Archiwum kategorii ‘Gry’
RIP
Czyli: Redaktor Internetu Proces
Moja agonia blogowa przeciąga się nieco, pewnie powinienem wszystko zostawić w diabły. Albo skasować. To chyba dylemat każdego blogowego więźnia. Kasować czy nie kasować? Oto jest pytanie. O ile dobrze pamiętam, zawsze pozostawiałem wersje archiwalne miejsc, które redagowałem w sieci. Nawet jeśli były totalnie popsute, bezsensowne czy miałem świadomość, że już nigdy nikomu na nic się nie zdadzą.
Bo cóż oznacza rest in peace dla wirtualnej kafejki, miejsca spotkań i pogawędek? Moim zdaniem, jeśli jest martwa, nie ma woli ni możliwości jej reanimacji bądź nadziei na cudowne wskrzeszenie, można ją odciąć jak zwłoki wisielca albo pozostawić dyndającą.
Do Poltergeista (Poltera) nie byłem jakoś szczególnie przywiązany. W porównaniu z innymi miejscami, które współkomponowałem. Oddalam się od wirtualnego życia, stąd i moje więzi z takimi miejscami są słabe. Nie to co dawniej, kiedy mocno korzeniami wrastałem w te sprawy, angażowałem się i najczęściej zostawałem szefem sztabu, zarządzającym czy tam naczelnym redaktorem – Internetu – rzecz jasna.
Ale cóż, taki redaktor, na przykład znana Wam RIS (Redaktor Internetu Siwa) czy RIO (Redaktor Internetu Ols), kasują sobie fora, blogi, przeszkadzają innym w dyskusji, banują, cenzurują, a na dodatek biorą za to kasę. Sami gówno potrafią rozkręcić. Minus dziesięć w Rio, dżuma w Siwa Fe… A ja miałbym za friko prowadzić redakcję forum czy bloga, a na dodatek być kontrolowanym przez platformę, która absolutnie wiertniczą nie jest, choć tryskają w niej bluzgi na właściciela, ojca chrzestnego czy patrona owej sieciowej kafejki? Kafejki, bo pijemy przy niej poranną kawę czy wieczornego drinka i czytamy, dołączamy do nurtu dyskusyjnego, czujemy się na tyle dobrze z otwartym na niej monitorem, że powracamy codziennie.

Odciąć zwłoki czy nie? That is a question.
Poltergeist miał długą żywotność, niemniejszą niż trwanie Konfraterni, Lotu nad bocianim gniazdem, Zawróconych w Czacie czy Lokomotywy. Były i Cyce, i inne Catche 22 i Cycoramy, ale któż to jeszcze pamięta? Z doświadczenia wiem, że bez takowej bazy, towarzystwa wirtualne podlegają szybkiemu rozkładowi. Tematem rozmów są plotki czy wydarzenia związane z komentatorami bądź redaktorami takowych rozmów. Jeśli nie ma pretekstu, gdy nie ma kawiarni, w której podają espresso czy frappe, nie ma motywu do zagadania, nie ma wspólnego zazębiania się. W końcowym efekcie zanika, nietrwała przecież, wirtualna więź. Owszem, jeśli zawiązało się z kimś mniej lub bardziej prywatny kontakt, wówczas istnienie takich miejsc dla subtelniejszej i rozwiniętej relacji jest obojętne. Wirtualne życie jest tak samo brutalne i prozaiczne jak realne. Nie ma pogawędki w komentarzach na blogasku – nie ma żadnych związków. Umierają z czasem bezpowrotnie. Tu można się zastanawiać, czy warto o takie, przecież guzik warte relacje, zabiegać. Pielęgnować je, starać się i troszczyć.
Tworzenie trwałych wirtualnych agregatów towarzyskich nie jest wcale łatwe, bywa nawet stresujące. Sam miałem zawsze nieco szczęścia, bowiem zawsze obok pojawiała się jakaś zapatrzona we mnie kura, która odwalała za mnie sporą część fizycznej pracy związanej z tworzeniem wirtualnej dyskusji. Ale miało to też swe złe strony, kurka, miast przestrzegać dyscypliny służbowej i poprawnych relacji między współpracownikami, być moją prawą ręką, najczęściej zakochiwała się we mnie. I oczywiście, prędzej czy później, pojawiało się nieformalne żądanie gratyfikacji. W postaci zaspokojenia jej miłosnych żądz rzecz jasna. Kiedy zauważała, że sytuacja jest beznadziejna, że ani z prawej ręki, ani z lewej, bo serce jest po lewej stronie, zaczynała wątpić i popadać w apatię. Czemu się nie dziwiłem. Przecież ja również oczekiwałem wynagrodzenia, w postaci sławy i uznania, w formie glorii i splendoru spływających na kapitana zwycięskiej drużyny. Mnie interesowały takie sieciowe punkciki ze względu na ekspansję, wzrosty statystyk, ale też opadania, załamania, doły, fazy plateau. Fascynowało mnie obserwowanie siebie jako uczestnika gry w teorii gier wirtualnych. Potem te nastroje się stonowały, by opaść bezpowrotnie, bez szans na podźwignięcie się. Zupełnie jak mój penis. Po cóż mam zatem bajerować laski, wzbudzać ich podziw i emocje, skoro pukał ich nie będę?
