubek na herbatę jakiemuś ślepemu dziecku. Cokolwiek, byle esemes się zwrócił.
Ja nic z wygranej nie mam. Nawet na tamtym blogu nie piszę, a kiedy pisałem nie było tam żadnych reklam, jedynie Pajacyk.
Więc jeśli rozważasz sprawę Cyca, to przemyśl to czego oczekujesz. Ja podziękuję ci za wsparcie, jeśli robisz to dla mnie – spadaj.
Mam ten problem, że panicznie obawiam się choroby na władzę. Ilekroć zyskam jakąś drobną rzeszę fanów, tak jak było przy paru okazjach typu: jakaś spektakularna notka, wspomniana wygrana w onetowskim Konkursie Blog Roku. Albo stworzenie bloga redakcyjnego czy dobrego forum.
Wtedy staram się zrazić do siebie parę osób, by nie popaść w samouwielbienie, chorobę na sukces czy władzę. Wszystko to oczywiście w kontekście stricte wirtualnym rzecz jasna.
Mam też awersję do słodkich ciumków i uwielbień. Lubię i chcę, by konsensusy rodziły się w zgrzytach i ogniu. Drapanie się po plecach mnie mierzi. W życiu wszystko przychodziło mi lekko, stąd w jego wirtualnej części chcę mieć nieco pod górkę.
Zatem, jak już wspomniałem, oficjalna wersja jest taka, że poszło o fotografię Iskanny, po opublikowaniu której zaraz zamknięto blog. Przypominam, że fotografia była dostępna w sieci, zatem prawa nie złamałem, stąd pieprzenie o prawnikach Agory to chory wymysł administracji. Fotografia nie była zabezpieczona, ani nie było przy niej ostrzeżenia, iż nie wolno jej kopiować.
Na siłę, przy złej woli administratora, mogłem naruszyć jedynie prawo do własności intelektualnej. Ale nie jest to żadna kradzież, bowiem ona ma fotkę i ja ją miałem przez moment na dysku. Ale już wyrzuciłem do kosza.
Jeśli na blogu umieszczę wiersz Szymborskiej, to być może naruszę prawo autorskie, ale przecież nie ukradnę tego wiersza, bo autorką pozostanie Wisława Szymborska. Inaczej rzecz by się miała, gdybym poetce ukradł rower. Wtedy ona nie ma roweru, a ja mam. Jeśli wstawię tu jej wiersz, przepisany z jej tomiku poezji, naruszę prawo autorskie, ale nie ukradnę. Bo ona wciąż ten wiersz będzie mieć, będzie jej.
W fotografii najpewniej poszło o to, że była ona w jakiś sposób obsceniczna, jej treść zawierała coś co nie jest zgodne z dobrymi obyczajami, jest obleśne i naganne moralnie. Wybaczcie, ale ja w tej fotografii nic takiego rażącego i demoralizującego dostrzec nie mogę.
Nie może tak być, iż z powodu jednej fotki, zamykają cały blog, bez słowa wyjaśnienia. Napisali jeden mail, potem drugi, w którym informują mnie, iż przekazali sprawę do prawników Agory S.A. Minął miesiąc, zero korespondencji, blog zamknięty.
Zgodzę się z tym, iż fotografia Iskanny mogła być brzydka i razić niektórych, choć ja tak nie sądzę. Ale powiedzcie mi: czy policja może zatrzymać wasz samochód i wlepić wam mandat za to, że na przednim siedzeniu wieziecie teściową, która jest szpetna? I zagrażacie w ten sposób bezpieczeństwu ruchu drogowego?
Chodzi też o to, że blog tworzyliśmy w sporej grupie, więc całkiem nie fair jest takie traktowanie ludzi, użytkowników Bloksa. Sam bloguję już w tym serwisie ponad dwa lata.
Jeśli piszemy o jakimś łamaniu praw do własności intelektualnej czy praw autorskich, to prędzej złamano nasze prawa, bo była tam cała kupa naszej twórczości. Z przeważającą większością kupy. Teraz jakiś administrator Bloksa, który ma dostęp do Cyca, bo my go nie mamy, może go opublikować jako swoją książkę i zgarnąć za to kupę kasy. To kto tu łamie prawo autorskie?
Na Cycu korzystaliśmy z materiałów dostępnych w sieci, nikt z nas nie umieszczał fotografii objętych jakimś zakazem. Cytowane były fragmenty z sieci, wraz z podanymi linkami źródłowymi.
Cyc był miejscem spotkań towarzyskich, włożyłem weń masę trudu. Stanowił punkt kontaktowy dla ludzi będących na emigracji, samotnych, nierzadko chorych i zniedołężniałych. Cierpiących. Takich, którzy nie mają umiejętności i możliwości posługiwania się Internetem na poziomie jego katów: Olsa i Iskanny. Zamknięcie go wywołało u wielu starszych ludzi, takich jak ja, depresję. Spotęgowaną przez trudny jesienny czas i niepokojącą sytuację na rynkach finansowych.
Administrator nie jest nieomylny, pamiętajcie o tym. Wszyscy ludzie związani z tym blogiem są na innych serwisach (Wykop, Blogfrog, Blip) traktowani jak trolle, przestępcy internetowi. Bo co? Bo narazili się żandarmerii agorowej? A to bardzo źle świadczy o tych serwisach. Notki na Wykopie kasowane były na wniosek administratorów Gazety.pl, Alkacja została na powitanie obesrana na Blipie. Usunięto Cyca i Cycoramę z Blogfroga.
Jestem przekonany, iż niepochlebna wypowiedź na temat serwisów tworzonych przez Iskannę (między innymi: Blubry, Znam.to) będzie rodzić takie następstwa. Radzę zatem omijać je z daleka. Bo jeśli skomentujecie coś nie po myśli twórczyni serwisu, mogą was spotkać surowe sankcje w innych wirtualnych miejscach. Takie jakie dotykają was za komentowanie moich i naszych blogów, za współtworzenie Cyca.
Nie nazwę tego cyberbullyingiem, ale z pewnością jest to forma apartheidu w sieci. Bo sankcje dotykają nas za zamknięty bezpodstawnie blog. Tak jakby karano nas za to, że nasi dziadkowie urodzili się w Afryce. Bo restrykcje administratorów Agory sięgają na Wykop, Blogfrog i Blip.
Nie lękajcie się i róbcie swoje, sieć jest miejscem dla wolnych ludzi i jest wielką przestrzenią. Nie mają żadnego prawa prześladować was za to, iż ja zamieściłem obsceniczną fotografię. Tym bardziej, iż większość wcale nie uważa jej za niestosowną czy pornograficzną.
Jeśli administrator Bloksa ma możliwość zamknięcia blogu w taki sposób, że właściciel traci do niego dostęp, to tylko źle świadczy o serwisie. O jego niedoskonałości i daje zbyt duże kompetencje administracji. Autor traci swoje notatki, notatki innych, komentarze. A może ten blog był wart Nobla albo choćby Nike?
Chamscy i pierdzący, co wykazałem w poprzedniej notce, administratorzy Agory nie będą budować standardów w sieci. Wiem, że ich macki sięgają daleko, ale ja nie dam się zastraszyć. Nic złego nie uczyniłem. Na ich chamstwo i przemoc oraz stosowanie blogowego apartheidu odpowiem ogniem.
proces7