Archiwum kategorii ‘proces i jego blog’
Mały ptaszek
Penis brzmi jakoś bardzo oficjalnie. A cycuś, fifok, pyrtek czy ptaszek nadto kolokwialnie. Kutas zaś staropolsko i archaicznie. Fiut ordynarnie. Fallus zaś jak określenie prosto z książki do biologii i pretensjonalnie. Zostawmy zatem fallusa owadom i prowincjonalnym, niespełnionym, gminnym artystom. W każdym razie wiadomo o co chodzi.
Wielkość przyrodzenia ma ogromne znaczenie dla naszego życia, jego rozmiar zawsze determinuje nasze zachowania, przyszłą karierę oraz najzwyczajniej i po prostu: nasze szczęście. Bo jeśli masz małego, masz przesrane, należysz do niższej kasty w męskiej części społeczeństwa. Kobiety – mamuśki – będą cię pocieszać, że małe jest piękne, że ważna jest czułość, doświadczenie, delikatność i technika, ale to gówno prawda. Kiedy przychodzi co do czego, kobiety zawsze wybierają większego, w innym razie wiadomo, że lecą na kasę albo już rzeczywiście nie mają innego wyjścia. I w swej desperacji, w poszukiwaniu swojego ptaszka, który mógłby na stałe zamieszkać w ich gniazdku, wybiorą ciebie.
Wielkość, zarówno długość jak i grubość, przenoszone są drogą genów. Jeśli twój ojciec ma (miał) małego, ty też będziesz takim nieszczęśnikiem i na nic zdadzą się lamenty, daremne żale. Szczwana natura selekcjonuje to jednak, bo przecież kobiety nie chcą małych, stąd rozmnażają się, tacy posiadacze mizernych fiutków, znacznie słabiej niż pozostali.
Swoją drogą dziwię się jednemu: w portalach gejowskich obserwuję szczególny nacisk na ekspozycję wielkich penisów. Sądzę, że ze względów technicznych, wielkie i grube stanowią przeszkodę w seksie homoseksualistów. Poza tym przewrotna natura pozwala im marnować te pożądane przez kobiety geny.
Można szukać, bardzo nielicznych, pozytywnych aspektów wynikających z posiadania małego prącia. Małe łatwo zaparkować, o czym wiedzą kobiety, chętnie kupujące niewielkie, kompaktowe samochody do jazdy miejskiej. Krąży legenda, że faceci kupują wielkie terenówy albo vany do miejskiej jazdy, bo to szpan i jakby przedłużenie penisa. To samo tyczy stójkowych i żandarmów, którzy mogą nosić pały. Służą one wprawdzie dla wzbudzania respektu i szacunku, ale i czasem do bicia. Myślę, że przekłada się to również na wirtualne życie i kompleks wirtualnej pały. Im więcej banujesz, cenzurujesz, kasujesz, tym bardziej obnażasz mizerię twej wyschniętej krewetki. Ale pamiętaj, od tego ci nie urośnie! Gumową pałą nie zapłodnisz kobiety! Być może dasz radę ją zaspokoić, jeśli umiesz wibrować, ale tego – powiem szczerze – nie wiem dokładnie.
Miałem takiego znajomego, który ma tak wielkiego, nawet w stanie spoczynku, że bił nim swoją małżonkę. Nie, co to to nie, nie były to jakieś mocne razy, jak te wymierzane pięścią czy tępym narzędziem, ale – z relacji bitej kobiety – wiem, że praktyki te powodowały u niej niezbyt wielki, ale uciążliwy i tępy ból w okolicach szczęki i pośladków. Nieszczęsna musiała zapomnieć o orgazmach, bo na sam widok męskiego członka, stawała się sucha niczym wargi, chorego na malarię Pigmeja na sawannie.
Innym, pozytywnym, z tych nielicznych aspektów malizny fallusa jest to, że przez większość naszego życia jednak mały pozostaje w spoczynku, nieużywany, więc te chwile przykrości da się jakoś znieść. Dla impotentów jest to też radocha, bo przecież szkoda by było, gdyby duży nie stawał. Zawsze wtedy można pomyśleć o innych ze zdezelowaną potencją, posiadaczy dużych: No i chuj ci z tego, że masz wielkiego, hę?
Jeśli masz zdezelowane auto, którym i tak nie da się jeździć, to nie ma znaczenia co stoi na parkingu: mercedes czy beemka, czy fiesta albo polo.
