Archiwum kategorii ‘Loty’
Koniec sezonu na korridę
Towarzystwa wzajemnej adoracji, blogowe kółka plotkujących gospodyń domowych, niespełnieni donżuanowie sieciowi, wszystko to rozpierzchło się, zniknęło z mojego pola widzenia. A pomyśleć, że kiedyś tym żyłem, ekscytowałem się, przeżywałem. Nie, to nie tak, nie żałuję tego czasu, to uczucie alkoholika, hazardzisty czy nałogowego palacza, który pewnego dnia postanowił zmienić siebie i inaczej spojrzeć na otaczający go świat. Wytrzeźwieć i zobaczyć wszystko z odległości.
Te internetowe więzi, adoracje i romanse są gówno warte. Ileż można się wprawiać, trenować. I po co? Znajomości i uczucia internetowe, zamienione w związki partnerskie czy małżeństwa są dla ćwoków i aligatorów. Zawsze z pogardą spoglądałem na ludzi, którzy poznali się w sieci i zaczęli wspólne życie, takie związki cuchnęły mi od początku nieświeżym przedwigilijnym karpiem. Nieudacznicy i zakompleksione przeterminowane, neurotyczne panny. Poznać kogoś w sieci, zakochać się bądź zaprzyjaźnić z nim potem w realu, to obciach na sto blogowych penisów i kopę tańczących dod oraz mendel ibiszów.
Widocznie musiałem przejść przez ten etap. Gdybym mógł cofnąć czas, poszedłbym tą drogą, choć wy nią nie podążajcie w żadnym razie! Jeno na skróty, jak w akademickim skrypcie.
Teraz to wszystko co było zdaje mi się być nudziarstwem do sześcianu, choć przecież jeszcze nie tak dawno burzyły mi krew sieciowe wojny, awantury i blogowe burdy. Rzeczywiście mnie bolała buta adminów, szczególnie tych z Gazety. Jak oni śmieli, ci ludzie z niższych niż moja kast, cokolwiek mi kasować, pouczać mnie i drwić ze mnie. Gazeta bolała najbardziej, mnie, dla którego Wyborcza była niegdyś symbolem. A Michnik był idolem, jak dziś dla was i moich sieciowych katów są: Wojewódzki, Doda, Jolka Rutowicz czy Kasia Cichopek.
Wiedziałem, że jestem skazany na porażkę, ale miałem wolę walki i ostre rogi, ważna była gra, a drobne sukcesy w tej toczącej się niechybnie ku przegranej grze cieszyły bardzo. Zdawało mi się, że też jednoczyły, dawały pretekst do tworzenia drużyny złożonej z zadeklarowanych indywidualistów. Bez wspólnej strategii i ustalonych zasad gry – choćby były najbardziej niedorzecznymi – nie widzę sensu w tworzeniu towarzystw blogowych, czatowych bądź forumowych. Bo to panie nuda, te schematy z adoracją, flirtem i lansem dla wirtualnych cipć. I dla mnie ta formuła, te ścieżki się ograły. Algorytm nudny i do pominięcia, niczym gra wstępna z kobietą, która mnie nie kręci, a służy jedynie za przedmiot w zaspokojeniu żądz. Jak worek na nasienie.

Korrida w Limie (Peru); fot. DPA
Czasem czuję się jak byk pozbawiony siły bojowej i potencji (smell of napalm in the morning, and the rockets’ red glare, the bombs bursting in air), ale to mija, to krótkotrwałe bolesne symptomy po rzuceniu nałogu. Wtedy myślę jak bardzo okrężną drogą doszedłem do punktu, w którym jestem. I wcale nie czuję się wydymany przez innych, skupiam się na zysku z tej – długoterminowej, bardzo nisko oprocentowanej, nawet poniżej wskaźnika inflacji – lokaty. Bo przecież coś o sobie się dowiedziałem, na tym kolejnym etapie mego życia. Pogodnej egzystencji człowieka szykującego się z wolna na jego ostatni etap.
proces7
Rozluźnij krawat
Internet schlebia naszym: niecierpliwości, braku konsekwencji i silnej woli. Tu mamy wszystko od razu, na nic nie musimy czekać. A jeśli czymś czujemy się zniecierpliwieni, z miejsca znajdujemy alternatywne rozwiązanie. O dawne niekonsekwencje, przewinienia nie musimy się martwić, bo pamięć nasza zawiera się w sporej części w wyszukiwarkach, a te łaskawe są dla treści popularnych. W najgorszym razie zmieniamy pseudonim, komputer, jego adres i zaczynamy wszystko od nowa. Z carte blanche. Tak jak świadek koronny, który dostaje nową tożsamość.

