Archiwum kategorii ‘Gościnne Impresje’
Koleje Świąteczne
Miia wysłała mi specjalną kartkę przeznaczoną dla Was.
Wszystkiego co najlepsze:)

Hania i Mikołaj
Hania stworzyła dla Was impresję symbolizującą dzień Świętego Mikołaja w Lokomotywie.
Na rysunku widać rogacza, który przynosi prezenty, a kobiety- Lokomotywianki zgarniają łupy i udają się na czat. Odwracając się do darczyńcy tyłkami.
Hania prosiła mnie, bym absolutnie nie pytał Was, czy rysunki się podobają. Więc proszę bez komentarzy zawierających ocenę rysunku hani, bo o gustach się nie dyskutuje. A na pewno nie szóstego grudnia.
Nawet sam rogacz jest prezentem, z tego co widzę. Przykre, że Lokomotywianki nie umieją same upolować renifera, ani karibu z Alaski.

Gra w klasy według hani
Ta cała „walka klasowa” zdaje mi się być dziś jakimś nieporozumieniem bądź też zgoła paradoksem. Bo przecież wychodzimy wszyscy z założenia i zgadzamy się ze stwierdzeniem, że czat to zło, prawda?
Któż będzie posiadał klasę pośród meneli, jeśli wartościujemy tę klasę wedle ich logiki i moralności? Dla alkoholika ma klasę inny alkoholik, bo w obrębie tego środowiska się poruszamy. Dla rabusia ten, który pewnie więcej zrobił rozbojów.
Chyba, że pod pojęciem posiadania „klasy na czacie”, rozumiemy brak banów na swoim koncie, znajomość regulaminów, umiejętność dyskusji z innymi czatującymi palantami, jak i również administracją. Tyle, że skoro wychodzimy z założenia, że sam pobyt na czacie świadczy już o braku klasy u realnego faceta, to jedynym dowodem na posiadanie klasy, może być rezygnacja z czata w ogóle.
Nie może mieć klasy ktoś, kto jest uzależniony i z tym uzależnieniem bezskutecznie walczy. Alkoholik, który przestał pić, osiągnął ledwie poziom zerowy czy neutralny, choć i tu jestem sceptyczny.
Skoro czat to zło, to chlubienie się znajomością picia czy sztuki matactwa, jest co najmniej głupie w kontekście pojęcia „facet z klasą”.
A hania Lokomotywianka widzi to tak:

Gauleiter uSSe
!use, moonn@tlen.pl, Angus to produkt zakupiony dla pokoju „Po 40-tce” przez trójkę sjuperjuzerów: Naptora, Wiko® i Navisiona. Miia była łaskawa przedstawić obecną sytuację w pokoju ilustracją, którą Państwo dzięki jej talentowi możecie obejrzeć. Fioletowe, faszystowskie koszule dały Wam, „40-tkom” swojego gauleitera, opatrzonego znakiem firmowym:
Copyright by Navision & silence © 2006 || WIKO ® © 2006
Dostaliście tego ćwierćinteligenta, szaleńca i człowieka opętanego fobiami. Przyjęliście to z pokorą, bo dziś ludzie dają się spętać w kajdany, pozwalają zabrać sobie kawał wolności, by uzyskać iluzoryczne: spokój i bezpieczeństwo. To też wybór. Ale i proces ma prawo wybierać i on Wami gardzi, drwi z Waszej słabości i miernoty. A miia pięknie rysuje.
Proszę:

*
Zespół Toksycznej Leguminy [ impression by miia]
„Być” wymaga rezygnacji z egocentryzmu i egoizmu, mówiąc zaś słowami mistyków, wymaga „pustki” i „ubóstwa” –
Erich Fromm
Opiszę tu zespół cech, który nazwę na własne potrzeby zespołem toksycznej leguminy. W świecie netu, czatów – osobnicy z tym właśnie zespołem charakteryzują się podobnymi mechanizmami działania, cechami osobniczymi i metodami na tworzenie interpersonalnych kontaktów.
Pierwszy z nich to niezwykle umiejętne budowanie poczucia winy. Jak wiadomo, pozakonstruktywnym aspektem poczucia winy, które skłaniać nas może do zmiany zachowania i szukania przebaczenia, istnieje też aspekt destrukcyjny, który może rodzić zahamowania, czyniący nasze życie nieznośnym.