Dobra, małe wszędzie upchniesz, nawet w najciaśniejsze i najbardziej mroczne zakamarki, masz mniejsze szanse na przenoszenie tych nieszczęsnych genów, ale to tylko niewielkie pocieszenie. W tym twoim wielkim nieszczęściu, na które nie znajdziesz nijakiego ratunku, a wspomniane przeze mnie pozytywy, mogą jedynie tymczasowo ukoić twą nieszczęśliwą i obolałą duszę.
Jakie są drogi ucieczki przed tym piętnem małego ptaszka?
Możesz pić, wtedy wszystko wydaje się większe, ładniejsze, wówczas zaakceptujesz też większość kobiet, tych, których po trzeźwemu nigdy byś nie zniósł. Albo – tak jak ja – uciec w wirtualny świat i udawać super kochanka, znawcę erotyki, poskramiacza wirtualnych suczek, kocic i lwic. Od tego wprawdzie się nie powiększy, ale ukoi ból, niczym olejek goździkowy przyłożony do zęba. Ale to działa na chwilę, potem – prędzej czy później – udajesz się do dentysty. Ale piszę o zębach, bo jeśli chodzi o przyrodzenie, to nie ma mowy o leczeniu, implantach czy, nie daj Boże, o ekstrakcji. A korony to są dobre duńskie albo szwedzkie. Królem ani carem nie będziesz. Rasputinem też nie.
Możesz, czego nie radzę czynić, zwalić całą winę na kobiety, które przecież mają wielkie jak studnie czy kratery wulkanów. Jednak statystyki są wredne i nieubłagalne.
Z małym penisem, prędzej czy później wpadniesz w depresję, żona zacznie cię zdradzać, a jeśli do tego jesteś biedny, zostawi cię. Wtedy, nie dość, że będziesz małym, to na dodatek samotnym fiutem. Zaczniesz brać leki antydepresyjne, które obniżają potencję, mały ci się skurczy, będzie ci go trudno odnaleźć pośród włosów łonowych przed siusianiem. I ty zaczniesz się kurczyć wraz z nim w tej twej siermiężnej i nieszczęsnej doli. Uśmiechając się jednak czasem, pogrążony w marzeniach o pięknych i nęcących kobietach, których nigdy nie będziesz miał. Pozostaną twym niespełnionym snem o potędze. Bo urodziłeś się z piętnem i musisz z nim dotrwać końca swych dni, co – być może – całkiem niedługo już potrwa.
proces7
Rozluźnij krawat
Internet schlebia naszym: niecierpliwości, braku konsekwencji i silnej woli. Tu mamy wszystko od razu, na nic nie musimy czekać. A jeśli czymś czujemy się zniecierpliwieni, z miejsca znajdujemy alternatywne rozwiązanie. O dawne niekonsekwencje, przewinienia nie musimy się martwić, bo pamięć nasza zawiera się w sporej części w wyszukiwarkach, a te łaskawe są dla treści popularnych. W najgorszym razie zmieniamy pseudonim, komputer, jego adres i zaczynamy wszystko od nowa. Z carte blanche. Tak jak świadek koronny, który dostaje nową tożsamość.

Strach jest najgorszym doradcą. Jeśli zaczniecie się obawiać o to czy wasze słowo kogoś urazi, dotknie, jeśli pozwolicie sieciowym prawnikom – cwaniaczkom po wieczorowych kursach na uniwersytecie w Psiej Wólce dyktować warunki w blogoprzestrzeni, obudzicie się z ręką w nocniku. Dlatego trzeba stanowczo, acz z rozwagą, reagować na przemoc administracyjną. Bezpieczni będziecie, jeśli sami tak będziecie się czuć.
Wedle mnie, tworzenie grup dyskusyjnych, wspólnych blogów i forów, sprzyja swoistemu zacieśnianiu więzi. Wszak jest się wtedy długo z grupą i siłą rzeczy dochodzi do wymiany prywatnych i poufnych informacji o innych. I to w pewnym stopniu ogranicza i degeneruje takie forum. Dochodzi w nim do wymiany treści zaszyfrowanych, przeznaczonych jedynie dla jednej lub kilku osób. Konsekwencją tego zaś jest niezrozumienie przebiegu dyskusji przez innych, co z kolei blokuje pozostałych, będących nie na bieżąco albo tych całkiem niezorientowanych. Wtedy nadchodzi – często wspominana przeze mnie – faza plateau. Nikt nowy nie dojdzie do nas, nic ciekawego się już nie wydarzy, taka myśl nasuwa się posępnie.
