Archiwum kategorii ‘Ogólna Teoria Bloga’
Choroby przenoszone drogą blogową
Czy terapie blogowe są nieskuteczne? Tak kiedyś pisałem i owszem. Czy choroby przenoszone drogą blogową są nieuleczalne? Pewnie też gdzieś o tym wspominałem. Dziś rozkładam ręce, rozdziawiam gębę, przed którą nie można uciec i piszę: nie wiem. Przynajmniej wiem, że nic nie wiem, że powróciłem do początku.
Dla mnie istotą i motywem blogopisania są emocje, nastroje, które pozwalają mi pasjonować się tymi wszystkimi, związanymi z życiem w sieci na wirtualnym zadupiu, duperelami. Bez tego ani rusz. Te nastroje, ta gra, przypominają mi kibiców Barcelony w Polsce. Bo to jest obecnie zespół trendy. Więc faceci się emocjonują, choć Barca ma ich w dupie. To ersatz dla aferalnej i zdezelowanej polskiej piłki, niczym prostytutka dla wypalonego związku. A terapia blogowa to ucieczka przed życiem. Uciekanie przed życiem często kodujemy w sobie jako lęk przed śmiercią. I zawsze dochodzimy – prędzej czy później – do wniosku, że nie ma ucieczki przed sobą samym oraz, że kto nie umie i nie lubi być sam, nie będzie potrafił tak naprawdę być z kimś.
Już dawno przestałem się ekscytować wirtualnymi więziami, których słabość i mizerię tak często widuję obnażoną. Dlatego niedorzecznym wydaje mi się zestawianie wirtualnego świata z realnym. Wprowadzanie w Internet powagi prawnej czy imperatywu ochrony uczuć i dumy innych ludzi. Cóż z tego, że ktoś mi coś tam w jego parku czy ogródku skasuje? I usprawiedliwi to nazwaniem mnie “trollem”? Kiedy ktoś mi to pisze, czuję się jakby pijaczyna zasmarkał mi buty. Mam go za to prać? Sam się wypieprzy. Mimo to, w strefie wirtualnej jest to nic innego jak sieciowy apartheid, pojęcie które już dawno – dzięki durnym administratorom (miej Panie w opiece ich zdrowie, bo umysły mają bezwartościowe) – wprowadziłem do Internetu. A logika wirtualna to całkiem równoległa sprawa do realnej, stąd czucie blogowe jest tylko naszym problemem. Napędzanie emocji zaś brzmi mi niczym klin dla alkoholika. I powiem Wam, że najgorsza choroba to wirtualna władza, dlatego trzeba przed nią uciekać. Władzę, poza tą nadaną dla typków w rodzaju ubeckich urzędasów: nie matura, lecz umysł potwora uczyni z ciebie administratora, daje również popularność. I ją należy również kontrolować niczym spożywanie kokainy.
Wspólna gra była fajna, choć każdy miał różne motywacje, można powiedzieć, że nawet uprawiał inną dyscyplinę, ale mniej więcej rozgrywka odbywała się to do jednej bramki. Rodziły się emocje, budowały koalicje, sympatie i antypatie, czasem nawet zdawało mi się, że jestem w realnym świecie tak bardzo, że musiałem podkreślać i oznaczać swój dystans. Dziś uczestnicząc w forach czy blogowych redakcjach, nie odnosiłbym żadnych korzyści bądź byłyby one tak małe, że nie rekompensowałyby mi choćby tego małego wkładu pracy, nieprzyjemnej roboty. No, a jak zawsze pisałem, w sieci, jak i w życiu, to ja jestem dla mnie najważniejszy. Póki toczyła się moja gra, nie patrzyłem na bilanse i korzyści, dziś widzę to w sposób bardziej wyrachowany. Cenię sobie bardziej wirtualny czas. Czas, który w tych obu równoległych przestrzeniach jest obiektywny. Brzmi to okrutnie i cynicznie, ale jeśli chcesz kogoś usłyszeć, musisz mu coś opowiedzieć. Na altruizm, poświęcenia i uprzejmości bardziej opłaca mi sobie pozwalać w realnym świecie. Tu rozrachunek i saldo końcowe, w tym momencie, będą co najwyżej zerowe. Zaś czas tracony bez przyjemności i motywu będzie prowizją, która umniejszy wartość oczekiwaną gier blogowych.