O wdzięczności, szacunku możecie zapomnieć, dawno na to przestałem liczyć. Nawet niektórzy przekręcają potem chronologię, istotę rzeczy i historię, ale nie ma się czym przejmować, ci co mają wiedzieć, znają przeszłość.
Podziękowania dostanę być może w grobie, jeśli dożyję do tego czasu.
Tak mniej więcej można zobrazować moje gry czatowo – forumowo – blogowe. Satysfakcja, spełnienie, były jedyną nagrodą, jak butelka burbona u szczytu wspinaczki górskiej, jak spacer zakończony filiżanką espresso albo mordercza gra miłosna zakończona papierosem po. Ten cel motywował rozgrywkę, zagrzewał do boju i zachęcał do pracy. Bo przecież nie wszystkie czynności związane z prowadzeniem forów czy redakcyjnych blogów są przyjemne. Czasem trzeba było odwalać czasochłonną siermięgę: sprawy techniczne, zebrania i dyskusje z współredaktorami, podsycanie konfliktów, wygaszanie iskier ze zgrzytów między komentującymi (rzadsze), manipulowanie kurami i męskimi pindziami blogowymi i te pe, i te de.
Co do Poltera sądzę, że – z mej perspektywy – jego formuła się wyczerpała, tak jak dla mnie zużyły się formy: czatów czy forów. Zblakły mi, a może nawet obrzydły. Wizja i presja administracyjnej pały, nahajki tępicieli trolli, są dla mnie przygnębiające. Nie wspominając o najzwyczajniejszym braku czasu, który nie pozwala mi na troskę ciecia i klowna. Piszę o tym, bo wiem, że po zamknięciu Poltera, niektóre z wirtualnych oczu zwróciły się w mym kierunku. Przykro mi: nie chcem i nie muszem.
Za długo bywałem na czatach, dostatecznie często też na forach, wiele blogów zwiedziłem, zdaje mi się, że już wszystko wiem na ten temat. Wydaje mi się, że trwałość i organizacja miejsc, które współtworzyłem były dobre. Te wirtualne zadupia spełniały też podstawowe zasady wolności w sieci, nie sięgały ich cenzura i bany, prócz zewnętrznych interwencji grup szturmowych powiązanych z władzą.
Znając życie, zrodzi się coś nowego, może dopiero po kilku próbach stanie się fajnym, codziennym zakamarkiem wirtualnego zadupia. Im dalej w sieć, im więcej takich miejsc człowiek przeżył, tym mniejszy sentyment pozostaje. Potem, za którymś tam razem, mniej się angażujemy, zostawiamy coraz mniej siebie. Przez ostrożność może? Rutynę? Ale jakąś cząstkę siebie jednak oddajemy, która – z wersją archiwalną czy bez – niech pozostanie w pokoju.
proces7
Blogerka
Zastanawiałem się czy można stworzyć portret przeciętnego i typowego blogera, zwanego przeze mnie “blogopisaczem”. To pewnie trudna sprawa. Choć na pewno nie do zrobienia, istnieje pewien typ człowieka podatny na swego rodzaju ekshibicjonizm, ale i też posiadającego w sobie potrzebę akceptacji. Lub, najzwyczajniej, kogoś kto chce pogadać, ględzić, pogawędzić. Naturalnie ów wspomniany przeze mnie ekshibicjonizm nie ma nic wspólnego z tym całym obnażaniem się. Choć nie wykluczam, że striptizerki – amatorki czy faceci pokazujący fiuty w parkach, również piszą blogi.
Kiedyś pisałem dość obszerne opracowania na temat kobiet z sieci. Szereg z nich zostało wykorzystanych dla przeróżnych prac licencjackich, magisterskich, a nierzadko do poważniejszych dysertacji naukowych.
Przeciętna kobieta żyjąca aktywnie i zaznaczająca swoją obecność w erze www, waży 10% więcej niż przeciętna dla jej wieku, jest również 7 lat starsza, niż za jaką się podaje (45 letnia korzysta najchętniej z pseudonimu “gorąca kotka37 albo 38″. Na blogach jest cała masa 28 – latek. Kiedy byłem chłopcem, moja mama miała 28 lat przez jakieś 6 – 7 lat. 28, no bo już doświadczona, być może niegłupia, a jeszcze nie taka stara.
Sprytna blogopisaczka poleci na tej “dwudziestce ósemce” jakieś 9 lat. Czyli prawie do czterdziestki. Pięćdziesięciolatki nie kończą pięćdziesiątki do wieku emerytalnego mężczyzn (65 lat). Mówią, że są “po 40 –tce”. A kobiet o wiek się nie pyta, stąd nigdy nie wiadomo, ile po tej czterdziestce są. Średnio 11 – 12 lat.
