Archiwum kategorii ‘Catch 22’
Miłość w czasach A/H1N1
Zauważyłem, że sporą popularnością cieszą się tu – na WordPressie – blogi traktujące o świńskiej grypie (na zapytanie A/H1N1 Google dają 103 mln odpowiedzi, to mniej więcej tyle, ile wynoszą rekordowe wygrane w loterii Euro Millions, w euro rzecz jasna).
Grypą tego typu, niezwykle groźną i śmiertelną chorobą, można zarazić się w łatwy sposób, nawet przez wdychane powietrze, przez używanie tej samej toalety, na basenie. W zasadzie wszędzie. Można również złapać zarazki drogą płciową. I to jest oczywiście najprzyjemniejszy sposób zakażenia. I tę drogę wybrałem i ja. Chorowałem jakieś pięć dni, co zauważyli z pewnością wierni czytelnicy mego bloga. Ale celowo Was nie informowałem, bo być może droga wirtualna jest również dostępna dla tych parszywych, świńskich zarazków. Pięć dni w domu, aspiryny, witamina C i gorące herbaty. Całkiem prawdopodobne, że zakażenie wirusem AH1N1 spotęgowały u mnie: spora ilość spożytego alkoholu w przeddzień krytycznego dnia, a także kac moralny związany z kontaktem erotycznym z pewnym aligatorem – kobietą. Gdybym był trzeźwy, może nie doszłoby do tego. Ale mój problem alkoholowy jest Wam znany i polega mniej więcej na tym, że kiedy nie piję, jestem trzeźwy.
Ach, i powiem Wam coś ważnego przy okazji; otóż: prezerwatywa nie chroni przed zakażeniem AH1N1 w żadnym razie! Nie dajcie się nabrać na żadne reklamy tego typu!
Świńska grypa to świetna okazja dla promocji bloga, złoty interes dla koncernów farmaceutycznych, które klepią swe pigułki na taśmach dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ogólnie rzecz biorąc grypa taka napędza gospodarkę. Media mają o czym pisać, oglądalność programów telewizyjnych, nakłady prasy, wpływy z reklam w sieci; to wszystko rośnie jak na drożdżach. Nieliczne ofiary wirusa, jak na przykład ja, nie liczą się w tej globalnej gorączce wirusowego złota. Ba! Nawet nie mają takowych aspiracji czy pretensji.
Idą jak woda poradniki, informacje o śmiertelnych ofiarach, na szczęście bardzo nielicznych, blogi o świńskiej grypie są liderami wszelakich rankingów. Jest to także pośrednia i zakamuflowana promocja bezpiecznego (choć tu pewności nie mam) cyberseksu.
Powiem Wam, że gdyby nie te informacje, gdyby nie ta totalna i prowadzona na wszystkich frontach kampania medialna, nie miałbym świadomości, że chorowałem na tak poważną chorobę. Dzięki tak doskonałemu i precyzyjnemu dostępowi do informacji, wiem co przeszedłem, przez ile dróg, jak moje życie wisiało na włosku. W innym razie cóż, byłbym zwykłym przeziębionym, który sobie trochę posiedział w domu, poczytał książki, obejrzał nieco telewizji. A tak? Jestem ofiarą, weteranem, można nawet pokusić się o określenie: bohaterem. Mimo że zaraziłem się najprzyjemniejszą z dróg, a pogrzeb mojej partnerki, francy która mnie zaraziła, aczkolwiek nieświadomie, odbył się wczoraj, w deszczowy poniedziałek. Ciało miała zimne, gdy ją chowano, ale dupcię gorącą na bank.
Ukraińskie feministki wykorzystały ten “świński, diabelski młyn” dla promocji nowego modelu bielizny. Takie oto performance urządziły na placu Niepodległości w Kijowie. Maski i zgrzebna bielizna chronią przed zakażeniem AH1N1. Zgrzebna i wyglądająca jak bandaże bielizna chroni także przed zakażeniem drogą płciową.

fot. Sergei Supinsky/AFP
Nie wiem czy to potrzebne, bo jak człek chory, to nic mu się nie chce. Choć w obliczu epidemii, prokreacja byłaby wskazana, by uzupełnić wymarłe wskutek zarazy plemiona nowymi osobnikami.
I tu zrazu przychodzi mi na myśl Gabriel García Márquez i jego Miłość w czasach zarazy (El amor en los tiempos del cólera). Bo miłość jest lekiem na całe zło, lepszym niż cała apteczka pigułek. A i zakażenie zarazą odbywa się w sposób przyjemny, co powoduje, że ów żal, że padliśmy jej ofiarą, staje się jakby mniejszy.
proces7
Blogerka
Zastanawiałem się czy można stworzyć portret przeciętnego i typowego blogera, zwanego przeze mnie “blogopisaczem”. To pewnie trudna sprawa. Choć na pewno nie do zrobienia, istnieje pewien typ człowieka podatny na swego rodzaju ekshibicjonizm, ale i też posiadającego w sobie potrzebę akceptacji. Lub, najzwyczajniej, kogoś kto chce pogadać, ględzić, pogawędzić. Naturalnie ów wspomniany przeze mnie ekshibicjonizm nie ma nic wspólnego z tym całym obnażaniem się. Choć nie wykluczam, że striptizerki – amatorki czy faceci pokazujący fiuty w parkach, również piszą blogi.