Kadry z filmu “Rejs” (Marek Piwowski, 1970)
Nie wiem, gdzie rozpierzchły się towarzystwa, w których bywałem, ale moja minimalna tęsknota nie determinuje mnie do żadnych poszukiwań. Samotność blogopisacza ma swój urok, nie wymaga kompromisów, a uczestnictwo w towarzystwie, nawet jak to byłaby – co mniej prawdopodobne – sensowna firma, nie jest mi niezbędne. Nierzadko takie układy, zobowiązania i wymuszone nieszczerości płynące z delikatności i obawy przed utratą iluzji wirtualnej przyjaźni, są utrudnieniem, ograniczają. Przy czym wirtualne związki i przyjaźnie ważą w sieci dokładnie tyle samo co słowa. Wedle mojej siódemkowej teorii, jest to nieco ponad 14% wartości realnej słowa. I tego kursu niewymiany będę się trzymał. Mimo że podczas gier i zacietrzewień, uporów, i amoku gry, przeceniałem wartość wirtualną mocno ponad wszelkie rynkowe wyceny. Ileż więcej jest wart dla hazardzisty szton, który pragnie postawić na ostatecznego, decydującego i rozstrzygającego pewniaka? Który w końcu z całą pewnością odwróci jego nieszczęśliwą passę i pozwoli mu wciąż pozostać w grze.
proces7
Blogerka
Zastanawiałem się czy można stworzyć portret przeciętnego i typowego blogera, zwanego przeze mnie “blogopisaczem”. To pewnie trudna sprawa. Choć na pewno nie do zrobienia, istnieje pewien typ człowieka podatny na swego rodzaju ekshibicjonizm, ale i też posiadającego w sobie potrzebę akceptacji. Lub, najzwyczajniej, kogoś kto chce pogadać, ględzić, pogawędzić. Naturalnie ów wspomniany przeze mnie ekshibicjonizm nie ma nic wspólnego z tym całym obnażaniem się. Choć nie wykluczam, że striptizerki – amatorki czy faceci pokazujący fiuty w parkach, również piszą blogi.
Kiedyś pisałem dość obszerne opracowania na temat kobiet z sieci. Szereg z nich zostało wykorzystanych dla przeróżnych prac licencjackich, magisterskich, a nierzadko do poważniejszych dysertacji naukowych.
Przeciętna kobieta żyjąca aktywnie i zaznaczająca swoją obecność w erze www, waży 10% więcej niż przeciętna dla jej wieku, jest również 7 lat starsza, niż za jaką się podaje (45 letnia korzysta najchętniej z pseudonimu “gorąca kotka37 albo 38″. Na blogach jest cała masa 28 – latek. Kiedy byłem chłopcem, moja mama miała 28 lat przez jakieś 6 – 7 lat. 28, no bo już doświadczona, być może niegłupia, a jeszcze nie taka stara.
Sprytna blogopisaczka poleci na tej “dwudziestce ósemce” jakieś 9 lat. Czyli prawie do czterdziestki. Pięćdziesięciolatki nie kończą pięćdziesiątki do wieku emerytalnego mężczyzn (65 lat). Mówią, że są “po 40 –tce”. A kobiet o wiek się nie pyta, stąd nigdy nie wiadomo, ile po tej czterdziestce są. Średnio 11 – 12 lat.
To tak dla orientacji, ostatnio zaś moje badania koncentrują się na korelacjach pomiędzy blogopisarką, a tym, jaka jest w łóżku. Nie mam jeszcze pełnych wyników badań (ochotniczki chcące poświęcić się trochę badaniom są mile widziane rzecz jasna), bo to trochę musi potrwać, ale kilka zależności zdaje mi się być pewniakami. Im większe przywiązanie kobiety do bloga, do swej marki, tym bardziej drętwa jest w tych – jakby to moja terapeutka powiedziała – i n t y m n y c h sprawach. Przeciętna i popularna blogowiczka jest zimną dupą, ma szereg kompleksów i nierzadko jest bardzo zaniedbana: posiada wyraźne braki w uzębieniu, pachnie nieświeżo oraz ma takie różne zwały i oponki.
Nie chcę do mych wywodów nadto mieszać kwestii urody, bo w ogóle można wyjść z założenia, że ładne dziewczyny nie mają niczego sensownego do szukania na blogach.