Ważnym jest też inny aspekt: prawdy czy opinie ogólne, mogą być odbierane – w takich zamkniętych kręgach – jako sygnały personalne. Przykładowo napiszę: wszystkie kobiety w sieci są grube i mają brzydkie uzębienie. Jeśli poznałem którąś z kobiet, bliżej, czy to tylko via net czy realnie, może ona odebrać tę opinię ad personam. Że na podstawie jej przypadku, metodą indukcji logicznej, wysnułem ten wniosek. Jeśli ktoś jest przewrażliwiony na swoim punkcie, ma do mnie zaufanie, a ponadto uważa się za kogoś z kim moje kontakty są bogate, na nic zda się tłumaczenie, że to przypadek, żart czy prowokacja. Jeśli zatem zależy nam na utrzymywaniu tych kontaktów, na spójności i stabilności grupy dyskusyjnej, musimy zachować ostrożność. Choć grupa dyskusyjna to najpewniej przesadzone określenie. Chodzi bardziej o krąg towarzyski czy o towarzystwo z sieciowej kafejki. No i ta wspomniana przeze mnie powściągliwość może stać się uciążliwa. Będzie mnie zniechęcać, nakaże ważyć słowa do tego stopnia, bym nie był podejrzany choćby o niedyskrecję.
Innym, całkowicie różnym, aspektem jest element władzy. I tu napiszę o moich intencjach, motywach, które skłoniły mnie do rezygnacji z administrowania na blogu Poltergeistem666. Lubię tamtejsze towarzystwo, dobrze się tam czuję, ale uczucie przewagi nad innymi uczestnikami w dyskusji – z racji tego, że miałem tam pewną władzę – ciążyło mi. I nie ma tu znaczenia, że jako administratorzy nie stosowaliśmy żadnych sankcji wobec pozostałych komentatorów.
Wobec grupy, jeśli jestem jak tam w składzie redakcyjnym, czuję się również zobowiązany do wypełniania moich obowiązków. A ostatnio nie jestem nadto twórczy, stąd nie byłem w stanie wypełniać przynależnych mi obowiązków. Po cóż mam być w redakcji, skoro prawie wcale tam nie piszę. Moim zdaniem czymś takim zawodzę resztę, korzystam z przywilejów administratora, nie wypełniając jego obowiązków. Może i nawet pasożytuję na reszcie w pewien sposób.
Pewne znaczenie, z mojego punktu widzenia wcale niemałe, ma to, że dzięki paru aktywistom z Bloksa i Gazety.pl mam opinię sieciowego rynsztokowca i trolla. Tym samym mój kiepski wizerunek może szkodzić osobom kooperującym ze mną. Likwidacja Cyca, forum Zawróceni w Czacie, blokady znajdujących się w mej wirtualnej bliskości loginów na Wykopie, Blipie, obsrywanie ich tam. Uporczywe, drobnomieszczańskie i maglowe donosy Olsa i chwilowa blokada loginów związanych z Wprost na WordPressie. Przykłady mógłbym mnożyć, część moich żali jest tu wypłakana na tym blogu. A ja sobie chcę popłakać i nie mam ochoty bywać w towarzystwie, które popiera takową cenzurę i magiel konfidencki w wykonaniu gazetowych Kup z Blipa i Wykopu. Ale mam też świadomość, że wypisując swoje żale narażałem też Poltergeista na ewentualne sankcje, co było – w pewnym sensie – nie fair. Po doświadczeniach jakich doznałem, nie są to bezpodstawne obawy. Rozumiem, że dla innych nudne, schematyczne i wręcz durne.
Oczywiście na Polterze będę pisał, rozmawiał, ale już bez tej presji wypełniania przypisanej mi szpalty redakcyjnej. Zawsze chętnie tam pogadam, o ile będę miał coś do powiedzenia albo nastrój na komplementy czy połów leszcza.
Nigdy nie piszę o tym czy mam czas, czy też nie. Przecież to widać i czuć. Jeśli mniej się udzielam, mam mniej czasu albo ochoty na blogopisanie. To chyba proste, więc po cóż informować o tym czytających?