Jak najprościej uzyskać poczucie winy na czacie? – Należy wejść w poufały kontakt z ofiarą,nawiązać „tajemną” nić porozumienia, sprawić wrażenie, że ofiara jest wybranym spośród milionów nickiem. Obdarzyć ją zaufaniem, wyróżnić, dopieszczać,zwierzać się z problemów wirtualnych i realnych, przeplatając to wszystko czułością, ciepłem i flirtem. Następnie należy ofiarę całkowicie odciąć odkontaktów, nie zauważać, ignorować. Zapytanym – twierdzić, że nic się między wami nie zmieniło. Kiedy ofiara osiągnie już odpowiedni stopień rozgoryczenia odrzuceniem i nie powstrzyma się od komentarza- bez pardonu wypierdolić z kontaktów. Ofiara pozostaje zdezorientowana i przepełniona poczuciem winy. Efekt zostaje osiągnięty.
Druga ważna cecha pozwalająca zostać toksyczną leguminą, to monopol na przyzwoitość. Nierozwodząc się nad tym zbytnio dodam tylko, że monopol na przyzwoitość osiąga się : nie przeklinając, oburzając się, dziwiąc się chamstwu i manipulacjom przy jednoczesnym rozgrzeszaniu niepokornego nicka. Niezwykle istotne jest tu wybaczanie, które automatycznie stawia leguminę wyżej w hierarchii etycznej wartości. Wybaczanie i zrozumienie dla ułomności stawia leguminę na piedestale moralności, czyniąc z niej pomnik,ikonę, symbol prawości i cnót.
Chciwość mentalna- czynnik wręcz niezbędny dospełnienia warunków toksyczności. Chciwość ta nie zna granicy nasycenia, ponieważ konsumpcja niejest w stanie wypełnić wewnętrznej pustki, znudzenia, samotności i stanów depresyjnych. Kolekcjonowanie ofiar w postaci coraz to nowych „zaufanych” nicków, więcej i więcej, jest niejako obroną egzystencji przed zagrożeniem ową pustką. Oczywiście, gromadzenie powoduje agresjęzawistnych sąsiadów, zatem należy przed takim atakiem się zabezpieczyć. Prewencyjna agresja jest tu pewnym rozwiązaniem.
Rzecz jasna, owo neurotyczne gromadzenie dóbr w postaci coraz to nowych znajomości ma charakter instrumentalny, dlatego wyrzucanie na śmietnik nicków już „zużytych” nie stanowi problemu, gdyż na jego miejsce pojawiają się kolejne, które można z łatwością oplątać dobrodusznością w stylu Brygidy Pian (obłudnej bohaterki „Faryzeuszki” Francois Mauriac).
I ostatnie – monopol na wrażliwość. Założeniem jest tu teza, iż wszyscy poza leguminą są wrażliwości pozbawieni. Ich sarkazm,cynizm, prowokacje, żarty, rubaszny sposób bycia, prostota – jest dowodem tylko potwierdzającym tę tezę. Wrażliwość demonstrować należy za pomocą dąsów, migren, trzaskania drzwiami oraz częstych zmian tożsamości wirtualnej, gdyż, jak wiadomo, jeden nick nie zniósłby tego ogromu cierpień, jakie niosą ze sobą czatowe kontakty z niewrażliwymi.
Niezależność, wolność i zdolność do krytycznego rozumowania, rozwój, spontaniczna ekspresja samego siebie, przekraczanie ograniczonego więzienia własnego, dawanie – jest dla toksycznej leguminy niemożliwe, gdyż z definicji nastawiona jest na branie. Karmi się poszukiwaniem bezpieczeństwa i tożsamości, kurczowo czepiając się posiadanych rzeczy, by potem, zużyte wyrzucić na śmietnik historii.
Lęk trawi życie leguminy i jest siłą sprawczą jej bytu.