Strach jest najgorszym doradcą. Jeśli zaczniecie się obawiać o to czy wasze słowo kogoś urazi, dotknie, jeśli pozwolicie sieciowym prawnikom – cwaniaczkom po wieczorowych kursach na uniwersytecie w Psiej Wólce dyktować warunki w blogoprzestrzeni, obudzicie się z ręką w nocniku. Dlatego trzeba stanowczo, acz z rozwagą, reagować na przemoc administracyjną. Bezpieczni będziecie, jeśli sami tak będziecie się czuć.
Wedle mnie, tworzenie grup dyskusyjnych, wspólnych blogów i forów, sprzyja swoistemu zacieśnianiu więzi. Wszak jest się wtedy długo z grupą i siłą rzeczy dochodzi do wymiany prywatnych i poufnych informacji o innych. I to w pewnym stopniu ogranicza i degeneruje takie forum. Dochodzi w nim do wymiany treści zaszyfrowanych, przeznaczonych jedynie dla jednej lub kilku osób. Konsekwencją tego zaś jest niezrozumienie przebiegu dyskusji przez innych, co z kolei blokuje pozostałych, będących nie na bieżąco albo tych całkiem niezorientowanych. Wtedy nadchodzi – często wspominana przeze mnie – faza plateau. Nikt nowy nie dojdzie do nas, nic ciekawego się już nie wydarzy, taka myśl nasuwa się posępnie.
Ważnym jest też inny aspekt: prawdy czy opinie ogólne, mogą być odbierane – w takich zamkniętych kręgach – jako sygnały personalne. Przykładowo napiszę: wszystkie kobiety w sieci są grube i mają brzydkie uzębienie. Jeśli poznałem którąś z kobiet, bliżej, czy to tylko via net czy realnie, może ona odebrać tę opinię ad personam. Że na podstawie jej przypadku, metodą indukcji logicznej, wysnułem ten wniosek. Jeśli ktoś jest przewrażliwiony na swoim punkcie, ma do mnie zaufanie, a ponadto uważa się za kogoś z kim moje kontakty są bogate, na nic zda się tłumaczenie, że to przypadek, żart czy prowokacja. Jeśli zatem zależy nam na utrzymywaniu tych kontaktów, na spójności i stabilności grupy dyskusyjnej, musimy zachować ostrożność. Choć grupa dyskusyjna to najpewniej przesadzone określenie. Chodzi bardziej o krąg towarzyski czy o towarzystwo z sieciowej kafejki. No i ta wspomniana przeze mnie powściągliwość może stać się uciążliwa. Będzie mnie zniechęcać, nakaże ważyć słowa do tego stopnia, bym nie był podejrzany choćby o niedyskrecję.
Innym, całkowicie różnym, aspektem jest element władzy. I tu napiszę o moich intencjach, motywach, które skłoniły mnie do rezygnacji z administrowania na blogu Poltergeistem666. Lubię tamtejsze towarzystwo, dobrze się tam czuję, ale uczucie przewagi nad innymi uczestnikami w dyskusji – z racji tego, że miałem tam pewną władzę – ciążyło mi. I nie ma tu znaczenia, że jako administratorzy nie stosowaliśmy żadnych sankcji wobec pozostałych komentatorów.
Wobec grupy, jeśli jestem jak tam w składzie redakcyjnym, czuję się również zobowiązany do wypełniania moich obowiązków. A ostatnio nie jestem nadto twórczy, stąd nie byłem w stanie wypełniać przynależnych mi obowiązków. Po cóż mam być w redakcji, skoro prawie wcale tam nie piszę. Moim zdaniem czymś takim zawodzę resztę, korzystam z przywilejów administratora, nie wypełniając jego obowiązków. Może i nawet pasożytuję na reszcie w pewien sposób.
Pewne znaczenie, z mojego punktu widzenia wcale niemałe, ma to, że dzięki paru aktywistom z Bloksa i Gazety.pl mam opinię sieciowego rynsztokowca i trolla. Tym samym mój kiepski wizerunek może szkodzić osobom kooperującym ze mną. Likwidacja Cyca, forum Zawróceni w Czacie, blokady znajdujących się w mej wirtualnej bliskości loginów na Wykopie, Blipie, obsrywanie ich tam. Uporczywe, drobnomieszczańskie i maglowe donosy Olsa i chwilowa blokada loginów związanych z Wprost na WordPressie. Przykłady mógłbym mnożyć, część moich żali jest tu wypłakana na tym blogu. A ja sobie chcę popłakać i nie mam ochoty bywać w towarzystwie, które popiera takową cenzurę i magiel konfidencki w wykonaniu gazetowych Kup z Blipa i Wykopu. Ale mam też świadomość, że wypisując swoje żale narażałem też Poltergeista na ewentualne sankcje, co było – w pewnym sensie – nie fair. Po doświadczeniach jakich doznałem, nie są to bezpodstawne obawy. Rozumiem, że dla innych nudne, schematyczne i wręcz durne.