Takie przetasowania, zmiany, paradoksalnie dobrze świadczą o ludziach tworzących miejsca w sieci. Bo to sygnał, że mamy do czynienia z indywidualistami, ludźmi nieprzeciętnymi, stąd nieco kapryśnymi. Choć jak wiadomo, czytelnik woli stabilizację, przewidywalność i bezpieczeństwo. Takie, choćby krótkotrwałe, stworzenie ciekawej grupy jest sukcesem. A wielu z Was brało udział w takich przedsięwzięciach, w których i ja miałem zaszczyt uczestniczyć. Sam mam zwariowaną i spiskową teorię internetowych dziejów i sądzę, że co duże, popularne, a za tym opiniotwórcze, zagraża władzy i ta będzie się starać to udupić, skanalizować. Likwidowali mi czaty, fora i blogi nie dlatego, że były złe, wulgarne czy prowadziły działalność przestępczą, a z zazdrości, zawiści i w trosce o bezpieczeństwo i popyt na własne usługi administrujących. No, ale to są nudne teorie, na które mogę sobie pozwolić na własnym zadupiu, bez obaw, że kogoś narażę, urażę czy znudzę. Bo przecież na tym blogu ja jestem dla mnie najważniejszy.
Aha i zapomniałem o tytule, który jak wiadomo sugeruje, że klient w krawacie jest mniej awanturujący się, ale i przez to bardziej sztywny. Poluzowany krawat jest na pewno idealnym kompromisem.
proces7
Zmierzch blogoprzestrzeni
Nie będę pisał o tym jako to nie chce mi się pisać bloga. To mijałoby się z celem. Generalnie mam to w dupie, że chcecie sobie pogadać i wpisujecie głupawe komentarze pod moimi bezsensownymi notkami.
Mój przyjaciel kiedyś mówił mi, że mam dużą bezwładność. Że ciężko mnie wprowadzić w ruch, ale i też ciężko zatrzymać. Na jakieś wspólne urlopy przyjeżdżam ostatni, ale nigdy nie mogę się zebrać by wyjechać. To samo dotyczy imprez, seksu, uczuć itd., itp. Kiedyś intensywnie, bardzo intensywnie pisałem czaty, fora, dziś nie ma po tym śladu, nawet nie zerkam na czaty czy fora gazetowe. Z drugiej strony takie jakieś miejsce, w sieci, jest – w znakomitej większości przypadków – jedyną formą zachowania kontaktu z pseudonimami, z którymi zetknąłem się jako proces7 w swym wirtualnym życiu. Chodzi tu o takich co ich znam z wirtualnego widzenia, a takich kapitalna większość. Zagadaliśmy kiedyś i gdzieś do siebie w komentarzach, na czatach bądź forach. Czytaj resztę wpisu »
O Pólnocy, Południu i księgowości blogopisania
O tak! Zdecydowanie herbata Earl Grey to dobry pretekst dla porannej blogowej notki. Ona jakby oddaje ten stepowy, może nawet pustynny, klimat blogoprzestrzeni. Bo taka ta forma podróżowania słów jest. Notatki mieszają się ze sobą, komentarze wachlują gdzieś tam i tu albo tu i tam. Nawet nie wiem gdzie to jest “tu”, a gdzie “tam”. Niezwykłe i dzisiejsze frazy odchodzą w niebyt, zmieszane z wczorajszymi. Czytaj resztę wpisu »
Konfidenci Blogoprzestrzeni
Zainspirował mnie pewien tekst Slimka, który on może uznać za niezbyt istotny w swej blogowej twórczości. Chodzi o to co w tytule: donosić czy nie donosić? Jeśli widzimy blog, który w jakiś tam sposób może łamać regulamin i zasady, to czy powinniśmy złożyć stosowny donos? Do odpowiednich władz? Czytaj resztę wpisu »
Siemaneczko Świrki!
No i jestem, wróciłem na łono blogosfery. Wiem, że wielu z Was było zaniepokojonych. Tu, z tego miejsca chciałbym podziękować wszystkim moim wirtualnym kumpelom i kumplom. To było fajne uczucie mieć Was w wirtualnym pobliżu. Choć sami wiecie, jak to jest z tym pobliżem, trudno tu mówić o jakimś pobliżu w ogóle. Czytaj resztę wpisu »
Rynsztok
Dyskusja w sieci będzie dotąd interesująca, będzie ludzi pasjonować, póki będziemy się różnić. Wyznawać inne standardy, inaczej patrzeć na świat.