Pamięci ofiar Przewrażliwionych Czatusiów.
miia
Przygarniamy- impresje według miia i pokera
Niezwykle poruszyła mnie historia Twardzioszka, małego jerzyka z wróblowatych ( z TYCH wróblowatych), który na swoje gościnne łono przyjął jeden z Chyżopiórych. Uważam, że my, Lokomotywianie, nie powinniśmy pozostawać bezczynni wobec tak postawionego wyzwania. Szanowny Szarm swą opieką nad ptakiem rzucił nam niejako w Twarz zarzut o bezduszności! Zatem zwracam się do wszystkich czułych na krzywdę nicków, aby przygarniali bezdomne zwierzęta. Przygarnijmy strusia, żyrafę, hienę lub nosorożca! Nie pozostawajmy bierni, to nasze być albo nie być. Bądźmy miłosierni i ekologiczni, idźmy z duchem czasu. I nie będzie inteligencki jakiś jerzyk pluł nam w poczucie przyzwoitości! Nasze zwierzęta niech będą duże, umięśnione i muskularne! Niech polecą lub pobiegną, chyżodziobe, chyżokopytne, lub chyżopłetwe nie na sąsiednie podwórko, o nie! Niechaj wzlecą, na Grenlandię, na Madagaskar! Nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa !Naszym hasłem : PRZYGARNIAJ BEZ ŻENADY!!!
Chyżodzioby Zenon.
Znalazłam go wczoraj na wycieraczce. Nie wyglądał zbyt dobrze, oblepiony jakąś mazistą substancją, z nieświeżym oddechem i sinym dziobem. Podkrążone gałki oczne wskazywały na silne przeżycia ostatnich dni. Nie mógł samodzielnie ustać na chwiejnych nogach, musiałam więc, zatykając nos klamerką od bielizny chwycić go pod przepocone skrzydła i zawlec do łazienki. Po dokładnej ablucji, łącznie z piłowaniem pazurów i goleniu zawszonej głowy, postanowiłam go nakarmić. Wzrok miał jeszcze błędny ale pożądliwie wyciągał szyję w kierunku miski. Zanim jednak zajrzałam do internetu, aby dowiedzieć się, co jadają marabuty, podałam mu brokuła z wody i dwa sojowe kotleciki. Nie chciał tknąć, musiałam więc wpychać pożywienie do dzioba przy pomocy tłuczka do ziemniaków. Mój marabucik, którego pieszczotliwie nazwałam Chyżodziobym Zenonem czkał i przewracał oczami. Nie sądziłam, że przeżyje. Dzwoniłam do ZOO i do rozmaitych stowarzyszeń z prośbą o pomoc w opiece nad ptaszkiem, jednak nie chcieli go przyjąć. Poradzono mi włożenie ptaka do rozporka, albo podrzucenie sąsiadce, która działa w towarzystwie opieki nad zwierzętami. Postanowiłam jednak działać sama. W internecie znalazłam instrukcję karmienia marabutów i karmię. Mój ptaszek zaczął wcinać i domagać się więcej. Teraz karmię go co pięć minut zdechłymi kotami, które uprzejmy gospodarz domu raczy mi przynieść w zamian za dyskrecję dotyczącą jego przekrętów związanych z materiałami budowlanymi podkradanymi z piaskownicy. Składniki mieszanki gdyby komuś wpadło pisklę marabuta na wycieraczkę:- dwa nieżywe koty dziennie ( tygodniowe, dojrzałe)- 8 szczurów z piwnicy, ubitych kijem, nie strychniną- kilogram amfy – dwie butle denaturatu- olej rycynowy A tak wygląda Zenon:

- story by poker:
Mikun
Żeby nie być wulgarnym, przyczepił się (właściwie się dopieprzył) do mnie onegdaj, malutki i śliczny koteczek”… Właściwie, nie lubię gadziny w domu, ale cóż miałem począć. Zabrałem stworzenie ze sobą. Pobiegałem po znajomych, popytałem. Jakież było moje zdziwienie, gdy stwierdzono autorytatywnie, że to kot, rasy Maine Coony (czytaj fonetycznie: mikun). Pomyślałem…”pięknym brunecikiem z Alaski będziesz kiciu, gdy dorośniesz”. Postanowiłem go hodować. Poczytałem o gadzinie…Czego tam też nie wypisywano: wyróżnia go charakter będący przedziwną mieszaniną subtelności, wdzięku, inteligencji i fascynującej dzikości, przywiązuje się zwykle do jednej osoby i ją właśnie obdarza całym bogactwem swych uczuć. Maine coony ma ciekawską, rozrywkową i nieco lekkomyślną