Oczywiście na Polterze będę pisał, rozmawiał, ale już bez tej presji wypełniania przypisanej mi szpalty redakcyjnej. Zawsze chętnie tam pogadam, o ile będę miał coś do powiedzenia albo nastrój na komplementy czy połów leszcza.
Nigdy nie piszę o tym czy mam czas, czy też nie. Przecież to widać i czuć. Jeśli mniej się udzielam, mam mniej czasu albo ochoty na blogopisanie. To chyba proste, więc po cóż informować o tym czytających?
Takie przetasowania, zmiany, paradoksalnie dobrze świadczą o ludziach tworzących miejsca w sieci. Bo to sygnał, że mamy do czynienia z indywidualistami, ludźmi nieprzeciętnymi, stąd nieco kapryśnymi. Choć jak wiadomo, czytelnik woli stabilizację, przewidywalność i bezpieczeństwo. Takie, choćby krótkotrwałe, stworzenie ciekawej grupy jest sukcesem. A wielu z Was brało udział w takich przedsięwzięciach, w których i ja miałem zaszczyt uczestniczyć. Sam mam zwariowaną i spiskową teorię internetowych dziejów i sądzę, że co duże, popularne, a za tym opiniotwórcze, zagraża władzy i ta będzie się starać to udupić, skanalizować. Likwidowali mi czaty, fora i blogi nie dlatego, że były złe, wulgarne czy prowadziły działalność przestępczą, a z zazdrości, zawiści i w trosce o bezpieczeństwo i popyt na własne usługi administrujących. No, ale to są nudne teorie, na które mogę sobie pozwolić na własnym zadupiu, bez obaw, że kogoś narażę, urażę czy znudzę. Bo przecież na tym blogu ja jestem dla mnie najważniejszy.
Aha i zapomniałem o tytule, który jak wiadomo sugeruje, że klient w krawacie jest mniej awanturujący się, ale i przez to bardziej sztywny. Poluzowany krawat jest na pewno idealnym kompromisem.
proces7
Pięć franków, biały lokator i lolita
Ponoć istnieje tajny projekt, który przewiduje kasowanie blogasków, które nie zajęły stanowiska w sprawie Lokatora, aktualnego Le Locataire zuryskiego więzienia. Więzień ten, czekający na ewentualną ekstradycję do Stanów Zjednoczonych, dostaje dziennie pięć franków szwajcarskich kieszonkowego, plus ciuchy i żarcie, rzecz jasna.

Za pięć franków można kupić paczkę fajek, takich poślednich, bo średnio kosztują 6.50 CHF. No ale w więzieniu to się pali byle co chyba.
Tak przy okazji, pięć franków, tyle że francuskich, miał bohater “Białego” z tryptyku “Trzy kolory”. Wprawdzie były to franki francuskie, ale akcja “Lokatora” rozgrywa się przecież w Paryżu, tak jak notabene fragment “Białego”. Białego jak śnieg, który ma oznaczać równość. Równość wobec prawa, w którą Krzysztof Kieślowski wątpi. Dziwne to jest, że Kieślowski tak we wszystko wątpił, nawet w istnienie Boga, a jego filmy są mimo to takie dobre.
Karol Karol – grany przez Zbigniewa Zamachowskiego – zużywa trzy franki na telefon (dokładnie 2.80 FRF) do – wtedy już – byłej żony. W pewnym sensie jest to seks telefon, ale przecież nie będę Wam opowiadał całego filmu.
Sprawę wszyscy znacie, ja zaś tylko spieszę z uzupełnieniem. Chcę wykazać, że jestem pełnoprawnym i zdyscyplinowanym członkiem blogoprzestrzeni, więc wspomnę o tym nożu w wodzie czy zębie ukrytym w ścianie.
Kto pamięta “Lokatora”, wie, że bohater Trelkovsky, grany przez Polańskiego, skacze dwa razy, tak jak listonosz pukał dwa razy, a z oboma sprawami związana jest poniekąd osoba Jacka Nicholsona z “Chinatown”. Polański pukał chyba tylko raz i to ponoć od tyłu.
Anagramy i zagadki były zaś specjalnością pisarza i szachisty Vladimira Nabokova. Tego samego specjalisty od literatury, szachów i nimfetek, który podsunął pomysł Adrianowi Lyne, a wcześniej Stanleyowi Kubrickowi. I – niestety – Romanowi Polańskiemu. Gdyby w owym czasie, te trzydzieści lat temu z hakiem, Polański nakręcił film o tym, co naprawdę był uczynił nie czyniąc tego zarazem, wówczas idę o każdy zakład, że dostałby Oscara. Bo jest wielki.