A jak mają się sprawy tematyki blogowej do kobiecego erotyzmu?
Mnie to bardzo zaskoczyło, ale najlepsze i najsmaczniejsze są kobiety piszące o kuchni, dłubiące swoje pamiętniczki z pracy, pieprzące głupotki, wcale niedbające o popularność i ani ciut nieprzywiązane do miejsc czy marek. Przy czym one często pojawiają się na bardzo krótko i trudno je uchwycić w blogosferze. Szkoda. Bo zimne dupy siedzą non stop i nudzą.
W wielu z nas istnieje ten paradoks double bind, w poszukiwaniu oryginalności, nieblogowych blogów. W tym szaleństwie, w poszukiwaniu indywidualizmu, czegoś wyjątkowego, miotamy się tak, jakbyśmy chcieli pozbyć się własnego cienia. W gruncie rzeczy i w końcowym efekcie zbieramy się tam, gdzie coś się dzieje, wcale nie chcemy niczego odkrywać, włazimy w największe blogowe i portalowe kaszany.
Wracając do autorów blogów, które są kobietami, znamiennym jest to, że te piszące o seksie, nie mają o nim zielonego pojęcia. Na pierwszy rzut oka jest to niedorzeczne, absurdalne. Dziwiłem się bardzo, gdy takie napotykałem na swej długiej i nużącej drodze. Ale potem jakoś to logicznie sobie uzasadniłem: facet, który ma świetną orientację w stronach erotycznych, pornograficznych, zna sporo takowej literatury i kinematografii, poznał szereg adresów i zaliczył całą masę agencji towarzyskich, wcale nie musi być dobrym kochankiem. Co notabene wiem z autopsji.
Nie czytuję kryminałów, ale sądzę, że autor bestselleru w tej tematyce wcale nie musi być przestępcą czy poszukującym go detektywem. Może być zwykłą kurą z nadwagą i pisać bardzo popularne rzeczy.

A faceci – tak jak kobiety – idealizują sobie, wizualizują i widzą drapieżną kocicę w koronkach i aksamitach kombinacji podniecających słów.
Żaden rozsądny facet nie szuka sobie partnerki czy kobiety na gorący numerek na blogu. Jeśli już w sieci to w jakimś mniej zobowiązującym i bardziej przypadkowym miejscu (czat, ogłoszenie towarzyskie itd.).
Owszem na blogach, w komentarzach, na forach można poflirtować, jeśli ktoś to lubi, ale paradoksalnie, takie praktyki oddalają nas bardziej niż zbliżają. Potem już te kontakty wcale nie różnią się od egzaltacji i podnieceń występujących przy oglądaniu filmów erotycznych, czytaniu romansów czy mocnych porno – powieści. Pewnego dnia wszystko zamienia się w serial albo krzykliwy tabloid. Tak jak wszystko w naszej mizernej zachodniej cywilizacji.
proces7
Nie klikam w reklamy na blogach
A pojawiło się tego sporo, niczym grzybów po deszczu. Cena będzie spadać, a i sporo robaczywych też się trafi.
Jeszcze nie tak dawno, kiedy blogopisanie pochłaniało mnie w znacznym stopniu, zastanawiałem się – pewnie inni blogopisacze też to czynią – jak pisać. Czy robić to regularnie bez względu na to czy mam coś do opowiedzenia? Używać chodliwych i miłych wyszukiwarkom fraz by pozyskać wysoką pozycję, która dawałaby złudną satysfakcję, że jestem chętnie czytany? Przyjemność iluzoryczna, ale jednak miłe uczucie. Choć już dziś dla mnie to obojętne. Czytaj resztę wpisu »
Zmierzch blogoprzestrzeni
Nie będę pisał o tym jako to nie chce mi się pisać bloga. To mijałoby się z celem. Generalnie mam to w dupie, że chcecie sobie pogadać i wpisujecie głupawe komentarze pod moimi bezsensownymi notkami.