naturę, która często przejawia się w specyficzny sposób. Osoby, które nie znają kocich zwyczajów, mogą postrzegać ich zachowania jako niezwykłe i niezrozumiałe, a wręcz zarozumiałe. Jednak dla doświadczonego obserwatora kotów właśnie rozliczne dziwactwa tych zwierząt znamionują ich normalność. Jeżeli jakieś zachowania w sposób szczególny uprzykrzają życie domownikom, warto podjąć próbę ich zmiany lub eliminacji. Oduczanie kota robienia czegoś, co sprawia nam kłopot, powinno być poprzedzone kontrolą stanu jego zdrowia, gdyż tam może leżeć przyczyna “złego” nawyku. Jednak, przeraził mnie odmiennej natury problem jakim jest spryskiwanie terytorium moczem. Starałem się dziada trzymać z daleka od mebli i dywanów, myślałem nawet o sterylizacji, podobno wtedy samiec nie oznacza swojego terenu. Udało mi się poskromić jego zapędy ku temu. Pasłem go czym chciał, głównie, uwielbiał nienawiść, szyderstwo, chamstwo i cynizm z domieszką głupoty in statu nascendi. Jakież było moje zdumienie, gdy z tego ślicznego maluszka wrosło takie coś, które widzimy na kapeluszu syna sąsiadów. A niech to diabli - pomyślałem rozczarowany… Toż to jakiś… naleśnik psiach mać! No cóż, bajka o lisku z Małego Księcia, “trzeba być odpowiedzialnym, za coś co się oswoiło”.
Pasztety Urlopowo
czyli pocztówka od miia
miia była łaskawa narysować coś dla nas. Przesyłkę właśnie odebrałem od Katji, która jest w kontakcie z Silną Grupą Wczasową Lokomotywy, przebywającą w Pensjonacie pod Czarującym Pasztetem.
Hania i jej czatowe impresje
_________________________
Hania była łaskawa zilustrować to, jak sobie wyobraża czatowe życie. Oczywiście, ja jestem w epicentrum, tak jak to wygląda w rzeczywistości czatowej.Dziękuję Haniu bardzo i jest mi niezmiernie miło promować nowy talent czatowy, tu na blogu.Tytuł dam, jak wymyślę, a jak nie wymyślę, to nie dam.
Sarka o mnie i dla mnie
Procesowa strona zaprasza cię ładnie
Nie zdziw się, gdy w progu coś na łeb ci spadnie
Pisz tu w dzień powszedni, pisz i przy niedzieli
A za każdy wpisik Proc cię opierdzieli
Gdy już opierdzieli to podziękuj ładnie
Może i przy wyjściu coś na łeb ci spadnie :)))
Wiersz napisała dla mnie sarka 16 maja 2006 roku.
Dziekuję Ci bardzo, sarko.
proc
Zojka
Zojka przeklinała real. Miała słabość do owłosionych dup, a te najczęściej należały do brutalnych, owłosionych rąk. Nie jeden raz musiała sobie robić okłady z lodu, bo naturę miała krewką i trudno jej było tak zupełnie się podporządkować, a najtrudniej trzymać język za zębami. Może miała pecha, ale zauważyła dziwną zależność: im więcej włosów na dupie, tym mniejszy mózg.
Była taka inteligentna, oczytana, a w domu nie mogła tego eksponować, jej brunet bardzo nie lubił, kiedy się „wymądrzała".
-Kurwa!- myślała sobie nieraz- Już nigdy nie oddam się w łapy okłaczonego, tylko, kurwa, blondyn, z klatą gładziutką jak jajko.
Ale jej natura brała górę nad rozsądkiem i kolejnym mężczyzną w jej życiu zostawał znowu brutal. Cierpiała okrutnie, nie mogła się wykazać intelektualnie, okłaczonego nigdy nie interesowało, co ma do powiedzenia, musiała być cichutką skromną myszką. Prała śmierdzące skarpety i rozciągnięte gatki brutala, czekała na niego z dwudaniowym obiadem, podawała pilota i tłumaczyła tłukowi artykuły z Wyborczej.
Dobrze, że miała net i „mecenasa z kosą". Jak on ją rozumiał. Przegadali nie jedną noc. Kiedy kolega mąż wracał nad ranem z pracy, udawała, że właśnie wstała. „mecenas z kosą" znał ją, w przeciwieństwie do okłaczonego, doceniał jej intelekt, podzielał jej poglądy. Włóczyli się razem po necie jak najlepsi kumple. Razem rozrabiali, kłócili się i zaśmiewali do łez.