Brnę sobie po tych wariacjach nie na temat i nieścisłościach, bo ja nie zajmę żadnego stanowiska w kwestii Romana Polańskiego. Sądzę, że zajmowanie stanowiska, nawet przez przyjaciół wielkiego reżysera, tylko mu szkodzi. Wiadomo: nagonka na pedofilów i – idąca za tym – chęć pokazania nieuchronności i powagi kary, zmusi sądy do surowości. Szwajcarzy mają z Amerykanami na pieńku przez te całe tajne konta i żydowskie pieniądze, więc będzie to dla nich medialna szansa dla rehabilitacji. Wprawdzie sądy są niezawisłe, ale, że zacytuję fragment z ‘Białego’: widzę światełko w tunelu. Współżycie z nieletnimi jest karalne też w Szwajcarii, więc potrzeby ekstradycji nie ma. Proces może odbyć się u Helwetów.
Hipokrytą nie będę i powiem szczerze, że wykorzystanej wiele lat temu dziewczynki wcale mi nie żal, a i bardzo się cieszę, że Polański nie spędził wówczas kawału życia w jakimś więzieniu, tylko zrobił doskonałe filmy, którymi mogłem się delektować. Raduję się, że umknął amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości i życzyłbym mu by nadal umykał.
Przy okazji chciałbym wam napisać, że to co zrobił reżyser, nie ma nic wspólnego z pedofilią. Pedofilia nie jest karalna, tak posiadanie penisa nie jest gwałtem. Nie każdy pedofil jest przestępcą i nie każdy uprawiający seks z nieletnią jest pedofilem. Więc nie czytajcie głąbów, którzy piszą o tym w ten sposób. Oni nie rozróżniają pojęć: warunek konieczny i wystarczający.
Media sugerują, że reżyser jest już stary i miał pecha, że szwajcarska policja złapała go przed śmiercią. Ale bohater “Lokatora”, kiedy okazało się, że pierwszy skok z okna przeżył, wczołguje się po raz drugi do swojego mieszkania i skacze drugi raz. Nie, nie chcę tu wyrażać absolutnie żadnej opinii. Że Roman Polański swoje przeszedł w życiu i ten fragment po dokonaniu przestępstwa, a może nawet zbrodni, za którą niektórzy chcieliby go wykastrować chemicznie, to właśnie takie wczołgiwanie się po raz wtóry by się unicestwić.
Osobiście sądzę, że proces i surowy wyrok dla Romana Polańskiego jest na rękę politykom walczącym o swoje elektoraty, stąd obstawiam, że będzie z nim źle.
Swoją drogą to dziwne, że ten nóż z wody, ten ząb ze ściany (to była jedynka) wyjęto teraz… Nie wierzę w to, że wcześniej, przez ponad trzydzieści lat nie było sprzyjających okoliczności ku temu. W sumie polskie służby specjalne mogły go przechwycić u nas w kraju i wytargować za niego jakąś tarczę albo zniesienie wiz do USA. Cokolwiek by wleźć Jankesom w dupę. Tyle, że tym dorosłym, legalnie.
Tak właśnie wygląda przestrzeń blogowa, piszący komentują dane wydarzenie. W zasadzie piszą o tym samym, tak samo, korzystają z podobnych źródeł i toczy się gra: kogo wyszukiwarki polubią. Zupełnie nieistotnym jest co i jak i czy odniosę się do kwestii Lokatora. Ważne jest to, ilu ludzi tu zerknie. I rację mają ci, którzy mają więcej fanów albo czytelników. Więc co tu mówić o blanc égalité w opiniach. A sędziowie i politycy są przecież też ludźmi, takimi jak my. Kieślowski miał rację w “Białym”, równość wobec prawa w demokracji to mrzonka. I ja tu nie wyrażam osądu, bo ci którzy są na wolności, zawsze będą mieć rację nad tymi za kratkami. Choć często sam nie wiem, po której stronie krat jestem. Przecież Humbert Humbert (u Kieślowskiego też jest Karol Karol) Nabokova spisał swe wspomnienia w więzieniu, tęskniąc za swą Dolores Haze. Nimfetką – lolitką, która zmarła w wieku lat siedemnastu w Wigilię, przy porodzie. Niedługo po Humbercie, który zmarł na zawał serca w więzieniu, w roku 1952, trzydzieści osiem dni przed Dolores.

Jeremy Irons w roli Humberta Humberta i Dominique Swain jako Lolita – Dolores Haze. Adrian Lyne, 1997.
Taka miłość czy pożądanie do nimfetek to Skaza, którą może znacie, też z J. Ironsem. Tam winowajca sam siebie karze zsyłką. A kobietę – femme fatale – gra Juliette Binoche, Kieślowska Trójkolorowa, choć jak najbardziej niebieska.