Kiedyś pisałem dość obszerne opracowania na temat kobiet z sieci. Szereg z nich zostało wykorzystanych dla przeróżnych prac licencjackich, magisterskich, a nierzadko do poważniejszych dysertacji naukowych.
Przeciętna kobieta żyjąca aktywnie i zaznaczająca swoją obecność w erze www, waży 10% więcej niż przeciętna dla jej wieku, jest również 7 lat starsza, niż za jaką się podaje (45 letnia korzysta najchętniej z pseudonimu “gorąca kotka37 albo 38″. Na blogach jest cała masa 28 – latek. Kiedy byłem chłopcem, moja mama miała 28 lat przez jakieś 6 – 7 lat. 28, no bo już doświadczona, być może niegłupia, a jeszcze nie taka stara.
Sprytna blogopisaczka poleci na tej “dwudziestce ósemce” jakieś 9 lat. Czyli prawie do czterdziestki. Pięćdziesięciolatki nie kończą pięćdziesiątki do wieku emerytalnego mężczyzn (65 lat). Mówią, że są “po 40 –tce”. A kobiet o wiek się nie pyta, stąd nigdy nie wiadomo, ile po tej czterdziestce są. Średnio 11 – 12 lat.
To tak dla orientacji, ostatnio zaś moje badania koncentrują się na korelacjach pomiędzy blogopisarką, a tym, jaka jest w łóżku. Nie mam jeszcze pełnych wyników badań (ochotniczki chcące poświęcić się trochę badaniom są mile widziane rzecz jasna), bo to trochę musi potrwać, ale kilka zależności zdaje mi się być pewniakami. Im większe przywiązanie kobiety do bloga, do swej marki, tym bardziej drętwa jest w tych – jakby to moja terapeutka powiedziała – i n t y m n y c h sprawach. Przeciętna i popularna blogowiczka jest zimną dupą, ma szereg kompleksów i nierzadko jest bardzo zaniedbana: posiada wyraźne braki w uzębieniu, pachnie nieświeżo oraz ma takie różne zwały i oponki.
Nie chcę do mych wywodów nadto mieszać kwestii urody, bo w ogóle można wyjść z założenia, że ładne dziewczyny nie mają niczego sensownego do szukania na blogach.
A jak mają się sprawy tematyki blogowej do kobiecego erotyzmu?
Mnie to bardzo zaskoczyło, ale najlepsze i najsmaczniejsze są kobiety piszące o kuchni, dłubiące swoje pamiętniczki z pracy, pieprzące głupotki, wcale niedbające o popularność i ani ciut nieprzywiązane do miejsc czy marek. Przy czym one często pojawiają się na bardzo krótko i trudno je uchwycić w blogosferze. Szkoda. Bo zimne dupy siedzą non stop i nudzą.
W wielu z nas istnieje ten paradoks double bind, w poszukiwaniu oryginalności, nieblogowych blogów. W tym szaleństwie, w poszukiwaniu indywidualizmu, czegoś wyjątkowego, miotamy się tak, jakbyśmy chcieli pozbyć się własnego cienia. W gruncie rzeczy i w końcowym efekcie zbieramy się tam, gdzie coś się dzieje, wcale nie chcemy niczego odkrywać, włazimy w największe blogowe i portalowe kaszany.
Wracając do autorów blogów, które są kobietami, znamiennym jest to, że te piszące o seksie, nie mają o nim zielonego pojęcia. Na pierwszy rzut oka jest to niedorzeczne, absurdalne. Dziwiłem się bardzo, gdy takie napotykałem na swej długiej i nużącej drodze. Ale potem jakoś to logicznie sobie uzasadniłem: facet, który ma świetną orientację w stronach erotycznych, pornograficznych, zna sporo takowej literatury i kinematografii, poznał szereg adresów i zaliczył całą masę agencji towarzyskich, wcale nie musi być dobrym kochankiem. Co notabene wiem z autopsji.
Nie czytuję kryminałów, ale sądzę, że autor bestselleru w tej tematyce wcale nie musi być przestępcą czy poszukującym go detektywem. Może być zwykłą kurą z nadwagą i pisać bardzo popularne rzeczy.

A faceci – tak jak kobiety – idealizują sobie, wizualizują i widzą drapieżną kocicę w koronkach i aksamitach kombinacji podniecających słów.
Żaden rozsądny facet nie szuka sobie partnerki czy kobiety na gorący numerek na blogu. Jeśli już w sieci to w jakimś mniej zobowiązującym i bardziej przypadkowym miejscu (czat, ogłoszenie towarzyskie itd.).