To tak dla orientacji, ostatnio zaś moje badania koncentrują się na korelacjach pomiędzy blogopisarką, a tym, jaka jest w łóżku. Nie mam jeszcze pełnych wyników badań (ochotniczki chcące poświęcić się trochę badaniom są mile widziane rzecz jasna), bo to trochę musi potrwać, ale kilka zależności zdaje mi się być pewniakami. Im większe przywiązanie kobiety do bloga, do swej marki, tym bardziej drętwa jest w tych – jakby to moja terapeutka powiedziała – i n t y m n y c h sprawach. Przeciętna i popularna blogowiczka jest zimną dupą, ma szereg kompleksów i nierzadko jest bardzo zaniedbana: posiada wyraźne braki w uzębieniu, pachnie nieświeżo oraz ma takie różne zwały i oponki.
Nie chcę do mych wywodów nadto mieszać kwestii urody, bo w ogóle można wyjść z założenia, że ładne dziewczyny nie mają niczego sensownego do szukania na blogach.
A jak mają się sprawy tematyki blogowej do kobiecego erotyzmu?
Mnie to bardzo zaskoczyło, ale najlepsze i najsmaczniejsze są kobiety piszące o kuchni, dłubiące swoje pamiętniczki z pracy, pieprzące głupotki, wcale niedbające o popularność i ani ciut nieprzywiązane do miejsc czy marek. Przy czym one często pojawiają się na bardzo krótko i trudno je uchwycić w blogosferze. Szkoda. Bo zimne dupy siedzą non stop i nudzą.
W wielu z nas istnieje ten paradoks double bind, w poszukiwaniu oryginalności, nieblogowych blogów. W tym szaleństwie, w poszukiwaniu indywidualizmu, czegoś wyjątkowego, miotamy się tak, jakbyśmy chcieli pozbyć się własnego cienia. W gruncie rzeczy i w końcowym efekcie zbieramy się tam, gdzie coś się dzieje, wcale nie chcemy niczego odkrywać, włazimy w największe blogowe i portalowe kaszany.
Wracając do autorów blogów, które są kobietami, znamiennym jest to, że te piszące o seksie, nie mają o nim zielonego pojęcia. Na pierwszy rzut oka jest to niedorzeczne, absurdalne. Dziwiłem się bardzo, gdy takie napotykałem na swej długiej i nużącej drodze. Ale potem jakoś to logicznie sobie uzasadniłem: facet, który ma świetną orientację w stronach erotycznych, pornograficznych, zna sporo takowej literatury i kinematografii, poznał szereg adresów i zaliczył całą masę agencji towarzyskich, wcale nie musi być dobrym kochankiem. Co notabene wiem z autopsji.
Nie czytuję kryminałów, ale sądzę, że autor bestselleru w tej tematyce wcale nie musi być przestępcą czy poszukującym go detektywem. Może być zwykłą kurą z nadwagą i pisać bardzo popularne rzeczy.

A faceci – tak jak kobiety – idealizują sobie, wizualizują i widzą drapieżną kocicę w koronkach i aksamitach kombinacji podniecających słów.
Żaden rozsądny facet nie szuka sobie partnerki czy kobiety na gorący numerek na blogu. Jeśli już w sieci to w jakimś mniej zobowiązującym i bardziej przypadkowym miejscu (czat, ogłoszenie towarzyskie itd.).
Owszem na blogach, w komentarzach, na forach można poflirtować, jeśli ktoś to lubi, ale paradoksalnie, takie praktyki oddalają nas bardziej niż zbliżają. Potem już te kontakty wcale nie różnią się od egzaltacji i podnieceń występujących przy oglądaniu filmów erotycznych, czytaniu romansów czy mocnych porno – powieści. Pewnego dnia wszystko zamienia się w serial albo krzykliwy tabloid. Tak jak wszystko w naszej mizernej zachodniej cywilizacji.
proces7
Rozluźnij krawat
Internet schlebia naszym: niecierpliwości, braku konsekwencji i silnej woli. Tu mamy wszystko od razu, na nic nie musimy czekać. A jeśli czymś czujemy się zniecierpliwieni, z miejsca znajdujemy alternatywne rozwiązanie. O dawne niekonsekwencje, przewinienia nie musimy się martwić, bo pamięć nasza zawiera się w sporej części w wyszukiwarkach, a te łaskawe są dla treści popularnych. W najgorszym razie zmieniamy pseudonim, komputer, jego adres i zaczynamy wszystko od nowa. Z carte blanche. Tak jak świadek koronny, który dostaje nową tożsamość.

Strach jest najgorszym doradcą. Jeśli zaczniecie się obawiać o to czy wasze słowo kogoś urazi, dotknie, jeśli pozwolicie sieciowym prawnikom – cwaniaczkom po wieczorowych kursach na uniwersytecie w Psiej Wólce dyktować warunki w blogoprzestrzeni, obudzicie się z ręką w nocniku. Dlatego trzeba stanowczo, acz z rozwagą, reagować na przemoc administracyjną. Bezpieczni będziecie, jeśli sami tak będziecie się czuć.
Wedle mnie, tworzenie grup dyskusyjnych, wspólnych blogów i forów, sprzyja swoistemu zacieśnianiu więzi. Wszak jest się wtedy długo z grupą i siłą rzeczy dochodzi do wymiany prywatnych i poufnych informacji o innych. I to w pewnym stopniu ogranicza i degeneruje takie forum. Dochodzi w nim do wymiany treści zaszyfrowanych, przeznaczonych jedynie dla jednej lub kilku osób. Konsekwencją tego zaś jest niezrozumienie przebiegu dyskusji przez innych, co z kolei blokuje pozostałych, będących nie na bieżąco albo tych całkiem niezorientowanych. Wtedy nadchodzi – często wspominana przeze mnie – faza plateau. Nikt nowy nie dojdzie do nas, nic ciekawego się już nie wydarzy, taka myśl nasuwa się posępnie.