Te związki, te aluzje, paradoksy, komedie i tragedie, przypadki, niesprawiedliwości i życie w grzechu, i przestępstwie, i w potępieniu albo kontrowersji, tworzą wielką literaturę i magiczne kino, które kocham. Roman Polański na pewno mnie do tej miłości inspirował, kiedy czytałem o nim jeszcze jako piękny i dwudziestoletni. Bo Hłasko o nim wspominał, jakby ktoś nie wiedział. Ponoć potrafił zagrać wszystko. Może on wciąż gra, a być może nawet reżyseruje. A my czekamy w napięciu. Bo tak pięknie to wszystko się składa i przeplata, przebarwia i lśni.
proces7
Cinema Paradiso i prawda
Może niektórych z Was pocieszy moje małe wyznanie. Otóż: nie wszystko co napisałem w sieci, było zgodne z prawdą. Przy czym podkreślam, iż piszę o momentach, w których świadomie fabularyzowałem czy konfabulowałem rzeczywistość. Nic o przypadkach, w których wszystko zdarzyć się mogło.
Spotykam się z tym w wielu miejscach w sieci, gdzie innym zarzuca się kłamstwo, nieszczerość, zmyślanie, przedstawianie siebie – na przykład na blogach przez ich autorów – z zupełnie innej perspektywy. Nieprawdziwej. Wielu oczekuje by pisano w sieci prawdę, tylko prawdę i całą prawdę.
To dość trudne, bo spojrzenia są subiektywne, a od pisania czy mówienia prawdy są przecież politycy, dziennikarze oraz pomniejsi urzędnicy bankowi. Do tego, jeśli założyć, że prawda jest jedna, a fałsz ma nieskończoną ilość postaci, fakty na blogach byłyby przedstawiane w identyczny sposób. Oględnie i znacznie upraszczając można by dojść do wniosku, że wówczas, na dany temat pisano by tak samo. Co byłoby dość nudne i nużące.
Ale załóżmy coś nieprawdopodobnego, beznadziejnie ryzykowną tezę, że ludzie posiadają zdolność przedstawiania rzeczy w obiektywny sposób. Zdolność, możliwości i wystarczającą wiedzę. Zgodnie z zasadami klasycznej logiki zaś, z prawdy wynika jedynie prawda. Z fałszu zaś cokolwiek, zarówno prawda jak i fałsz. I to wynikanie znużyłoby nas, przy założeniu, że piszemy, konsekwentnie, permanentnie i ściśle to, co wynika z prawdy, czyli prawdę.
Sam jestem zwolennikiem tezy, że prawda jest tajemnicza i ma jedno oblicze. Stąd – jak każdą tajemnicę – należy umieszczać ją w szczelinach, rogach, gdzieś pomiędzy cynicznymi sekwencjami. Nie należy owej tajemnicy podkreślać, wytłuszczać czy pisać dużymi literami.
Poznanie prawdy mogłoby mieć dla nas poważne konsekwencje, na przykład takie, że zaprzestalibyśmy jej poszukiwania. Może nawet przestalibyśmy myśleć, czego konsekwencją byłoby częstsze otwieranie rozporka (w różnych celach) niż umysłu. Czy chcemy oglądać powszedniość, codzienność? Te najokropniejsze z okropności i przykrości jakie nas spotykają?
Staram się unikać, naprawdę próbuję się kontrolować, choć nie zawsze mi wychodzi, by nie operować wytłuszczeniami, podkreśleniami albo wyrazami pisanymi dużą literą. Bo czytelnik musi sam znaleźć ów prawdziwy wyraz, w magicznej szczelinie. Pominąwszy inny, ważny aspekt: podkreślenia, wytłuszczenia i inne zaznaczania są objawem braku szacunku dla czytającego. Piszący sugeruje na co masz zwrócić uwagę, co jest istotą rzeczy w danym tekście. A od takich wyborów jest przecież odbiorca.
Lubimy, a nawet kochamy prawdę, ale paradoksalnie jej nie chcemy, uciekamy, gdy pochłania ona nasze szczeliny i zakamarki. Spróbowałbym nawet zestawić prawdę z kobietą: im bardziej tajemnicza i nieodkryta, tym bardziej uwodzi. W końcu tak jak kobieta jest ona rodzaju żeńskiego.
W cyrku zawsze najprawdziwszy był dla mnie klown, reszta zaś sztuczna i lukrowana. Klown, który, przewrotnie i wbrew intencjom otyłego dyrektora cyrku w meloniku, był tam najmniejszym blagierem.
Skoro w poprzednim odcinku przywołałem film Giuseppe Tornatore to, konsekwentnie i prawdziwie, zawołam go jeszcze raz filmem “Cinema Paradiso”, który jest dla mnie następstwem i konsekwencją filmu Petera Bogdanovicha “Ostatni seans filmowy” z 1971 roku. I pewnie uważni widzowie dostrzegli, że akcja obu filmów znajduje się w tym samym czasie. Inna przestrzeń, ale czas ten sam. Bo był to czas śmierci kina, jego pierwszego upadku.

Blog jest sceną, jest kadrem filmowym, przynajmniej dla mnie. Rzeczywistość, prawda leżą na zupełnie przeciwnym biegunie niż te z świata reklamy i seriali. My chcemy ją widzieć w wersji kinowej, uproszczonej, niezłożonej. Zatem nieprawdziwej, bo prawda to pełny i bardzo szeroki horyzont, ujmujący wszelakie aspekty, konteksty i perspektywy.