Owszem na blogach, w komentarzach, na forach można poflirtować, jeśli ktoś to lubi, ale paradoksalnie, takie praktyki oddalają nas bardziej niż zbliżają. Potem już te kontakty wcale nie różnią się od egzaltacji i podnieceń występujących przy oglądaniu filmów erotycznych, czytaniu romansów czy mocnych porno – powieści. Pewnego dnia wszystko zamienia się w serial albo krzykliwy tabloid. Tak jak wszystko w naszej mizernej zachodniej cywilizacji.
proces7
Ania Mucha i Oskar
Wczoraj obejrzałem w telewizji “Listę Schindlera”, Korzystając z mego kosztownego abonamentu, paszportu do bieżących wydarzeń kulturalnych i tych mniej kulturalnych, które zapewnia mi moje kochane i opiekuńcze państwo.
Ale nie będę pisał o tym jak mogłem się – dzięki ukochanemu memu rządowi i zarządowi TVP – delektować niesamowitymi rolami Ralpha Fiennesa i Bena Kingsleya.
Oskar Schindler, grany u Spielberga przez Liama Neesona
Hauptsturmfuehrer (kapitan) Amon Goeth, grany przez Ralpha Fiennesa
Grała tam też Anna Mucha, była zauważalna w swej epizodycznej roli, choć być może to sugestia, nie pamiętam bym ją dostrzegł, gdy widziałem film pierwszy raz. Nabokov przed ‘Lolitą’ też nie sprzedawał się tak dobrze jak po. Owszem, nazwiska aktorki nie kojarzyłem, ale pamiętałem jej twarz z serialu “Matki, żony i kochanki”, przy czym ona wówczas była jeszcze za młoda by być jedną z trójcy tytułowej. Grała córkę jednej z matek, żon i kochanek.
U Stevena Spielberga w impresji o Oskarze Schindlerze była brzydką okularnicą, to samo w serialu. Ale grzeczną i posłuszną dziewczynką. Co może być budujące dla dzisiejszych zakompleksionych nastolatek, bowiem Mucha wyrosła na laskę, która dziś macha cyckami w którymś jesiennym wydaniu Playboya.
W sprawę jej amerykańskich kontaktów zamieszany byli Roman Polański i Andrzej Wajda. Ale zbadanie związków między lolitką, Polańskim, Nabokovem i członkiem z żelaza, pozostawiam faktom, taktom, pudelkom, przekrojom i politykom. One specjalizują się w tych tak zwanych penetracjach analnych albo inaczej: dziennikarstwem i felietonami z dupy strony.
W Playboyu Ania wymachuje dumnie nie tylko cyckami, ale i błyszczy swą księżycową pupą w pełni, a i zakamarki waginy można tam obaczyć.
Mnie jakoś nie pasuje ten algorytm od Polańskiego, Spielberga czy Machulskiego do Playboya. Może powinno być odwrotnie w tym kalejdoskopie? Choć kiedy ma się pokazywać, kiedy będzie już starą i uznaną aktorką? Ale za lat kilka może się zdarzyć to, co przydarzyło się mnie z Melanie Tressler, kiedy to córka owej niemieckiej czwartorzędnej aktoreczki wynalazła na moim blogu zdjęcie swojej dwudziestoparoletniej mamusi z Playboya z lat osiemdziesiątych. I jej pełnomocnik zażądał ode mnie usunięcia tej fotki, argumentując żądanie, że córka nie chce oglądać gołej mamusi. Usunąłem, bo dobry ze mnie człowiek, a poza tym cykam się, że Qui penis –a mi skasują znienacka, tak znienacka jak wyjeżdża czołg.
Wniosek?
Pasztetowe i zakompleksione nastolatki, nie traćcie nadziei, przypomnijcie sobie historie o Kopciuszku i brzydkim kaczątku i spójrzcie na historię Anki Muchy. Muszki wprawdzie nie zamieniają się w ptaki, ale larwy w motyle tak, a te motylki to później wędrują do brzuszków i łaskoczą, zupełnie jak muchy, które niektórzy mają w nosach i oczach. Ci którzy mają w oczach, bardzo często o tym nie wiedzą, bo nie widzą tych muszek, albowiem mają właśnie muchy w oczach. Muszka jest też w szerbince karabinu, a kiedy zostanie idealnie spasowana z nią, wtedy się strzela i trafia (o ile nie ma w oczach much, bo wówczas pudłuje).
Inny wniosek płynący z mych finezyjnych i bystrych przemyśleń jest taki, że gdyby Samanta Gailey wcześniej zagrała, a potem się rozebrała – jak Ania Mucha to uczyniła – może byłaby dziś sławna. No i przede wszystkim nasz ulubiony Polański by nie siedział.
Pamiętajcie dziewczyny, najpierw rola, potem striptiz i seks. A rola jak to rola, trza orać i siać, by zebrać plony. Czego wszystkim, jesiennym, rozkwitającym i przekwitającym kobietom z całego serca życzę.
proces7
Mały ptaszek
Penis brzmi jakoś bardzo oficjalnie. A cycuś, fifok, pyrtek czy ptaszek nadto kolokwialnie. Kutas zaś staropolsko i archaicznie. Fiut ordynarnie. Fallus zaś jak określenie prosto z książki do biologii i pretensjonalnie. Zostawmy zatem fallusa owadom i prowincjonalnym, niespełnionym, gminnym artystom. W każdym razie wiadomo o co chodzi.