Ważnym jest też inny aspekt: prawdy czy opinie ogólne, mogą być odbierane – w takich zamkniętych kręgach – jako sygnały personalne. Przykładowo napiszę: wszystkie kobiety w sieci są grube i mają brzydkie uzębienie. Jeśli poznałem którąś z kobiet, bliżej, czy to tylko via net czy realnie, może ona odebrać tę opinię ad personam. Że na podstawie jej przypadku, metodą indukcji logicznej, wysnułem ten wniosek. Jeśli ktoś jest przewrażliwiony na swoim punkcie, ma do mnie zaufanie, a ponadto uważa się za kogoś z kim moje kontakty są bogate, na nic zda się tłumaczenie, że to przypadek, żart czy prowokacja. Jeśli zatem zależy nam na utrzymywaniu tych kontaktów, na spójności i stabilności grupy dyskusyjnej, musimy zachować ostrożność. Choć grupa dyskusyjna to najpewniej przesadzone określenie. Chodzi bardziej o krąg towarzyski czy o towarzystwo z sieciowej kafejki. No i ta wspomniana przeze mnie powściągliwość może stać się uciążliwa. Będzie mnie zniechęcać, nakaże ważyć słowa do tego stopnia, bym nie był podejrzany choćby o niedyskrecję.
Innym, całkowicie różnym, aspektem jest element władzy. I tu napiszę o moich intencjach, motywach, które skłoniły mnie do rezygnacji z administrowania na blogu Poltergeistem666. Lubię tamtejsze towarzystwo, dobrze się tam czuję, ale uczucie przewagi nad innymi uczestnikami w dyskusji – z racji tego, że miałem tam pewną władzę – ciążyło mi. I nie ma tu znaczenia, że jako administratorzy nie stosowaliśmy żadnych sankcji wobec pozostałych komentatorów.
Wobec grupy, jeśli jestem jak tam w składzie redakcyjnym, czuję się również zobowiązany do wypełniania moich obowiązków. A ostatnio nie jestem nadto twórczy, stąd nie byłem w stanie wypełniać przynależnych mi obowiązków. Po cóż mam być w redakcji, skoro prawie wcale tam nie piszę. Moim zdaniem czymś takim zawodzę resztę, korzystam z przywilejów administratora, nie wypełniając jego obowiązków. Może i nawet pasożytuję na reszcie w pewien sposób.
Pewne znaczenie, z mojego punktu widzenia wcale niemałe, ma to, że dzięki paru aktywistom z Bloksa i Gazety.pl mam opinię sieciowego rynsztokowca i trolla. Tym samym mój kiepski wizerunek może szkodzić osobom kooperującym ze mną. Likwidacja Cyca, forum Zawróceni w Czacie, blokady znajdujących się w mej wirtualnej bliskości loginów na Wykopie, Blipie, obsrywanie ich tam. Uporczywe, drobnomieszczańskie i maglowe donosy Olsa i chwilowa blokada loginów związanych z Wprost na WordPressie. Przykłady mógłbym mnożyć, część moich żali jest tu wypłakana na tym blogu. A ja sobie chcę popłakać i nie mam ochoty bywać w towarzystwie, które popiera takową cenzurę i magiel konfidencki w wykonaniu gazetowych Kup z Blipa i Wykopu. Ale mam też świadomość, że wypisując swoje żale narażałem też Poltergeista na ewentualne sankcje, co było – w pewnym sensie – nie fair. Po doświadczeniach jakich doznałem, nie są to bezpodstawne obawy. Rozumiem, że dla innych nudne, schematyczne i wręcz durne.
Oczywiście na Polterze będę pisał, rozmawiał, ale już bez tej presji wypełniania przypisanej mi szpalty redakcyjnej. Zawsze chętnie tam pogadam, o ile będę miał coś do powiedzenia albo nastrój na komplementy czy połów leszcza.
Nigdy nie piszę o tym czy mam czas, czy też nie. Przecież to widać i czuć. Jeśli mniej się udzielam, mam mniej czasu albo ochoty na blogopisanie. To chyba proste, więc po cóż informować o tym czytających?
Takie przetasowania, zmiany, paradoksalnie dobrze świadczą o ludziach tworzących miejsca w sieci. Bo to sygnał, że mamy do czynienia z indywidualistami, ludźmi nieprzeciętnymi, stąd nieco kapryśnymi. Choć jak wiadomo, czytelnik woli stabilizację, przewidywalność i bezpieczeństwo. Takie, choćby krótkotrwałe, stworzenie ciekawej grupy jest sukcesem. A wielu z Was brało udział w takich przedsięwzięciach, w których i ja miałem zaszczyt uczestniczyć. Sam mam zwariowaną i spiskową teorię internetowych dziejów i sądzę, że co duże, popularne, a za tym opiniotwórcze, zagraża władzy i ta będzie się starać to udupić, skanalizować. Likwidowali mi czaty, fora i blogi nie dlatego, że były złe, wulgarne czy prowadziły działalność przestępczą, a z zazdrości, zawiści i w trosce o bezpieczeństwo i popyt na własne usługi administrujących. No, ale to są nudne teorie, na które mogę sobie pozwolić na własnym zadupiu, bez obaw, że kogoś narażę, urażę czy znudzę. Bo przecież na tym blogu ja jestem dla mnie najważniejszy.