Taak, „mecenas" był jej najlepszym przyjacielem, zrobiłaby dla niego wszystko, nawet pokazałaby mu się w kamerce. To on uświadomił jej, że może błyszczeć intelektem, że może seksić w necie praktycznie z każdym, że to ona, Zojka, może rządzić okłaczonymi, a oni mają skakać wokół niej z różą w zębach. Póki co, wystarczała jej sama świadomość tego, że jest niezłą dupą, z niezłym potencjałem intelektualnym.
Jak już była w pełni szczęśliwa, w dzień głaskała okłaczoną dupę swego brutala, w nocy „mecenas" głaskał jej ego, stało się najgorsze: pokłóciła się strasznie z „mecenasem z kosą" i ten ją zostawił, odszedł z jej czatowego życia.
W dzień trudno było jej ukryć rozpacz. Okłaczony myśląc, że „zaszła" na stare lata, dał jej kasę na skrobankę, a sam, czując się winny, siedział po całych dniach w barze za rogiem. Nawet się nie pieklił, że skarpetki wczorajsze, sam prasował koszule, odkrył w sobie kulinarne talenty, chodził na palcach.
Zojka przestała gotować, krążyła po domu nieuczesana, w przybrudzonej podomce, skurczyła się w sobie. Po jakimś czasie otrząsnęła się, doszła do siebie. Oddała się Hazardowi, zaczęła wygrywać.
I wtedy los się do niej uśmiechnął, dostała robotę w redakcji.
-Teraz wam wszystkim, kurwa, pokażę- uśmiechnęła się tryumfalnie i napisała pierwszy artykuł.
Impresja Mel@nii- sprawy7
Dr Jeckyll Mr Hyde (by miia)
( z cyklu: Jednostki chorobowe)
Stado gołębi z furkotem odleciało spod nóg doktora, niczym wielka biała chmura wznosząca się ku błękitnemu niebu. Na kościelnej wieży dzwon wybijał osiemnastą godzinę popołudniowego nabożeństwa. Doktor minął kilka staruszek, które plotkując, zmierzały do kościoła w swych beżowych prochowcach. Po bruku, turkocząc, przejechał jasnowłosy chłopiec na swym skrzypiącym rowerku. Doktor przechodząc, poczochrał go po główce, uśmiechając się z rozrzewnieniem. W zeszłym tygodniu opatrywał mu skaleczone kolano, chłopczyk tak dzielnie znosił ból. Dostał od doktora słodką, soczystą gruszkę w nagrodę za męstwo. Sok, cieknący malcowi po brudnych paluszkach, wywołał w doktorze falę wzruszenia i tkliwości. Doktor sam nie miał dzieci, nie miał też żony, prowadził żywot samotny, jednak jego oddanie mieszkańcom miasteczka nie miało sobie równych. Sąsiadki przychodziły z berbeciami na rękach, przynosząc mu szarlotkę lub kawał białego sera, w podzięce za odebrane porody, za wyleczone koklusze maluchów, wreszcie za dobre słowo, które miał dla wszystkich. W znakomitym nastroju doktor zmierzał do swej skromnej kawalerki na poddaszu, nucąc pod nosem znany szlagier. Wchodząc po skrzypiących schodach do swego skromnego lokum, myślami był już przy książce, którą pozostawił na stole. Zaparzył herbatę, dotknął z czułością rozkwitającego hiacynta, którego zasadził w zeszłym tygodniu w puszce po cejlońskiej herbacie. Usiadł w fotelu i zagłębił się w lekturze. Słońce zaglądało do pokoju jasną, promienną smugą barwy popołudniowej brzoskwini. Tak spędził czas do wieczora, czytając i rozmyślając nad swym zamiarem, tajemnicą, którą delektował się od tygodni…