Mój przyjaciel kiedyś mówił mi, że mam dużą bezwładność. Że ciężko mnie wprowadzić w ruch, ale i też ciężko zatrzymać. Na jakieś wspólne urlopy przyjeżdżam ostatni, ale nigdy nie mogę się zebrać by wyjechać. To samo dotyczy imprez, seksu, uczuć itd., itp. Kiedyś intensywnie, bardzo intensywnie pisałem czaty, fora, dziś nie ma po tym śladu, nawet nie zerkam na czaty czy fora gazetowe. Z drugiej strony takie jakieś miejsce, w sieci, jest – w znakomitej większości przypadków – jedyną formą zachowania kontaktu z pseudonimami, z którymi zetknąłem się jako proces7 w swym wirtualnym życiu. Chodzi tu o takich co ich znam z wirtualnego widzenia, a takich kapitalna większość. Zagadaliśmy kiedyś i gdzieś do siebie w komentarzach, na czatach bądź forach. Czytaj resztę wpisu »
Motywy Blogopisania
Pogawędka, chęć narracji, iluzja, że z kimś tak naprawdę rozmawiam, były powodami założenia przeze mnie pierwszego bloga. Doświadczenie istnienia tej potrzeby płynęło z mej wcześniejszej obecności na czatach i forach. Tam niejako wyczerpały się moje możliwości albo solidnie mi zasugerowano, że jednak nie o wszystkim mogę pogadać.
Moi najbliżsi znajomi wiedzą dokładnie dlaczego piszę w sieci. Dlatego ta cała intymność płynąca z anonimowości jest taka ważna dla mnie. Czytaj resztę wpisu »
Konfidenci Blogoprzestrzeni
Zainspirował mnie pewien tekst Slimka, który on może uznać za niezbyt istotny w swej blogowej twórczości. Chodzi o to co w tytule: donosić czy nie donosić? Jeśli widzimy blog, który w jakiś tam sposób może łamać regulamin i zasady, to czy powinniśmy złożyć stosowny donos? Do odpowiednich władz? Czytaj resztę wpisu »
Tomorrow belongs to me
Nawet nie bardzo chce mi się odnosić do sekwencji cytowanych przez Dział Prawny Agory, które miałyby uzasadnić skasowanie mojego bloga Cyc. Są to zdania wyciągnięte spośród dziesiątek tysięcy komentarzy, które się tam pojawiły. Niektóre konteksty pamiętam. Idzie rzecz jasna o listę przestępstw popełnionych przeze mnie, które podano mi w uzasadnieniu skasowania mojego bloga, a które zacytowałem w notce poniżej. Czytaj resztę wpisu »
Easy Rider
Ciekaw jestem jaka część blogopisaczy uważa się za swobodnych jeźdźców tej wirtualnej autostrady. Bo tak naprawdę, wsiadając do tego pociągu zwanego przeze mnie blogoprzestrzenią, godzicie się na skrócenie Waszej wolności. Czytaj resztę wpisu »
Teleecha Turnieju Blogowego
Miałem napisać, jeszcze przed konkursem Onet.pl taki mały poradnik: jak pozyskać esemesy na swój blog w Konkursie na Blog Roku 2008. Ale nie napisałem i zrobiłem błąd. Dla tej gry potrzebna jest stosowna taktyka, bo jednak zawsze to złotówka netto.
Nie to co w konkursie Wiadomości24, tam można głosować mailem. Ile masz maili – tyle masz głosów. A poczta jest w wielu serwisach darmowa. Więc wystarczy wyprodukować stosowną ilość kont pocztowych i oddać na siebie głosy. Wyklikać sobie odpowiednią, premiowaną pozycję.
Jeśli ktoś z Was wierzy, że można było dostać więcej niż kilkanaście SMS i zakwalifikować się do ocenianej grupy blogów w konkursie Onetu bez dodatkowych “machlojek” – jest głąbem. Ktoś kto ma paru znajomych czytelników, komentatorów, a nigdy, nawet przypadkiem, błądząc po sieci, nie wstrzeliliście się w jego blog, nie dostanie więcej niż parę esemesów. Nie wierzcie w cudowność i wyjątkowość blogów, które nagle się objawiły, bo ludzie je kochają i podziwiają. Głosy trzeba sobie wyrąbać siekierą. Ale ciągle się waham czy opowiadać o tym jak to zrobić. Czytaj resztę wpisu »
Gry blogowe
Nazywam te zabawy, tę formę taniej, wręcz burleskowej rozrywki, grami blogowymi. Zdaję sobie sprawę z faktu, że niewiele one mają wspólnego z grą, bo przecież gra daje rezultat, a rzadziej pozostaje nierozstrzygnięta. Gry blogowe z góry skazane są na brak obiektywnego – a raczej intersubiektywnego, ustalonego między graczami na wstępie – wyniku. Każda ze stron ustali ten wynik arbitralnie. Więc po co grać?