Aha i zapomniałem o tytule, który jak wiadomo sugeruje, że klient w krawacie jest mniej awanturujący się, ale i przez to bardziej sztywny. Poluzowany krawat jest na pewno idealnym kompromisem.
proces7
Galerianki z dworca Zoo i pianiści
Wbrew pozorom, sprawa Romana Polańskiego będzie mieć swe moralne, etyczne i – być może nawet – prawne następstwa. Przecież Lokator mógł iść w zaparte, zmienić zeznania, powiedzieć, że do niczego jednak wówczas nie doszło. Wielu polityków tak czyni. Idą w zaparte i już. Przykłady znacie. Skoro prezydentowi Billowi Clintonowi udało się wykluczyć seks oralny z relacji seksualnych w pełnym sensie, być może i seks analny będzie kiedyś w ten sposób zrelatywizowany. Wszakże taki rodzaj seksu nie grozi ciążą. No i kobieta nie traci dziewictwa podczas takiej penetracji. Zresztą – powiedzmy sobie szczerze – małolaty robią chłopakom loda i nie jest przez nich traktowane jako coś zobowiązującego. Ułatwieniem jest brak zagrożenia niechcianą ciążą i związany z tym brak potrzeby antykoncepcji. Przy innego rodzaju pieszczotach czy formach relacji seksualnych, kobieta pozostaje dziewicą. W zamierzchłych i wymarłych kulturach było to nawet wymagane od kobiety, cnotę traciła w noc poślubną. A każda inna forma zbliżenia – poza klasyczną – pozwalała jej owe dziewictwo zachować i nie musiała się przed mężem tłumaczyć.
Tak sobie myślę, że gdyby Polańskiego uniewinniono, wielu znanych artystów, polityków mogłoby dokonać tego typu coming outu. Przyznać się do takowych relacji z przeszłości. Przypomnijcie sobie, ci którzy jeszcze pamiętają i żyją, jak to w naszym dzieciństwie czy młodości homoseksualizm nie był społecznie akceptowany. Wiele bram towarzyskich pozostawało zamknięte dla gejów. Dlatego musieli się z tym ukrywać. Stopniowe oswajanie tematu, ujawnianie własnych upodobań seksualnych przez znanych i sławnych ludzi, rozmiękczyło sprawę, oswoiło i ujarzmiło poglądy społeczne, i dziś, w wielu kręgach, bycie gejem jest nawet trendy czy tam jazzy. Ale na to trzeba było wielowiekowej ewolucji w naszym myśleniu.
Doskonale też pamiętam czasy, kiedy byłem w wieku ofiary gwałtu twórcy “Noża w wodzie”, no może ciut starszy, wiele rzeczy było dozwolonych, w zasadzie wszystko, co nie groziło ciążą. Kiedy byłem młody, a było to cholernie dawno, antykoncepcja nie była tak popularna jak dziś.
Ponadto, zbiegiem okoliczności dochodzi do całej tej – rozszerzonej już przecież – dyskusji niedawna prezentacja filmu “Galerianki” Katarzyny Rosłaniec. Cudo kinematografii to nie jest, ale otwiera pewien problem, który z pewnością spowoduje szereg dyskusji. Rozmów, przykładów, odwołań, które z pewnością zmienią, zmodyfikują, o ile nie zrewolucjonizują, nasze poglądy na tę kwestię. Na pewno rozszerzą perspektywę.
Przyznam, że temat dziewczyn z centrów handlowych jest dla mnie nowy, dowiedziałem się o nim z mediów. Być może dlatego, że nie bywam w galeriach, a jeśli już bywam, to tak marzę, żeby się stamtąd wydostać, że nie zwracam uwagi na kręcące się tam laski. Znam się świetnie na burdelach, jestem wybitnym ekspertem w sprawach prostytucji, co kiedyś wam niezbicie wykażę, ale o tym galeriańskim procederze do niedawna nie miałem zielonego pojęcia. Jest to oczywiście świetna reklama dla wszelakich centrów handlowych, bo nawet taki odporny na reklamę i nowoczesne trendy beton jak ja, odwiedzę parę galerii i być może zakupię nieco świecidełek i gadżetów. Skoro Polański mógł, a nawet go to zainspirowało do dalszej, wspaniałej notabene, twórczości, to i ja spróbuję.
O galeriankach dowiedziałem się relatywnie niedawno, ale oba przypadki, ten twórcy “Pianisty” jak i dziewczyn z galerii, pozostają dla mnie w ścisłym związku.
I od razu przywołują w pamięci, doskonały niemiecki film “Wir Kinder vom Bahnhof Zoo” (My dzieci z dworca Zoo, historia Christiane F). Film zrobił Ulrich Edel w 1981 na podstawie książki pod tym samym tytułem. A historię spisali dziennikarze “Sterna”, na podstawie zapisów magnetofonowych z Christiane F. (Christiane Vera Felscherinow).