***Przebudził się, gdy już zmierzchało. Wraz z rozchyleniem powiek doktorowi błysnęła myśl, która jakby dojrzała, nabrała ostatecznego dziś kształtu.- Dzisiaj- szepnął do siebie. Nadszedł ten dzień, w którym zmierzy się z tym, co niezmierzalne, dotknie transcendencji, uniesie się ponad świat racjonalny. -A zatem dzisiaj – powtórzył i niczym w transie, lekko otumaniony podszedł do kredensu. Z namaszczeniem wyjął flakonik, w którym zielony płyn, niczym szmaragdowe fale oceanu, mienił się, kusząc i wołając: spróbuj! Drżącą dłonią wyjął szklany korek, oczy mu zaświeciły fosforyzującym blaskiem. Ach! Zajrzeć do najtajniejszych podziemi ludzkiego umysłu, usłyszeć szepty dusz, dostrzec lęki, cierpienia, dotknąć niezbadanego… Wychylił duszkiem zielonkawy płyn. Przez chwilę stał nieruchomo, jednak z każdą sekundą czuł, jak nabiera nadludzkiej jakiejś siły. Nagle wygasły lęki, niepewność, nieśmiałość wrodzona, znikło szlachetne serce i wszystko w nim przeistoczyło w pełną pychy, niewyobrażalną moc. – Oto chwila prawdy! – krzyknął pełen euforii. Lecz nagle jego uśmiech przeistoczył się w dziwny grymas… Odrażający i pełen agresji. Kot trwożnie czmychnął przez schody, wypełniając swym ogłuszającym miauknięciem całą kamienicę. Doktor przyjrzał się ze zdumieniem swym rękom. Z wolna delikatne, białe dłonie o długich, zadbanych palcach, zmieniały się w sposób budzący przerażenie. Oto porosły czarną szczeciną, żółte, twarde szpony wyrastały coraz dłuższe, z każdą sekundą. Jakże zmieniło się jego oblicze! Twarz pokryła się szczeciną, oczy zmieniły swój wyraz. Teraz, miast błękitno-szarych, aksamitnych jezior jego łagodnych oczu, nabrzmiałe krwią i żółcią ślepia, ni to zwierzęcia, ni demona, wystawały z obmierzłego pyska. Postura doktora stała się potężna, muskularna, jednak ruchy przypominały gesty pomyleńca, jakiego nieraz można było oglądać przez kraty pobliskiego zakładu dla obłąkanych. Doktor wydobył z siebie przeraźliwy charkot i chwycił za leżącą przed kominkiem siekierę. Ruszył przed siebie, w noc… Ruszył banować. ***
Jakże rozkosznym widokiem była ta masakra! Po bruku płynęła szkarłatna krew, w promieniach słońca krzepnąc na kamieniach. Kot przeciągnął się leniwie na murku kościoła. Pierwszy kogut obudził pozostałych przy życiu mieszkańców. Mr Hyde przemykał wąskimi uliczkami, w kierunku kamienicy dr Jeckylla. ***
miia
Dyskretny urok parowozów / by hania
bollardino bollardini [story by miia]
Pieśń żeglarska o mrożącej krew w żyłach miłości kelnera do swej emaliowanej miski.
(zaleca się śpiewanie a capella, najlepiej barytonem )
Opowiem Wam historię dziś,
O Kochanicy Mej,
Co gdym kelnerski podjął fach
Nie opuszczała mnie.
Wierna jak suka była mi,
Czasem jak sztorm wzburzona.
Jej blask w porannym słońcu lśnił,
Była mi niczym żona
Miednico ma emalią kryta,
Opoko stóp zdrożonych,
W poranki, zmierzchy i południa
W mydlinach Twych moczonych !
Jak piękną jesteś, gładką, gdy
Odmaczasz me kopyta!
Lecz oto nadszedł straszny dzień,
I los odwrócił kartę ,
Pewnego ranka patrzę weń-
A dno ma całkiem zdarte!
Zła i potworna to godzina,
Gdy się korozja wkrada
W jedyną łajbę jaką ma -
Byt przegranego gada.
Miednico ma emalią kryta
Mych marzeń powiernico
Do dziś mam w myślach śliskie dno
I brzegi Twe Miednico
Jak piękną, gładką byłaś gdy
Moczyłaś mi kopyta.
Lecz jaki morał dla potomnych
Z tej smutnej pieśni płynie?