Wielkość przyrodzenia ma ogromne znaczenie dla naszego życia, jego rozmiar zawsze determinuje nasze zachowania, przyszłą karierę oraz najzwyczajniej i po prostu: nasze szczęście. Bo jeśli masz małego, masz przesrane, należysz do niższej kasty w męskiej części społeczeństwa. Kobiety – mamuśki – będą cię pocieszać, że małe jest piękne, że ważna jest czułość, doświadczenie, delikatność i technika, ale to gówno prawda. Kiedy przychodzi co do czego, kobiety zawsze wybierają większego, w innym razie wiadomo, że lecą na kasę albo już rzeczywiście nie mają innego wyjścia. I w swej desperacji, w poszukiwaniu swojego ptaszka, który mógłby na stałe zamieszkać w ich gniazdku, wybiorą ciebie.
Wielkość, zarówno długość jak i grubość, przenoszone są drogą genów. Jeśli twój ojciec ma (miał) małego, ty też będziesz takim nieszczęśnikiem i na nic zdadzą się lamenty, daremne żale. Szczwana natura selekcjonuje to jednak, bo przecież kobiety nie chcą małych, stąd rozmnażają się, tacy posiadacze mizernych fiutków, znacznie słabiej niż pozostali.
Swoją drogą dziwię się jednemu: w portalach gejowskich obserwuję szczególny nacisk na ekspozycję wielkich penisów. Sądzę, że ze względów technicznych, wielkie i grube stanowią przeszkodę w seksie homoseksualistów. Poza tym przewrotna natura pozwala im marnować te pożądane przez kobiety geny.
Można szukać, bardzo nielicznych, pozytywnych aspektów wynikających z posiadania małego prącia. Małe łatwo zaparkować, o czym wiedzą kobiety, chętnie kupujące niewielkie, kompaktowe samochody do jazdy miejskiej. Krąży legenda, że faceci kupują wielkie terenówy albo vany do miejskiej jazdy, bo to szpan i jakby przedłużenie penisa. To samo tyczy stójkowych i żandarmów, którzy mogą nosić pały. Służą one wprawdzie dla wzbudzania respektu i szacunku, ale i czasem do bicia. Myślę, że przekłada się to również na wirtualne życie i kompleks wirtualnej pały. Im więcej banujesz, cenzurujesz, kasujesz, tym bardziej obnażasz mizerię twej wyschniętej krewetki. Ale pamiętaj, od tego ci nie urośnie! Gumową pałą nie zapłodnisz kobiety! Być może dasz radę ją zaspokoić, jeśli umiesz wibrować, ale tego – powiem szczerze – nie wiem dokładnie.
Miałem takiego znajomego, który ma tak wielkiego, nawet w stanie spoczynku, że bił nim swoją małżonkę. Nie, co to to nie, nie były to jakieś mocne razy, jak te wymierzane pięścią czy tępym narzędziem, ale – z relacji bitej kobiety – wiem, że praktyki te powodowały u niej niezbyt wielki, ale uciążliwy i tępy ból w okolicach szczęki i pośladków. Nieszczęsna musiała zapomnieć o orgazmach, bo na sam widok męskiego członka, stawała się sucha niczym wargi, chorego na malarię Pigmeja na sawannie.
Innym, pozytywnym, z tych nielicznych aspektów malizny fallusa jest to, że przez większość naszego życia jednak mały pozostaje w spoczynku, nieużywany, więc te chwile przykrości da się jakoś znieść. Dla impotentów jest to też radocha, bo przecież szkoda by było, gdyby duży nie stawał. Zawsze wtedy można pomyśleć o innych ze zdezelowaną potencją, posiadaczy dużych: No i chuj ci z tego, że masz wielkiego, hę?
Jeśli masz zdezelowane auto, którym i tak nie da się jeździć, to nie ma znaczenia co stoi na parkingu: mercedes czy beemka, czy fiesta albo polo.
Dobra, małe wszędzie upchniesz, nawet w najciaśniejsze i najbardziej mroczne zakamarki, masz mniejsze szanse na przenoszenie tych nieszczęsnych genów, ale to tylko niewielkie pocieszenie. W tym twoim wielkim nieszczęściu, na które nie znajdziesz nijakiego ratunku, a wspomniane przeze mnie pozytywy, mogą jedynie tymczasowo ukoić twą nieszczęśliwą i obolałą duszę.
Jakie są drogi ucieczki przed tym piętnem małego ptaszka?
Możesz pić, wtedy wszystko wydaje się większe, ładniejsze, wówczas zaakceptujesz też większość kobiet, tych, których po trzeźwemu nigdy byś nie zniósł. Albo – tak jak ja – uciec w wirtualny świat i udawać super kochanka, znawcę erotyki, poskramiacza wirtualnych suczek, kocic i lwic. Od tego wprawdzie się nie powiększy, ale ukoi ból, niczym olejek goździkowy przyłożony do zęba. Ale to działa na chwilę, potem – prędzej czy później – udajesz się do dentysty. Ale piszę o zębach, bo jeśli chodzi o przyrodzenie, to nie ma mowy o leczeniu, implantach czy, nie daj Boże, o ekstrakcji. A korony to są dobre duńskie albo szwedzkie. Królem ani carem nie będziesz. Rasputinem też nie.