“Tam gdzie są bogacz i biedak, zawsze powstanie dobry film”, tak kiedyś mówił Cesare Zavattini. A było to ponad pół wieku temu i nic od tamtych czasów się nie zmieniło. Czytaj resztę wpisu »
Proces na You Tube
Ktoś zrobił mi niespodziankę i zamieścił impresje o mnie w serwisie You Tube. Dawno się tak nie ubawiłem. Dziękuję Ci Jokerze, kimkolwiek jesteś:
I jeszcze tu:
No i opis przy pseudonimie jokker39 jest niesamowity:
Skoro login może może być ścierwem, to ścierwo może być loginem. Paradoks blogera.
proces7
Połknąć czy wypluć?
Oto iście Hamletowskie pytanie, ale o tym za chwilę.
Trzy na dziewięć, to chyba przeciętny wynik. Bo taki trafiłem podając nieoficjalne wyniki konkursu na Blog Roku. Poprawię je niebawem, ale niech tymczasem sobie to moi biografowie odnotują. Bo ja mam sieciowych biografów. Którzy odnotowują i wyszukują, jak również punktują i monitorują wszystko co tu piszę. By potem wyłapać moje wpadki i niekonsekwencje. Co to jest do jasnej cholery!? To ja jakaś Jolka Rutowicz albo – za przeproszeniem – Doda jestem? Czytaj resztę wpisu »
Ja wam już nic nie pokażę
Długo nie pisałem, bo byłem załamany moją sromotną porażką w konkursie na Blog Roku. Nie zakwalifikowałem się do dalszej gry w tym turnieju, niestety. Co mnie przybiło, by nie rzec – zdruzgotało.
Przypomnę, że w ubiegłym roku, z moim blogiem Qui penis aquam turbat, wprawdzie wygrałem nagrodę Internautów, ale do dalszej gry również się nie zakwalifikowałem. Czyli tak jak w tym roku jak i w ubiegłym, żaden mój blog nie znalazł się w trzydziestce nominowanych.
Jasne, że znajdą się tacy, którzy będą mnie pocieszać, ale ja w przypadki nie wierzę. Przez dwa lata z rzędu moje pisanie nie zostało dostrzeżone przez jurorów.
Mało tego, mam ten zwycięski blog w Bloksie i -mimo iż miał swoje pięć minut popularności – nigdy nie był on dostrzeżony przez redakcję Gazety.pl i wstawiony na stronę główną. A blogów takich codziennie wstawia się cztery, więc i rotacja jest spora. Powiedzmy, że intensywnie i w miarę regularnie prowadzę tamten blog około 600 dni, co daje 2400 szans na reklamę. Gdybym dobrze pisał, wstawiliby mnie.
Z początku byłem wkurzony, nosiłem się z zamiarem skasowania wszystkiego w diabły i odpuszczenie sobie prowadzenia blogasków. To kupa siermiężnej roboty, jak rąbanie siekierą, a te rozmowy tu to tylko właśnie takie gadanie przy wyrębie lasu. Problem w tym, że ja wycinam nie ten las co trzeba.
Jestem i byłem zaangażowany w kilka tych różnych blogów, a efekty żadne. Literatem czy dziennikarzem albo jakimś redaktorem Internetu nigdy nie będę i trzeba to przyjąć z pokorą i zadumą.
Mógłbym to porównać do fascynacji sportem. Kiedy byłem młodym chłopakiem, inaczej patrzyłem na piłkę czy inne dyscypliny, bo ja teoretycznie jeszcze mogłem być tacy jak kopiące chłopaki, dziś spojrzenie jest inne, bo część tych sportowców jest w tym wieku, że mogliby być moimi dziećmi.
No to jakiż sens tego pisania bloga? Nie chcę nikogo przekonywać do moich poglądów, nie mam nic na sprzedaż, co mógłbym Wam polecać i na tym zarabiać. W nosie mam to jakie produkty kupujecie, na kogo głosujecie i co czytacie, oglądacie, lubicie.
Cóż na takim blogu można sobie wyklikać? Wyblogować? Sławę? Dla pseudonimu bez twarzy? Babę do seksu? Miłość?