Na blogach ją znajdziemy, w skrawkach, strzępach, odpadkach. Tak jak w filmie “Nuovo cinema Paradiso” (1988) znajdował ją Salvatore w wyciętych kadrach. I tak składał te strzępki, odnajdując w nich siebie: szczerego, pragnącego, prawdziwego.
I taki moim zdaniem ma być blog, ma być narzędziem do szukania prawdy o sobie. Jedni dochodzą do poznania siebie szybko, inni przez całe życie. Skoro zatem blogopisanie jest urządzeniem, może i nawet pomocnym, niedorzecznym byłoby badanie jego autentyczności. Weryfikowanie prawdy w zakamarkach, prawdy, której właśnie poszukuję.
proces7
Miranda warning
Kiedy “puszczali” “Przypadek” Kieślowskiego i “Przesłuchanie” z Krystyną Jandą (Boże jak można mieć na imię Kryśka!?) byłem gówniarzem. Oglądałem to w kinie Mikro w Krakowie. Nawet nie wiem jaka to ulica była. Zapomniałem. W innych kinach ich nie było, zakazane były.
W tym kinie śmierdziało, ale tam był pianista i grał, warto było tam bywać. Było duszno i cuchnęło potem i przedtem, a ja mam fobię zapachową, jak źle pachnie to uciekam. Jerzy Stuhr tam mieszkał, gdzieś blisko. Pamiętam, że mieszkał tak blisko, że nawet nie miał skarpet jak wchodził do pobliskiego baru po albo przed seansem. Ja nie piłem wówczas, jeszcze nie umiałem pić. Piłem dla szpanu ajerkoniak. Co za syf! Czytaj resztę wpisu »
Cyberseks
Kiedyś, dawno temu, oglądałem w niemieckiej telewizji program o pilotach myśliwców. Było tam kilka historii o latających chłopakach, ich życiu. Jednak te samoloty robiły nieco huku, chroniąc bezpieczeństwa Republiki Federalnej. Więc obywatele protestowali. Generalnie wywalczyli to, że samoloty te latały rzadziej nocą i na wyższych pułapach. Osiągnięto kompromis i punkt równowagi pomiędzy skutecznością obrony powietrznej kraju, a spokojem mieszkańców niemieckich miast. Czytaj resztę wpisu »
Konfidenci Blogoprzestrzeni
Zainspirował mnie pewien tekst Slimka, który on może uznać za niezbyt istotny w swej blogowej twórczości. Chodzi o to co w tytule: donosić czy nie donosić? Jeśli widzimy blog, który w jakiś tam sposób może łamać regulamin i zasady, to czy powinniśmy złożyć stosowny donos? Do odpowiednich władz? Czytaj resztę wpisu »
Scenki z sieciowych seriali
Miałem dziesiątki, może nawet setki przeróżnych wirtualnych romansów i naprawdę, tylko nieliczne kończyły się jakimś spotkaniem. Na palcach jednej ręki przedwojennego drwala można takie przypadki wyliczyć.
W zasadzie to na czaty kobiety przychodzą tylko flirtować, rzadziej szukają jakiegoś przygodnego seksu czy uczucia. Te sprawy są dla mnie jakby nadal wirtualne, bo nawet, gdy dochodziło między taką kobietą a mną do jakichś intymności, zawsze mówiły mi, z łzami w oczach: proces, jesteś cudowny. Nawet jak wyznawały mi miłość, to mówiły: proces, kocham cię. Żadna nie używała mojego imienia, które przecież mam całkiem fajne. Czytaj resztę wpisu »
Raje aborcyjne i pedofilskie
Ogólnie wiadomo, że nasze prawo do aborcji jest relatywnie restrykcyjne wobec stosunku do tego zagadnienia w krajach takich jak Francja czy Szwecja. Kobieta, która chce usunąć niechcianą ciążę, może kombinować w Polsce, schodząc w naszym kraju na drogę przestępczą albo może wyjechać, na przykład do naszych sąsiadów, Republiki Czeskiej i tam ciążę legalnie usunąć. Czytaj resztę wpisu »
Easy Rider
Ciekaw jestem jaka część blogopisaczy uważa się za swobodnych jeźdźców tej wirtualnej autostrady. Bo tak naprawdę, wsiadając do tego pociągu zwanego przeze mnie blogoprzestrzenią, godzicie się na skrócenie Waszej wolności. Czytaj resztę wpisu »
Miłość zbrukana nad Tamizą
Zupełnie nie rozumiem tych oburzeń i ekscytacji związanych z nową narzeczoną naszego byłego premiera Kazimierza. To jest normalna biologia i facet się takim rzeczom nie może oprzeć. Nie jest tajemnicą, że większość mężczyzn zdradza swoje partnerki, a już najbardziej i najczęściej zdradzają je ci, których takie afery cieszą. Takich, którzy o sprawie Kazia piszą i obłudnie go potępiają. Bo wiadomo: skoro były premier, człowiek znany w mediach, a na dodatek katolik, który zawsze cenił sobie wartości rodzinne, zdradza i porzuca, to ja też mogę. Jest to poniekąd usprawiedliwienie dla facetów, którzy wszyscy, jak jeden mąż, to czynią. Czasem są to mniejsze przygody i fascynacje, niekiedy wizyty w agencjach towarzyskich, lecz zdarzają się także poważniejsze miłości, które rozbijają dotychczasowe związki.