Możesz, czego nie radzę czynić, zwalić całą winę na kobiety, które przecież mają wielkie jak studnie czy kratery wulkanów. Jednak statystyki są wredne i nieubłagalne.
Z małym penisem, prędzej czy później wpadniesz w depresję, żona zacznie cię zdradzać, a jeśli do tego jesteś biedny, zostawi cię. Wtedy, nie dość, że będziesz małym, to na dodatek samotnym fiutem. Zaczniesz brać leki antydepresyjne, które obniżają potencję, mały ci się skurczy, będzie ci go trudno odnaleźć pośród włosów łonowych przed siusianiem. I ty zaczniesz się kurczyć wraz z nim w tej twej siermiężnej i nieszczęsnej doli. Uśmiechając się jednak czasem, pogrążony w marzeniach o pięknych i nęcących kobietach, których nigdy nie będziesz miał. Pozostaną twym niespełnionym snem o potędze. Bo urodziłeś się z piętnem i musisz z nim dotrwać końca swych dni, co – być może – całkiem niedługo już potrwa.
proces7
Cinema Paradiso i prawda
Może niektórych z Was pocieszy moje małe wyznanie. Otóż: nie wszystko co napisałem w sieci, było zgodne z prawdą. Przy czym podkreślam, iż piszę o momentach, w których świadomie fabularyzowałem czy konfabulowałem rzeczywistość. Nic o przypadkach, w których wszystko zdarzyć się mogło.
Spotykam się z tym w wielu miejscach w sieci, gdzie innym zarzuca się kłamstwo, nieszczerość, zmyślanie, przedstawianie siebie – na przykład na blogach przez ich autorów – z zupełnie innej perspektywy. Nieprawdziwej. Wielu oczekuje by pisano w sieci prawdę, tylko prawdę i całą prawdę.
To dość trudne, bo spojrzenia są subiektywne, a od pisania czy mówienia prawdy są przecież politycy, dziennikarze oraz pomniejsi urzędnicy bankowi. Do tego, jeśli założyć, że prawda jest jedna, a fałsz ma nieskończoną ilość postaci, fakty na blogach byłyby przedstawiane w identyczny sposób. Oględnie i znacznie upraszczając można by dojść do wniosku, że wówczas, na dany temat pisano by tak samo. Co byłoby dość nudne i nużące.
Ale załóżmy coś nieprawdopodobnego, beznadziejnie ryzykowną tezę, że ludzie posiadają zdolność przedstawiania rzeczy w obiektywny sposób. Zdolność, możliwości i wystarczającą wiedzę. Zgodnie z zasadami klasycznej logiki zaś, z prawdy wynika jedynie prawda. Z fałszu zaś cokolwiek, zarówno prawda jak i fałsz. I to wynikanie znużyłoby nas, przy założeniu, że piszemy, konsekwentnie, permanentnie i ściśle to, co wynika z prawdy, czyli prawdę.
Sam jestem zwolennikiem tezy, że prawda jest tajemnicza i ma jedno oblicze. Stąd – jak każdą tajemnicę – należy umieszczać ją w szczelinach, rogach, gdzieś pomiędzy cynicznymi sekwencjami. Nie należy owej tajemnicy podkreślać, wytłuszczać czy pisać dużymi literami.
Poznanie prawdy mogłoby mieć dla nas poważne konsekwencje, na przykład takie, że zaprzestalibyśmy jej poszukiwania. Może nawet przestalibyśmy myśleć, czego konsekwencją byłoby częstsze otwieranie rozporka (w różnych celach) niż umysłu. Czy chcemy oglądać powszedniość, codzienność? Te najokropniejsze z okropności i przykrości jakie nas spotykają?
Staram się unikać, naprawdę próbuję się kontrolować, choć nie zawsze mi wychodzi, by nie operować wytłuszczeniami, podkreśleniami albo wyrazami pisanymi dużą literą. Bo czytelnik musi sam znaleźć ów prawdziwy wyraz, w magicznej szczelinie. Pominąwszy inny, ważny aspekt: podkreślenia, wytłuszczenia i inne zaznaczania są objawem braku szacunku dla czytającego. Piszący sugeruje na co masz zwrócić uwagę, co jest istotą rzeczy w danym tekście. A od takich wyborów jest przecież odbiorca.
Lubimy, a nawet kochamy prawdę, ale paradoksalnie jej nie chcemy, uciekamy, gdy pochłania ona nasze szczeliny i zakamarki. Spróbowałbym nawet zestawić prawdę z kobietą: im bardziej tajemnicza i nieodkryta, tym bardziej uwodzi. W końcu tak jak kobieta jest ona rodzaju żeńskiego.
W cyrku zawsze najprawdziwszy był dla mnie klown, reszta zaś sztuczna i lukrowana. Klown, który, przewrotnie i wbrew intencjom otyłego dyrektora cyrku w meloniku, był tam najmniejszym blagierem.