Wpadłem nawet na pomysł, żeby tak jak taki jeden, zrobić tu na blogu bezpośrednią transmisję z mojego samobójstwa. W czasie trwania jakiejś uroczystej gali w Onecie i wręczania nagród. Problem był taki, że nigdy nie dowiedziałbym się co miało większą oglądalność. Gala z wręczenia nagród na Blog Roku czy moje samobójstwo? Myślałem o transmisji i potem retransmisji z tego mojego samobójstwa, ale wyszło mi na to, że najpierw musiałaby być retransmisja, a potem transmisja.
Oczywiście miałem plan. Miało być tak jak w ważnej walce bokserskiej. Najpierw jacyś drobni lansujący się sportowcy i cały ten cyrk reklamowy przed główną walką.
Dla mnie oznaczałoby to, że zajebałbym kilka zakupionych wcześniej pacynek, żeby trochę podkręcić atmosferę. Może jakiegoś króliczka, chomika, rybki z akwarium, kota?
Pisałem do takiego jednego brzuchopierdoły i zapytałem go w liście: jak sfilmować własne samobójstwo, bo ja w tych technicznych sprawach – mimo że jestem inżynierem – cienki jestem. Ale nie odpisał. Może nie żyje?
Nie chcę wykonywać gwałtownych ruchów, ale czas pomyśleć nad zmianami, na które czas nadszedł. I to nie jakimiś półśrodkami typu: redukcja akcesu w blogosferze, wywalenie w kosmos treści i blogów.
Mam z tym problem, bo uważam się za najmądrzejszego, więc rad innych nie posłucham. Zresztą w sieci to wiecie jak jest, gdybym czytał i brał do siebie te wszystkie opinie o mnie i rady dla mnie, to musiałbym już dawno się powiesić. Się albo przynajmniej jakąś pacynkę.
Porażki mnie deprymują, przygnębiają, wpędzają w długotrwałe melancholie. Nie kryłem nigdy, że jestem znacząco zaangażowany w to życie wirtualne, blogopisanie, więc mi najzwyczajniej źle. Smutno i źle i nie wiem co dalej.
Tak spojrzałem w te stare wpisy, moje notatki i myślę sobie, że wszystko to chłam, szmelc i kicz. Stracony czas. I nie widzę żadnego światełka w tunelu, jakiejś jasnej strony. Nic mi te lata blogopisania nie dały, nic nie wniosły czy zmieniły w mym życiu. Jeśli coś zobaczyłem inaczej, to na pewno gorzej. I jutro też będzie jeszcze gorzej. Nie chce mi się uśmiechać do monitora, już dawno od tego odwykłem.
proces7
Konkurs i pożyteczni idioci
Pewnie niektórzy zauważyli, że nie robię tu żadnych kampanii reklamowych, nie nakłaniam nikogo do głosowania esemesem. Nie czynię tego nie tylko dlatego, że mam nieco doświadczenia w tej esemesowej grze i z moich obserwacji wynika, że jest to absolutnie nieskuteczne. Wstawiłem tylko informację, że gram i tyle.
Zauważyłem, że niektórzy blogopisacze, biorący udział w Turnieju Blogowym, zachęcają, pod każdą notką powielają numer, na który należy głosować. Polecają ich też znajomi blogowicze. Nikt nie będzie sięgał po telefon by nagrodzić tekst, który mu się spodobał, skoro może go czytać za darmo. Jeśli przed kioskiem postawicie puszkę na datki, zamiast kioskarki inkasującej pieniądze za prasę, gwarantuję Wam, że poniesiecie sromotne straty na takim kolportażu. Czytaj resztę wpisu »
Offowy i absurdalny proces
Mężczyźni z małymi, można nawet śmiało powiedzieć – absurdalnie offowymi – przyrodzeniami są wewnętrznie bardzo smutni i zazwyczaj to ludzie czujący odrzucenie społeczeństwa. Chciałem kiedyś koleżance z sieci powiedzieć komplement i napisałem jej, że ma offowy seksapil. Nie była zadowolona, po dziś dzień się do mnie nie odzywa. Choć ja napisałem jej to w dobrej wierze. Czytaj resztę wpisu »
Manufaktura
Stało się to nową, blogową tradycją, że piszę dość długie notatki, z więcej niż jednym wątkiem. Choć nie powiem, czasem mam krótkie, jednozdaniowe skojarzenia, które jednak – najchętniej – upycham w komentarzach. Wspominałem już o tym, iż lepiej czuję się na forum, bo przecież z dyskusji czatowej urosłem. Zrodziłem się, ja wirtualny, a tradycja formy, w jakiej piszę notki, zrodziła się długo potem.