I to jest nasza męska udręka, nasz krzyż, który musimy dźwigać. I nie ma co się oburzać czy mieć pretensje. To jakby do kobiet koło pięćdziesiątki mieć żal o to, że mają menopauzę.
Marcinkiewicz ma trójkę dorosłych dzieci, czwarte też już prawie dorosłe, więc co?
Czy to jest jego wina, że ma starą żonę, z którą nie ma wspólnego języka, zainteresowań i pasji. Gdyby żona Marcinkiewicza dbała o siebie, była młodsza i interesująca, nigdy by jej nie zostawił.
Niektórzy zastanawiają się, co Kaziu zrobi za dwadzieścia lat, kiedy będzie miał siedemdziesiątkę, a jego nowa narzeczona będzie po czterdziestce. Jak to co zrobi? Pogoni staruchę! I znajdzie nową, młodszą. Mężczyzna musi mieć inspirację. Biologia nas tak skonstruowała, że facet może płodzić długo, kobiety, niestety, w pewnym wieku stają się bezpłodne. Owszem, można mieć żal do Matki Natury, że tak ułożyła świat i stworzyła kobietę i mężczyznę, można mieć żal, że istnieją odstępstwa od norm, jak na przykład homoseksualizm. Ciekaw jestem, co by się stało, gdyby Marcinkiewicz rozwiódł się z żoną dla kochanka? Czy wtedy zawistne antykościelne i lewicowe – wrogie mu – postaci też by go krytykowały? Za to, że jest gejem i się wcześniej nie ujawnił?
Taka radość i rozdmuchiwanie sprawy zamyka się jak zwykle w paradoksie. Lewica i antyklerykałowie się cieszą, ale z czego? Z tego, że Marcinkiewicz sobie znalazł nową laskę i jest szczęśliwy? Czy może z nieszczęścia jego żony? Która, jak już napisałem, sama sobie jest winna.
Powinien się czaić, jak wielu znanych polityków i zdradzać żonę potajemnie? Padł ofiarą własnych zasad i źle pojętej uczciwości. To teraz po nim jeżdżą.
Donald Tusk po wygranych wyborach mówił, że najważniejsza w życiu jest miłość. I sądzę, że trzeba iść za głosem serca w tych sprawach, a nie rozsądku.
Zofia Kucówna śpiewała w Kabarecie Starszych Panów piosenkę Jerzego Wasowskiego “Kaziu zakochaj się” i się był zakochał Kaźmirz. A że jest facetem uczciwym i prawym, poinformował o tym małżonkę.
Notabene, były mąż Zofii Kucówny, Adam Hanuszkiewicz też wymienił – wprawdzie już nie Kucówną, ale inną Zofię, kolejną żonę – Rysiówną na młodszą od siebie o trzydzieści lat Magdalenę Cwenówną. Magdalenę, tak jak rzekę po której pływali spóźnieni kochankowie u Marqueza w “Miłości w czasach zarazy”.
(Czytelnicy zasugerowali mi w komentarzach, że Hanuszkiewicz miał dotychczas cztery żony, Kucówna była zaś trzecią.)
Problem jest w tym, że kobiety nie czują tych męskich niuansów i skomplikowanych aspektów wierności. Zauważcie, że wszystkie żony Hanuszkiewicza były “ówny”, a dwie Zofie nawet. Czyż to nie objaw wierności?
Bo mężczyzna tak do końca nie opuszcza kobiety, zawsze zostaje ona w jego sercu. Mamy większe serca od kobiet, a poligamia wcale nie jest jakimś tam wymysłem ideologicznym, a normalną konsekwencją działania natury.
Inna sprawa, że rzecz stała się w Londynie, a jak wiadomo, wyjechał tam pośledni element naszego społeczeństwa. Wprawdzie dzięki temu masowemu eksodusowi, Polska została nieco oczyszczona ze zbędnego i pasożytniczego elementu, ale polscy londyńczycy robią nam tam obciach na sto brytyjskich funciaków. Wiele kobiet wyjechało tam po prostu tylko po to by się gzić. Bo jak wspominałem kiedyś już, u faceta ten pęd ku kobietom to biologia, na którą nie mamy wpływu, chyba żeby nas – jak to radził Premier – wykastrować. Chemicznie rzecz jasna, żeby nie bolało. Tego procesu nie da się powstrzymać, tak jak u kobiety nie można zatrzymać starzenia się, miesiączki czy późniejszej menopauzy. Jeśli kobiety znajdują sobie młodszych, są to zwykłe fanaberie, chęć eksperymentowania wbrew naturze. Co tu dużo gadać, jest to po prostu zwykłe kurewstwo.