Miej marzeń sto i miskę swą ,
Lecz pomyśl w złej godzinie-
Że kiedy moczysz stopy w niej ,
Od soli micha zginie !
miia
Dada
Max Ernst
“Pieta lub nocna rewolucja”
Spontaniczny, wywrotowy, nihilistyczny, ludyczny, powstały w wyniku wojennej zawieruchy na początku 1916 roku w Zürichu. Ten awangardowy ruch powstaje w odpowiedzi na koszmary wojny i podważa wszelkie systemy wartości. Opiera się na przyjęciu postawy dziecka i absolutnej naiwności, wolnych skojarzeniach, nieskrępowanej podróży wyobraźni, mistyfikacjach i absurdalnego dowcipu. Wcześniej, o literaturze angielskiego pure nonsensu pisał Chesterton, pięknie kreśląc inne spojrzenie na rzeczywistość, odwracając pojęcia. Szukam pokrewieństw w takim ujęciu świata i zachwycam się wizją, w której krzesło przestaje być meblem, a staje się istota podpierającą umięśniony szkielet gadającej maszyny jaką jest człowiek. Nawet na czacie ktoś pięknie napisał mi o podpiętych do parasoli ludziach, unoszonych w deszczu, popychanych przez nie przy udziale wiatru. Sztandarowym wynalazkiem dadaistów jest ready made, przedmioty istniejące w naszym otoczeniu, podniesione do rangi dzieła sztuki. Każdy kojarzy pisuar Duchampa, tudzież jego Suszarkę do butelek. Wiliam Rubin historyk sztuki pisał: Czy ready made są sztuką? Odpowiedź zależy od naszego spojrzenia i w tej niejednoznaczności leży ich tajemnica. Ich zasługa polegała na poddaniu w wątpliwość definicji dotyczących sztuki. Skojarzenia czatowe są oczywiste- relatywizm, umowność, ulotność, swobodna interpretacja, dziecięca igraszka… dada. Czysta inwencja, tworząca świat wirtualny według własnych życzeń, pragnień i w oderwaniu od realnego bytu. I kiedy myślę o niektórych nickach, ludziach za nimi stojących ujmujących cyberświat umownie, zamykając klamrą cudzysłowu przywołuję w pamięci słowa papieża dadaizmu Andre Bretona o Francisie Picabia: wszechwładza kaprysu, odmowa naśladowania w całości skierowana na wolność, nawet na wolność niepodobania się.
I czyż nie pięknie bluźnił Max Ernst kreśląc “Pietę lub nocną rewolucję”. I jak celnie pisał Alfred Jarra w Ubu królupodobny jajku, dyni lub piorunującemu meteorowi, toczę się po tej ziemi, gdzie robić będę, co mi się podoba. Bo czyż nie o to chodzi w wirtualnej rzeczywistości? Czy nie po to została stworzona, aby relatywizować, bawić się, kpić …? By poczuć swobodę większą niż w realnym świecie? Tak na marginesie, dobry znajomy czatowy został wyrzucony z pokoju za wklejanie wierszy dadaistów ;).
miia
Mówić każdy może
Autor: Sprawa7
Mówić każdy może, pisać już nie. O ile mówiąc, mamy możliwość korygowania treści, czy raczej jej znaczenia, poprzez mimikę i gestykulację, to pisząc, musimy starannie dobierać słowa, by zostały one właściwie zinterpretowane przez odbiorcę. Słowo pisane nakłada na nas odpowiedzialność, odczytywane przez wielu, staje się naszą wizytówką. Jestem zdania, że sztuka pisania polegać musi na harmonii pomiędzy tym, co przekazujemy, a naszym życiem. Nie może być tak, że na co dzień jesteśmy łotrem, a pisząc, udzielamy rad jak żyć. Czyny przekładają się na słowa i odwrotnie. Trudno zrozumieć osoby, które piszą, dla samego pisania, językiem martwym, obcym, rozmazanym, to zwykłe gadulstwo, męczące i trujące, zadowalające jedynie piszącego narcyza. Mądre jest przysłowie, że głupca poznajemy dopiero wtedy, gdy się odezwie, albo napisze, bo głupiec nie czuje się odpowiedzialny za słowo. Skoro nie bierze żadnej odpowiedzialności za to, co napisze, to łatwo wydaje opinie o innych, to bez trudu rzuca określenia typu: “niedorozwój”, czy “badziewie”. Człowiek uczciwy i odpowiedzialny “postanawia, że pomiędzy sztuką pisania, a sztuką życia nie powstanie sprzeczność” ( Tzvetan Todorov), jest to winien sobie i odbiorcy. Zanim cokolwiek napiszemy, zastanówmy się, czy będzie to zgodne z tym, co czujemy, z tym, co myślimy i z tym, jak żyjemy. A jeśli rozpiera nas zwykłe gadulstwo, to idźmy lepiej do sąsiadki, ona nas już zna, nie będzie rozczarowana.