My, dzieci z dworca Zoo
Tam wprawdzie problem jest poważniejszy, bo dotyka kwestii prostytucji nieletnich narkomanów, którzy są zmuszeni przez nałóg do świadczenia usług seksualnych za pieniądze.
Dwa kadry z filmu “My, dzieci z dworca Zoo”

Film prawie tak stary jak grzech Polańskiego, ale naprawdę polecam, a szczególnie tym, którzy mają dzieci w nastoletnim wieku. Zdobądźcie dla swoich pociech ten film, a nie pożałujecie. Sami też przy okazji obejrzyjcie. Możliwe, że dzięki temu, wspomnianemu przeze mnie, obrazowi, unikniecie wielogodzinnych pogadanek moralizujących ze swoimi dziećmi, a będziecie mieć czas na szperanie w blogoprzestrzeni. Jakże cenny czas. Pewne sprawy wam się powiążą zespolą, odnajdziecie nowe konteksty.
Na pewno też zmienicie perspektywę w spojrzeniu na Galerianki oraz nieszczęsny przypadek (curious case) Romana Polańskiego.
proces7
Nieklasyczne gry medialne
Pisanie otwartego pamiętnika, akces w blogoprzestrzeni czy też tworzenie nieklasycznych mediów. Jakkolwiek to nazwać, wszystko to ma nas uratować przed codziennością. Codzienność, powszedniość, przeciętność to okropności, potworności, które są najgorsze ze wszystkich przykrości, jakich doświadczamy.
Kiedy wspomniałem o “nieklasycznych mediach”, pewnie jakoś ułamkowo i podświadomie, próbowałem zdefiniować medium jakim jest Internet. Bo cała reszta to klasyka. Czytaj resztę wpisu »
Nie klikam w reklamy na blogach
A pojawiło się tego sporo, niczym grzybów po deszczu. Cena będzie spadać, a i sporo robaczywych też się trafi.
Jeszcze nie tak dawno, kiedy blogopisanie pochłaniało mnie w znacznym stopniu, zastanawiałem się – pewnie inni blogopisacze też to czynią – jak pisać. Czy robić to regularnie bez względu na to czy mam coś do opowiedzenia? Używać chodliwych i miłych wyszukiwarkom fraz by pozyskać wysoką pozycję, która dawałaby złudną satysfakcję, że jestem chętnie czytany? Przyjemność iluzoryczna, ale jednak miłe uczucie. Choć już dziś dla mnie to obojętne. Czytaj resztę wpisu »
Cyberseks
Kiedyś, dawno temu, oglądałem w niemieckiej telewizji program o pilotach myśliwców. Było tam kilka historii o latających chłopakach, ich życiu. Jednak te samoloty robiły nieco huku, chroniąc bezpieczeństwa Republiki Federalnej. Więc obywatele protestowali. Generalnie wywalczyli to, że samoloty te latały rzadziej nocą i na wyższych pułapach. Osiągnięto kompromis i punkt równowagi pomiędzy skutecznością obrony powietrznej kraju, a spokojem mieszkańców niemieckich miast. Czytaj resztę wpisu »
Scenki z sieciowych seriali
Miałem dziesiątki, może nawet setki przeróżnych wirtualnych romansów i naprawdę, tylko nieliczne kończyły się jakimś spotkaniem. Na palcach jednej ręki przedwojennego drwala można takie przypadki wyliczyć.
W zasadzie to na czaty kobiety przychodzą tylko flirtować, rzadziej szukają jakiegoś przygodnego seksu czy uczucia. Te sprawy są dla mnie jakby nadal wirtualne, bo nawet, gdy dochodziło między taką kobietą a mną do jakichś intymności, zawsze mówiły mi, z łzami w oczach: proces, jesteś cudowny. Nawet jak wyznawały mi miłość, to mówiły: proces, kocham cię. Żadna nie używała mojego imienia, które przecież mam całkiem fajne. Czytaj resztę wpisu »
Redaktor cenzor i seks sprzedaje
Portal Gazeta.pl ma na pierwszej stronie, zwanej przez wtajemniczonych jedynką taką rubrykę Blogi: Blox.pl. Znajdują się tam teksty z blogów, które wyspecjalizowani Redaktorzy Internetu Gazety polecają do przeczytania masom. Polecają, jak wiadomo, notki najlepsze, pełne wdzięku i finezji. Wyjątkowe: Czytaj resztę wpisu »
Teleecha Turnieju Blogowego
Miałem napisać, jeszcze przed konkursem Onet.pl taki mały poradnik: jak pozyskać esemesy na swój blog w Konkursie na Blog Roku 2008. Ale nie napisałem i zrobiłem błąd. Dla tej gry potrzebna jest stosowna taktyka, bo jednak zawsze to złotówka netto.
Nie to co w konkursie Wiadomości24, tam można głosować mailem. Ile masz maili – tyle masz głosów. A poczta jest w wielu serwisach darmowa. Więc wystarczy wyprodukować stosowną ilość kont pocztowych i oddać na siebie głosy. Wyklikać sobie odpowiednią, premiowaną pozycję.