Konwencja formy jaką jest blog ma swoje plusy i minusy, co wiedzą blogopisacze, a im dłużej piszę, tym więcej rzeczy mnie ogranicza. Bo przecież czytam blogi, nie chcę zatem powielać tematów z innych miejsc. Wiem, że to nielogiczne, bo przecież Wy nie wiecie które blogi czytam. Głównie swoje czytam, podpowiem Wam, ale gdzieś tam czasem jeszcze zerkam. Gdybym nic nie czytał, wtedy byłoby mi dużo łatwiej. I chyba, rasowy bloger nie powinien czytać innych blogów. Przy czym sformułowanie “rasowy bloger” brzmi jak “rasowy kundel”. Bo nie umiałbym przedstawić, zapewne z zazdrości i zawiści, wzorcowego blogowicza. Nie słyszałem nic o “klasyce blogowej”. Czytaj resztę wpisu »
Urodzony w PRL
Nigdy nie kryłem swego pochodzenia i przeszłości. Tak jak sympatii politycznych, zawsze piszę na kogo głosowałem w wyborach.
Jako zrodzony w Peerelu, okuty w drelichy ludowej armii zaraz przed tym, nim stała się ona nieludowa, jestem w jakimś stopniu człowiekiem radzieckim. Bo przecież nawet w szkole moja nauka ekonomii była polityczna i socjalizmu. Z całą tą bazą i nadbudową musiałem studiować olbrzymie cegły socjalistycznej budowy dobrobytu i szczęścia.
Czasem zazdrościłem ludziom, których najpiękniejszy okres życia wypadł na lata siedemdziesiąte, moja młodość i studia płynęły w siermiężnych osiemdziesiątych latach. W związku z tym, iż miałem alergię na wszelkie organizacje, na podpisywanie czegokolwiek, musiałem nauczyć się sztuki korupcji. Stało się to szybko. I wiem, że z tego nawyku nie wyrosnę. Ale czy ta perspektywa brzmi aż tak tragicznie? Politycy korumpują dziś wyborców, a media artystów.
Szybko zorientowałem się, że miast zapisywać się do ordynackich zsypów, pezetpeerów czy aieseców inwigilowanych przez esbecję, lepiej dać dziesięć dolarów prowincjonalnemu sierżantowi milicji czy LWP i załatwić niezbędne formalności. Formalności, które rozświetlą skomplikowane meandry peerelowskie za pomocą nieskromnych Hamiltonów, Jacksonów, a nierzadko Lincolnów, bo promocja akurat. I pozwolą mi wyjechać do zgniłych, kapitalistycznych manufaktur, a całe te pieniądze na łapówki zarobię za pół dniówki.
Moje dzieci nie chcą słyszeć o siermiężnym, całkiem niekolorowym i niepolitycznym dla mnie peerelu. Pokolenia się wymienią, a ja na stare lata będę opowiadał młodym o tych czasach. Tylko oni nie będą słuchać, wiem to. Sam byłem jednym z nielicznych cierpliwych, którzy słuchali tych – moich licznych dziadków, co opowiadali o wojnach, przedwojniach i okupacjach.
Tego nie da się zmienić, bo urodziłem się ze skazą. Nie jestem z tego powodu niedumny bądź nieszczęśliwy. Wydaje mi się tylko, że mam podwyższoną wrażliwość na moją przestrzeń wolności. Wiem, że sporo we mnie mitologii, magicznego myślenia, ale wiosnę miałem tak jedną w życiu, prawie dwadzieścia lat temu. Moje dzieci pewnie przeżyją już inne wiosny, które znów zmienią wektory historii Wszechświata.
proces7
Coffee and cigarettes
Trochę mam tych miejsc porozrzucanych w sieci, ale jakoś nie mogę tego skoncentrować. Skondensować się w jednym miejscu. Poza tym z blogami to jest tak, że rzadko spełniają moje oczekiwania. Ale nigdy, o ile nie mam innego wyjścia, nie zwalam winy na komentujących, wyszukiwarki czy serwis. Moje rozważania tyczą jedynie pozycji w rankingu i sposobu ekspozycji blogów przez macierzyste platformy. Czytaj resztę wpisu »