Mogłoby to być i kształcące, ale w treściach, bo w formach gry: strategiach i taktykach nie wymyśliłem jeszcze nic innego, czego nie wymyśliliby pokerzyści. Ale doskonale rozumiem, że dla kogoś nieobeznanego z grą, może to być odkrywcze. Dla mentalnego gracza, nie jest to zajmujące, może służyć raczej popisom, pokazom. Uważam się za naturalnego gracza, stąd muszę bardzo się starać i kontrolować by nie grać. I nie dziwią mnie odkrycia innych, którzy uważają się za graczy, tworząc własne, bardzo doraźne reguły. By dojść na przykład do konkluzji, że kanclerz wcale nie był z żelaza, a kurtyna też nie była żelazną. Ba! Ona nawet nie była kurtyną w żadnym sensie. Czytaj resztę wpisu »
Gra w kulki
Najpierw chodzi o to, żeby jak najwięcej tych kulek uzbierać. Im więcej masz kulek, tym lepszy masz blog.
Procesa wirtualne impresje
Nigdy nie wiem jak działa takie odnoszenie się do czyjejś wypowiedzi w innym miejscu w sieci. Z jednej strony polecam jakiś blog, ktoś zostaje więcej razy przeczytany, stąd – jak wnioskuję – winien być zadowolony. Z drugiej strony kradnę mu niejako komentarze. Przynajmniej ten jeden – mój.
Mam tendencję do przewidywania skrajności, stąd oczyma wyobraźni widzę blogpisaninę, zwaną dumnie i astronomicznie wręcz: blogosferą, jako notki bez komentarzy. Bo każdy może przecież w sposób wolny i nieskrępowany konwencją nie swojego bloga napisać opinię u siebie. Nie narażając się na bany, szykany, blokady i tym podobne wirtualne nieprzyjemności. Czytaj resztę wpisu »
Proces i Blog Roku
Sporo ludzi zagląda na mój blog Qui penis aquam turbat w związku ze zbliżającym się Konkursem Blog Roku 2008 organizowanym przez Onet.pl.
Nie bardzo jestem przekonany do startowania w tym konkursie. Wiem już na czym to polega, wygrałem swoją kategorię, no i nie wchodzi się dwa razy do tej samej blogosfery, która płynie jak rzeka szeroka i przez którą uśmiechamy się czasem do siebie.
W ubiegłym roku miałem plan, wiedziałem jak wygrać i po to startowałem. Żeby wygrać. Czytaj resztę wpisu »
Dr Cyc
15 grudnia ubiegłego roku pojawiła się informacja prasowa o obronionym doktoracie na temat blogosfery. Ukazała się na łamach Centrum Prasowego Agory.
Autorem pracy jest doktor Jan Zając z UW, a temat pracy brzmi ‘”Przestrzeń społeczna blogosfery: Znaczenie pozycji w sieci i reakcji otoczenia dla blogowania”.
Informacja Agory zaczyna się słowami:
Jeśli pierwszy wpis na blogu zostanie skomentowany, to taki blog ma większe szanse na “długie życie”, więcej komentarzy oraz odnośników z innych miejsc w internecie – wynika z obronionego doktoratu.
Mniemam iż autor pracy badał blogi metodami matematycznymi, a nie posługiwał się subiektywnym kryterium jakościowym. Liderem w rankingu Bloksa jest blog Kominotki, który posiada 0 (słownie: zero) komentarzy, a odnośnika do tego bloga nie widziałem nigdzie.
Oczywiście wypowiedzi autorytetów w tej dziedzinie możecie poczytać w sieci wpisując w Google stosowną frazę. Czytaj resztę wpisu »
Master of Ceremony
Aby samemu nie wpaść w pułapkę plagiatu, podam rozwiązanie zagadki z poprzedniego odcinka mojej blogowej opery mydlanej. Otóż w zakończeniu zacytowałem – dosłownie i bezczelnie nie podając źródła – fragment tytułowej piosenki z filmu “Kabaret”. Czytaj resztę wpisu »