Skoro w poprzednim odcinku przywołałem film Giuseppe Tornatore to, konsekwentnie i prawdziwie, zawołam go jeszcze raz filmem “Cinema Paradiso”, który jest dla mnie następstwem i konsekwencją filmu Petera Bogdanovicha “Ostatni seans filmowy” z 1971 roku. I pewnie uważni widzowie dostrzegli, że akcja obu filmów znajduje się w tym samym czasie. Inna przestrzeń, ale czas ten sam. Bo był to czas śmierci kina, jego pierwszego upadku.

Blog jest sceną, jest kadrem filmowym, przynajmniej dla mnie. Rzeczywistość, prawda leżą na zupełnie przeciwnym biegunie niż te z świata reklamy i seriali. My chcemy ją widzieć w wersji kinowej, uproszczonej, niezłożonej. Zatem nieprawdziwej, bo prawda to pełny i bardzo szeroki horyzont, ujmujący wszelakie aspekty, konteksty i perspektywy.
Na blogach ją znajdziemy, w skrawkach, strzępach, odpadkach. Tak jak w filmie “Nuovo cinema Paradiso” (1988) znajdował ją Salvatore w wyciętych kadrach. I tak składał te strzępki, odnajdując w nich siebie: szczerego, pragnącego, prawdziwego.
I taki moim zdaniem ma być blog, ma być narzędziem do szukania prawdy o sobie. Jedni dochodzą do poznania siebie szybko, inni przez całe życie. Skoro zatem blogopisanie jest urządzeniem, może i nawet pomocnym, niedorzecznym byłoby badanie jego autentyczności. Weryfikowanie prawdy w zakamarkach, prawdy, której właśnie poszukuję.
proces7
Barwy walki
Tak sobie dumam: jeśli ja mam jakieś fajne myśli i historie do opowiedzenia, to szkoda mi, jakby żal się dzielić tym z innymi. Opowiem je bliskim, tym, do których coś czuję. Marnotrawstwo puszczać to w blogoprzestrzeń. Nawet jeśli są to nieciekawe i banalne opowieści.
Kiedyś na czatach pisałem, że jeśli chcesz kogoś usłyszeć, musisz mu coś o sobie opowiedzieć. Taka banalna prawda, truizm.
Z tych historii co opowiadam, to co ja mam? Sławę? Pieniądze? Czytaj resztę wpisu »
Miranda warning
Kiedy “puszczali” “Przypadek” Kieślowskiego i “Przesłuchanie” z Krystyną Jandą (Boże jak można mieć na imię Kryśka!?) byłem gówniarzem. Oglądałem to w kinie Mikro w Krakowie. Nawet nie wiem jaka to ulica była. Zapomniałem. W innych kinach ich nie było, zakazane były.
W tym kinie śmierdziało, ale tam był pianista i grał, warto było tam bywać. Było duszno i cuchnęło potem i przedtem, a ja mam fobię zapachową, jak źle pachnie to uciekam. Jerzy Stuhr tam mieszkał, gdzieś blisko. Pamiętam, że mieszkał tak blisko, że nawet nie miał skarpet jak wchodził do pobliskiego baru po albo przed seansem. Ja nie piłem wówczas, jeszcze nie umiałem pić. Piłem dla szpanu ajerkoniak. Co za syf! Czytaj resztę wpisu »
Cyberseks
Kiedyś, dawno temu, oglądałem w niemieckiej telewizji program o pilotach myśliwców. Było tam kilka historii o latających chłopakach, ich życiu. Jednak te samoloty robiły nieco huku, chroniąc bezpieczeństwa Republiki Federalnej. Więc obywatele protestowali. Generalnie wywalczyli to, że samoloty te latały rzadziej nocą i na wyższych pułapach. Osiągnięto kompromis i punkt równowagi pomiędzy skutecznością obrony powietrznej kraju, a spokojem mieszkańców niemieckich miast. Czytaj resztę wpisu »
Zemsta
Nie umiem się mścić. Nie dlatego, że jestem dobrym człowiekiem, a płynie to z mego egocentryzmu. Szkoda mi czasu pewnie. Nigdy nie umiałem być zawzięty. Z rywalami grałem: przegrywałem albo wygrywałem. Słabszych korumpowałem. Notabene jestem debeściakiem w sztuce korupcji. Czytaj resztę wpisu »
Konfidenci Blogoprzestrzeni
Zainspirował mnie pewien tekst Slimka, który on może uznać za niezbyt istotny w swej blogowej twórczości. Chodzi o to co w tytule: donosić czy nie donosić? Jeśli widzimy blog, który w jakiś tam sposób może łamać regulamin i zasady, to czy powinniśmy złożyć stosowny donos? Do odpowiednich władz? Czytaj resztę wpisu »
Wirtualne pały
Pamiętam, a było to kilka lat temu, kiedy jeszcze istniała Konfraternia, Szarm organizował taki konkurs na Wirtualne Pały. Chodziło o ludzi na czacie O2.pl, którzy znaleźli swój najwyższy poziom kompetencji jako czatowi siepacze. Byli jakby do tego stworzeni, wyssali to z mlekiem matki, a czat dopiero ukazał te ich talenty i najwyższy poziom awansu w strukturach społecznych. Tacy urodzeni bananiarze.