Marcinkiewicz zachował się elegancko, z klasą i uczciwie, choć głupio i naiwnie. Zapewni żonie i jednemu jeszcze niepełnoletniemu dziecku godziwe życie. Powiedział prawdę, kupił obrączki dwie, a inni niech żal rzucą za siebie. Może kiedyś, jak już się wyszaleje, jak już przeminie ten jego czas, którzy my mężczyźni musimy jako ten Chrystusowy Krzyż nosić, wróci do żony, dzieci i wnuków. Bo przecież ta jego nowa narzeczona wiecznie młoda nie będzie.
Jak wspominałem w poprzedniej mojej notatce, najważniejsza w życiu jest miłość, olać to co piszą dziennikarze polityczni. Miłość, która trwa przez całe życie. Bo mężczyźni tak kochają, całym sobą, są – jak Florentino Ariza Marqueza – wypełnieni miłością. I czasem jest jej tak dużo, że wypływa ona z naszego serca na wiele kobiet.
Czasem przeraża mnie wręcz ten ogrom miłości, którą mam w duszy, boję się, że ona napęcznieje tak bardzo, że roztrzaska mi mózg albo każe sercu eksplodować.
proces7
Master of Ceremony
Aby samemu nie wpaść w pułapkę plagiatu, podam rozwiązanie zagadki z poprzedniego odcinka mojej blogowej opery mydlanej. Otóż w zakończeniu zacytowałem – dosłownie i bezczelnie nie podając źródła – fragment tytułowej piosenki z filmu “Kabaret”. Czytaj resztę wpisu »
37927
Tak, wyprztykałem się, wypaliłem, zblakłem, zgasłem i spopieliłem. Nie umiem powiedzieć czy mi się coś udało, czy to tylko był stracony czas. Choć grałem, a zdawało mi się, że słyszą to inni, słyszą i czują. A chwil takich było niewiele z tym niezgorszym graniem. Warto było dla tych paru chwil.
Błądziłem, kiedy oczekiwałem lojalności, a ze zdumieniem patrzyłem na brak konsekwencji innych, a słowo wdzięczność jeno wdzięcznie i dźwięcznie brzmi. Powinienem był bardziej skoncentrować się na sobie, bo przecież ja dla mnie jestem najważniejszy. Ja i moja wolność, której klawisze czy inne krawężniki wirtualne nie są w stanie mi zabrać, choćby skradli mi wszystkie moje słowa. Choćby tłukli moje myśli aż po unicestwienie, to muzyka ta mi będzie grać i brzmieć. W sercu i umyśle.
Czuję ulgę, gdy my i nasze zastępuję dziś ja i moje. Bo wina jest moja, kolejny raz przegrałem, może nigdy nie wygrywałem, choć czułem, że tak się dzieje.
Ale jakież to ma znaczenie w ostatecznym rozrachunku, które i tak zawsze będzie doraźnym i prowizorycznym? Nadto pędziłem, złapałem zadyszkę, bo przeceniłem swe siły.
Daję sobie spokój ze wspólnymi, redakcyjnymi blogami. Ci, którzy mi to odradzali, twierdząc, iż się nie nadaję, mieli rację. Dziękuję Wam za nauczkę, za lekcję pokory.
Zamówiłem u Reda taki mały kilof, choć na geologii się nie znam. No i oczywiście plakat z Ritą Hayworth.
Kiedyś wyślę Wam pocztówkę. Nie czekajcie.
proces7
O chłopcu, który chciał zostać blogerem
Ludzie w sieci opowiadają o tym co robią. Koloryzując to stosownie, ubarwiając. Taka opisana kolorowo prawda o naszym życiu, może faktycznie tę naszą egzystencję poprawić. Bo jakimż jest świat? Takim jak go widzimy, czujemy, czy takim jakim jest de facto? No i nieuniknione pytanie: jaki jest stan faktyczny naszego świata.
Nieliczni spośród tych co mnie czytają, zauważyli, że nie piszę o tym jak się czuję, co jadłem na kolację, czym się zajmuję. Krótko mówiąc: niewiele piszę o sobie. Czytaj resztę wpisu »
Fakty, fikcje i fantazje
Tak naprawdę to ja mam w nosie jakichś blogerów, którzy są publicystami w mediach i tu, w sieci, kontynuują swoje misje. I swoją pogoń za szmalem. Ich notki są reklamą tego, co prezentują w telewizjach i pismach, dla których pracują. Czytaj resztę wpisu »