Jeśli ktoś z Was wierzy, że można było dostać więcej niż kilkanaście SMS i zakwalifikować się do ocenianej grupy blogów w konkursie Onetu bez dodatkowych “machlojek” – jest głąbem. Ktoś kto ma paru znajomych czytelników, komentatorów, a nigdy, nawet przypadkiem, błądząc po sieci, nie wstrzeliliście się w jego blog, nie dostanie więcej niż parę esemesów. Nie wierzcie w cudowność i wyjątkowość blogów, które nagle się objawiły, bo ludzie je kochają i podziwiają. Głosy trzeba sobie wyrąbać siekierą. Ale ciągle się waham czy opowiadać o tym jak to zrobić. Czytaj resztę wpisu »
Gry blogowe
Nazywam te zabawy, tę formę taniej, wręcz burleskowej rozrywki, grami blogowymi. Zdaję sobie sprawę z faktu, że niewiele one mają wspólnego z grą, bo przecież gra daje rezultat, a rzadziej pozostaje nierozstrzygnięta. Gry blogowe z góry skazane są na brak obiektywnego – a raczej intersubiektywnego, ustalonego między graczami na wstępie – wyniku. Każda ze stron ustali ten wynik arbitralnie. Więc po co grać?
Mogłoby to być i kształcące, ale w treściach, bo w formach gry: strategiach i taktykach nie wymyśliłem jeszcze nic innego, czego nie wymyśliliby pokerzyści. Ale doskonale rozumiem, że dla kogoś nieobeznanego z grą, może to być odkrywcze. Dla mentalnego gracza, nie jest to zajmujące, może służyć raczej popisom, pokazom. Uważam się za naturalnego gracza, stąd muszę bardzo się starać i kontrolować by nie grać. I nie dziwią mnie odkrycia innych, którzy uważają się za graczy, tworząc własne, bardzo doraźne reguły. By dojść na przykład do konkluzji, że kanclerz wcale nie był z żelaza, a kurtyna też nie była żelazną. Ba! Ona nawet nie była kurtyną w żadnym sensie. Czytaj resztę wpisu »
Być jak Kamil Durczok
Wizerunek Jana Marysi Rokity przedstawiony na lotnisku w przepięknym mieście spiskowców, terrorystów i BMW, bardzo mi się spodobał i w zupełności pokrywa on się z tym co prezentuje Premier z Krakowa w życiu politycznym. A raczej: prezentował. Premier czy polityk ma taki właśnie być. Oszczędny, a za niewielkie pieniądze ma próbować wydębić jak najwięcej. I, jak to słusznie czynił pan Rokita, doimy grubasów, nigdy golasów. Oznacza to w skrócie, że na wczasach w Egipcie czy Kubie rozdajemy napiwki, sypiamy w najlepszych hotelach, a w Niemczech czy Holandii skubiemy ile się da.
Kundelki, które nie dorastają do pięt Rokicie, bluzgają na niego i jego uroczą małżonkę. Ale powiedzcie szczerze: Czyż nie o takich polityków nam chodzi? Żeby wykłócili się o jak najwięcej za jak najmniejsze pieniądze? Jest skąpy, nie jest rozrzutny, ale czyż to przywara polityka? Nawet nie wiem czy czasem nie istnieją jakieś korelacje mówiące o tym, że im skąpsze i skromniejsze mamy rządy, tym żyje nam się lepiej. Od jeżdżenia klasą biznes i szastania forsą są obywatele, rządzący mają wykombinować tę kasę. Gdyby latał pierwszą czy biznesową klasą, dopiero by te same pieski szczekały, jak to polityczne nieroby mają dobrze. Oni zawsze będą szczekać, tylko trzeba ich stosownie naoliwić. A państwo Rokitowie naoliwili te krasnale ogrodowe. Krasnale, które chcą się przypodobać importerom polskich krasnali ogrodowych. U Rokity ten wizerunek medialny się zgadza, pokrywa się z jego prywatnością. Czytaj resztę wpisu »
Zamach w Monachium
Obiecywałem sobie, że nie będę zajmował się tematyką właściwą dla pism plotkarskich i innego typu brukowców. I nawet widzę, że żaden blogopisacz czy publicysta, który chce być poważnie traktowany, a nie strugać błazna, nie pisze o sprawie zamachu monachijskiego. No bo powiedzmy sobie szczerze, to tematyka plotkarska, nadająca się do pism dla gospodyń domowych i innych duperelowatych miejsc. Mam złe mniemanie o tych, którzy piszą cokolwiek na ten temat. Poza serwisami informacyjnymi i pudelkopodobnymi. Ale nic to, zeszmacę się trochę i wypowiem się w tym temacie. Czytaj resztę wpisu »
Skutery zostały rozdane
Członkowie Wielkiej Kapituły Onetu, składającej się notabene z osobowości, wyznaczyli zwycięzców poszczególnych kategorii konkursowych w dorocznym konkursie na Blog Roku. Czytaj resztę wpisu »
Ja wam już nic nie pokażę
Długo nie pisałem, bo byłem załamany moją sromotną porażką w konkursie na Blog Roku. Nie zakwalifikowałem się do dalszej gry w tym turnieju, niestety. Co mnie przybiło, by nie rzec – zdruzgotało.