W dziale Wirtualne Pały znajdowały się pseudonimy z czata, które uważały, że zło można zabanować, zlikwidować i nie będzie już potem nic, na czatach zasadzi się kwiaty i znajdziemy się w jakiejś wymarzonej, szczęśliwej krainie. Urokiem czatujących i miodem płynącej.
Podczas moich wirtualnych podróży w portalu Gazeta.pl natknąłem się
na takich, których misją, obsesją, a nawet powołaniem, stało się banowanie. Bez możliwości cenzury byliby oni jakby niepełni i nieprawdziwi. Obawiam się, że w realnym życiu żadne z nich nie zarządzało tak potężnymi zasobami ludzkimi, kryjącymi się za pseudonimami, jak właśnie tu w sieci.
Nie chodzi tu też o nerwowe dziewuszki kasujące swoje blogaski, ani o innych takich, co to chcą mieć porządeczek w ogródeczku i rację na swoim blogu. Większość taka w sumie jest, komentarze tam są w szyku defiladowym, pełno w nich ciepła i wymiany uprzejmości. No i czyż taki blogopisacz może kłamać, netykietę złamać? Chyba nie.
No dobra, ad rem. Moje nominacje wyglądają tak:
Naczelny Żandarm Bloksa – Ols. Strażnik moralności, dobrego smaku i manier. Wsławił się egzekucją Cyca naszego ukochanego. Gdy dostrzegł swój błąd, próbował Cyca w rynsztok zgrabnie i sprytnie obrócić.
Szefowa grup szturmowych forum Gazety – Siwa. Znana z ze zniszczenia najpopularniejszego i najlepiej zorganizowanego forum Gazety Zawróceni w Czacie. Jednym kliknięciem przekreśliła kilkadziesiąt tysięcy listów, twórczość i pracę kilkudziesięciu ludzi kryjących się za setkami pseudonimów. Forum to wcześniej było nagradzane agorowymi gwiazdkami, było to coś, było wydarzenie. Jeden list, który ją obrażał, wystarczył jej na unicestwienie społeczności, budowanej dziesiątkami tysięcy listów i ponad dwuletnią pracą.
Trzeci niech będzie Kominek, od dawna chełpił się swą władzą i dla niego banowanie jest też formą moderowania, prowokowania dyskusji. No dobra, jego może umieszczam bardziej w celach reklamowych, kiedyś on mnie reklamował, zareklamuję go i ja.
Epigon Kominka Wojciech “Plonk” Orliński. Autor bloga WO (Ekskursje w dyskursie). On też upodobał sobie banowanie, które rubasznie zwie “plonkowaniem”. Podpatrzył u Kominka, pozazdrościł mu popularności i robi to samo. Uczynił z banowania ideologię. Tę najsłuszniejszą. Sam chełpi się faktem, że wyglądem przypomina Ernsta Röhma.
Dalej mamy Eelę, autorkę bloga o Warszawie, ale z blogowania jest mniej znana, mimo usilnych starań Żandarmerii Gazetowej, która jak może promuje jej blog.
Eela rozpoznawalna jest jako “Giwi Gorący Kubek”, oberpolicmajster forum “Kraj”. Gorący kubek, bowiem znana jest ze swego upodobania do gadżetów, więc wszelakie promocje Agory rozchodzą się w jej dłoniach niczym ciepłe bułeczki. I dla innych pod dachem forum i Bloksa nie starcza. Muszą wybierać inne niebo.
Na koniec wstawię Evitę Duarte, cenzorkę i szefową forum “Feminizm” w Gazeta.pl. Dziewczyny tamtejsze, używające bardzo chmurnych i szumnych pseudonimów, mają osobliwy sposób traktowania klientów. Najpierw wchodzi jakaś dyżurna jej koleżanka i nazywa nowego, potencjalnego dyskutanta “gównem” albo stwierdza, że to co on pisze to bzdury, bo “świnia latać się nie nauczy”. I delikwent, który – całkiem nieświadomie i niechcący – wszczął awanturę, dostaje bana.
Większość z tych nominowanych przeze mnie to wspólni znajomi, na pewno wirtualni. Stanowią oni jakoby przyczynek do budowy grup szturmowych bądź specjalnego aktywu, może i nawet przyszłego biura politycznego. Kiedy już w Gazecie nastanie nowe, a jutro pomaszerują dalej. Dopóki nie padnie na kolana ostatni troll.
Raje aborcyjne i pedofilskie
Ogólnie wiadomo, że nasze prawo do aborcji jest relatywnie restrykcyjne wobec stosunku do tego zagadnienia w krajach takich jak Francja czy Szwecja. Kobieta, która chce usunąć niechcianą ciążę, może kombinować w Polsce, schodząc w naszym kraju na drogę przestępczą albo może wyjechać, na przykład do naszych sąsiadów, Republiki Czeskiej i tam ciążę legalnie usunąć. Czytaj resztę wpisu »
Cyc
Tak jak niektórym to obiecałem, przedstawiam list z Działu Prawnego Agory, dotyczący blokady Cyca (cyc.blox.pl). Mail dostałem 5 marca 2009, blog został zablokowany 8 września 2008. Więc minęło prawie pół roku, ale doczekałem się. Oto stanowisko Agory, ja tymczasem powstrzymam się od komentarza:
Szanowny Panie,
Zgodnie z treścią § 9 ustęp 2 „Regulaminu korzystania z serwisu Blox.pl” Agora zastrzega sobie prawo do usuwania blogów w przypadku naruszania przez ich autorów zapisów § 6 Regulaminu.
Prowadzony przez Pana blog cyc.blox.pl został zablokowany ze względu na naruszenie § 6 Regulaminu, zgodnie z którym, niedopuszczalne jest podejmowanie na stronach blogów działań, w tym w szczególności zamieszczanie treści sprzecznych z prawem, uznanych powszechnie za naganne moralnie, społecznie niewłaściwe lub naruszające zasady Netykiety. Bez wątpienia publikowane na Pańskim blogu wpisy takie jak:
Może Cię dadzą na główną kiedyś z Twoimi zjebanymi wierszykami, bo umiesz lizać. Ode mnie won. Nie chcę lizusów. Idź do adminów, oni lubią takie lizanie. Spadówa.
Tak jest, jeśli nie zmienia się władz, jeśli chamkom oddaje się w ich brutalne łapska forum. Wszystkie dyskusje kontrolują Evita_duarte lub Bene_gesserit, nie jest istotne czy to ta sama osoba, bo dwie betoniary nie tworzą kobiety – feministki. Dlaczego interes forum Agory ma cierpieć z powodu niespełnienia i zgorzknienia tych dwóch betoniar? To są właśnie owe skostniałe układy, gdzie dresiary opanowały forum i takie wirtualne miejsce, staje się martwe, choć na zewnątrz może się zdawać, ze żyje. Dla Siwej taka sytuacja jest wygodna, ma spokój, betoniary naprodukowały po kilkanaście loginów i na zewnątrz gra.
Prawda jest smutna i przykra, bo owe betoniary mieszają tylko swoje gówno. Zero kobiecości, antywdzięk i smród tępych i zaniedbanych babsztyli. Tak w skrócie można scharakteryzować to umierające miejsce. Feministyczne prosektorium.
To samo jest z blogiem Zajebistki, która ma obecnie szóstą pozycję. Takich zajebistych, piszących durne dialogi w sieci jest masa, wybrali ten, bo babę znają. Może sypiają razem?
Pierdol się, Sofijka.
Teraz mamy dwie możliwości, albo administracja i kierownictwo Wykopu są gejami (Drożdżyński, fanzonun itd) albo są wrednymi homofobami.
Określiłbym członków dyskusji na Wykopie tak: banda wrednych pedałów, którzy przynoszą wstyd przyzwoitym polskim gejom w sieci.
uznać należy za naganne moralnie, społecznie niewłaściwe oraz naruszające zasady Netykiety, co więcej wpisy te naruszają dobra osobiste oraz wypełniają znamiona ściganych na drodze postępowania karnego przestępstw: zniesławienia (art. 212 § 1 KK: „Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną nie mającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie, karze ograniczenia albo pozbawienia wolności do roku.”, art. 212 § 2 KK: „Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.”) oraz znieważenia (art. 216 § 1 KK: „Kto znieważa inną osobę w jej obecności albo choćby pod jej nieobecność, lecz publicznie lub w zamiarze, aby zniewaga do osoby tej dotarła, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.”, art. 216 § 2 KK: „Kto znieważa inną osobę za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.”).
Z poważaniem
M. Kowalczak
Dział Prawny
Segment Internet
Agora SA
Easy Rider
Ciekaw jestem jaka część blogopisaczy uważa się za swobodnych jeźdźców tej wirtualnej autostrady. Bo tak naprawdę, wsiadając do tego pociągu zwanego przeze mnie blogoprzestrzenią, godzicie się na skrócenie Waszej wolności. Czytaj resztę wpisu »
Fałszywi eksperci
Czy kat i cenzor winni być osobami publicznymi? No właśnie nie wiem. Mnie się zdaje, że mogą być nimi jedynie w amerykańskich filmach sensacyjnych czy innych serialach. Bo jeśli celebryci kopią mi dupę jak zomowcy, to ja mam prawo się przeciwstawić. Mam prawo, a nawet obowiązek, napisać co o tym sądzę.
Wyobrażacie sobie sytuację, że doradca podatkowy czy inwestycyjny ma równocześnie możliwość zamykania firm i tworzenia doraźnego prawa gospodarczego? Sytuację, w której policjant arbitralnie ustala, które informacje są wartościowe dla społeczeństwa? Ustala nawet spis kanonów literatury. “Hrabia Monte Christo” i “Skazani na Shawshank” byliby z pewnością na liście lektur zakazanych. “Rewizor” Gogola może nawet. No dobra, pamiętacie może film “Żandarm z St. Tropez” z Louisem de Funèsem i dalsze, kryminalne perypetie tego sympatycznego, francuskiego łysola. Ale to była filmowa ballada. Czytaj resztę wpisu »