Przypomnę, że w ubiegłym roku, z moim blogiem Qui penis aquam turbat, wprawdzie wygrałem nagrodę Internautów, ale do dalszej gry również się nie zakwalifikowałem. Czyli tak jak w tym roku jak i w ubiegłym, żaden mój blog nie znalazł się w trzydziestce nominowanych.
Jasne, że znajdą się tacy, którzy będą mnie pocieszać, ale ja w przypadki nie wierzę. Przez dwa lata z rzędu moje pisanie nie zostało dostrzeżone przez jurorów.
Mało tego, mam ten zwycięski blog w Bloksie i -mimo iż miał swoje pięć minut popularności – nigdy nie był on dostrzeżony przez redakcję Gazety.pl i wstawiony na stronę główną. A blogów takich codziennie wstawia się cztery, więc i rotacja jest spora. Powiedzmy, że intensywnie i w miarę regularnie prowadzę tamten blog około 600 dni, co daje 2400 szans na reklamę. Gdybym dobrze pisał, wstawiliby mnie.
Z początku byłem wkurzony, nosiłem się z zamiarem skasowania wszystkiego w diabły i odpuszczenie sobie prowadzenia blogasków. To kupa siermiężnej roboty, jak rąbanie siekierą, a te rozmowy tu to tylko właśnie takie gadanie przy wyrębie lasu. Problem w tym, że ja wycinam nie ten las co trzeba.
Jestem i byłem zaangażowany w kilka tych różnych blogów, a efekty żadne. Literatem czy dziennikarzem albo jakimś redaktorem Internetu nigdy nie będę i trzeba to przyjąć z pokorą i zadumą.
Mógłbym to porównać do fascynacji sportem. Kiedy byłem młodym chłopakiem, inaczej patrzyłem na piłkę czy inne dyscypliny, bo ja teoretycznie jeszcze mogłem być tacy jak kopiące chłopaki, dziś spojrzenie jest inne, bo część tych sportowców jest w tym wieku, że mogliby być moimi dziećmi.
No to jakiż sens tego pisania bloga? Nie chcę nikogo przekonywać do moich poglądów, nie mam nic na sprzedaż, co mógłbym Wam polecać i na tym zarabiać. W nosie mam to jakie produkty kupujecie, na kogo głosujecie i co czytacie, oglądacie, lubicie.
Cóż na takim blogu można sobie wyklikać? Wyblogować? Sławę? Dla pseudonimu bez twarzy? Babę do seksu? Miłość?
Wpadłem nawet na pomysł, żeby tak jak taki jeden, zrobić tu na blogu bezpośrednią transmisję z mojego samobójstwa. W czasie trwania jakiejś uroczystej gali w Onecie i wręczania nagród. Problem był taki, że nigdy nie dowiedziałbym się co miało większą oglądalność. Gala z wręczenia nagród na Blog Roku czy moje samobójstwo? Myślałem o transmisji i potem retransmisji z tego mojego samobójstwa, ale wyszło mi na to, że najpierw musiałaby być retransmisja, a potem transmisja.
Oczywiście miałem plan. Miało być tak jak w ważnej walce bokserskiej. Najpierw jacyś drobni lansujący się sportowcy i cały ten cyrk reklamowy przed główną walką.
Dla mnie oznaczałoby to, że zajebałbym kilka zakupionych wcześniej pacynek, żeby trochę podkręcić atmosferę. Może jakiegoś króliczka, chomika, rybki z akwarium, kota?
Pisałem do takiego jednego brzuchopierdoły i zapytałem go w liście: jak sfilmować własne samobójstwo, bo ja w tych technicznych sprawach – mimo że jestem inżynierem – cienki jestem. Ale nie odpisał. Może nie żyje?
Nie chcę wykonywać gwałtownych ruchów, ale czas pomyśleć nad zmianami, na które czas nadszedł. I to nie jakimiś półśrodkami typu: redukcja akcesu w blogosferze, wywalenie w kosmos treści i blogów.
Mam z tym problem, bo uważam się za najmądrzejszego, więc rad innych nie posłucham. Zresztą w sieci to wiecie jak jest, gdybym czytał i brał do siebie te wszystkie opinie o mnie i rady dla mnie, to musiałbym już dawno się powiesić. Się albo przynajmniej jakąś pacynkę.
Porażki mnie deprymują, przygnębiają, wpędzają w długotrwałe melancholie. Nie kryłem nigdy, że jestem znacząco zaangażowany w to życie wirtualne, blogopisanie, więc mi najzwyczajniej źle. Smutno i źle i nie wiem co dalej.
Tak spojrzałem w te stare wpisy, moje notatki i myślę sobie, że wszystko to chłam, szmelc i kicz. Stracony czas. I nie widzę żadnego światełka w tunelu, jakiejś jasnej strony. Nic mi te lata blogopisania nie dały, nic nie wniosły czy zmieniły w mym życiu. Jeśli coś zobaczyłem inaczej, to na pewno gorzej. I jutro też będzie jeszcze gorzej. Nie chce mi się uśmiechać do monitora, już dawno od tego odwykłem.
proces7