wirtualne impresje

proces7

Archiwum kategorii ‘Alkoholicy

Miranda warning

z 30 komentarzami

Kiedy “puszczali” “Przypadek” Kieślowskiego i “Przesłuchanie” z Krystyną Jandą (Boże jak można mieć na imię Kryśka!?) byłem gówniarzem. Oglądałem to w kinie Mikro w Krakowie. Nawet nie wiem jaka to ulica była. Zapomniałem. W innych kinach ich nie było, zakazane były.
W tym kinie śmierdziało, ale tam był pianista i grał, warto było tam bywać. Było duszno i cuchnęło potem i przedtem, a ja mam fobię zapachową, jak źle pachnie to uciekam. Jerzy Stuhr tam mieszkał, gdzieś blisko. Pamiętam, że mieszkał tak blisko, że nawet nie miał skarpet jak wchodził do pobliskiego baru po albo przed seansem. Ja nie piłem wówczas, jeszcze nie umiałem pić. Piłem dla szpanu ajerkoniak. Co za syf! Czytaj resztę wpisu »

Written by procesVII

maj 12, 2009 at 3:58 pm

O Pólnocy, Południu i księgowości blogopisania

z 96 komentarzami

O tak! Zdecydowanie herbata Earl Grey to dobry pretekst dla porannej blogowej notki. Ona jakby oddaje ten stepowy, może nawet pustynny, klimat blogoprzestrzeni. Bo taka ta forma podróżowania słów jest. Notatki mieszają się ze sobą, komentarze wachlują gdzieś tam i tu albo tu i tam. Nawet nie wiem gdzie to jest “tu”, a gdzie “tam”. Niezwykłe i dzisiejsze frazy odchodzą w niebyt, zmieszane z wczorajszymi. Czytaj resztę wpisu »

Written by procesVII

maj 8, 2009 at 8:51 am

Motywy Blogopisania

z 20 komentarzami

Pogawędka, chęć narracji, iluzja, że z kimś tak naprawdę rozmawiam, były powodami założenia przeze mnie pierwszego bloga. Doświadczenie istnienia  tej potrzeby płynęło z mej wcześniejszej obecności na czatach i forach. Tam niejako wyczerpały się moje możliwości albo solidnie mi zasugerowano, że jednak nie o wszystkim mogę pogadać.
Moi najbliżsi znajomi wiedzą dokładnie dlaczego piszę w sieci. Dlatego ta cała intymność płynąca z anonimowości jest taka ważna dla mnie. Czytaj resztę wpisu »

Written by procesVII

kwiecień 26, 2009 at 6:25 pm

Ja wam już nic nie pokażę

z 15 komentarzami

Długo nie pisałem, bo byłem załamany moją sromotną porażką w konkursie na Blog Roku. Nie zakwalifikowałem się do dalszej gry w tym turnieju, niestety. Co mnie przybiło, by nie rzec – zdruzgotało.
Przypomnę, że w ubiegłym roku, z moim blogiem Qui penis aquam turbat, wprawdzie wygrałem nagrodę Internautów, ale do dalszej gry również się nie zakwalifikowałem. Czyli tak jak w tym roku jak i w ubiegłym, żaden mój blog nie znalazł się w trzydziestce nominowanych.
Jasne, że znajdą się tacy, którzy będą mnie pocieszać, ale ja w przypadki nie wierzę. Przez dwa lata z rzędu moje pisanie nie zostało dostrzeżone przez jurorów.
Mało tego, mam ten zwycięski blog w Bloksie i -mimo iż miał swoje pięć minut popularności – nigdy nie był on dostrzeżony przez redakcję Gazety.pl i wstawiony na stronę główną. A blogów takich codziennie wstawia się cztery, więc i rotacja jest spora. Powiedzmy, że intensywnie i w miarę regularnie prowadzę tamten blog około 600 dni, co daje 2400 szans na reklamę. Gdybym dobrze pisał, wstawiliby mnie.
Z początku byłem wkurzony, nosiłem się z zamiarem skasowania wszystkiego w diabły i odpuszczenie sobie prowadzenia blogasków. To kupa siermiężnej roboty, jak rąbanie siekierą, a te rozmowy tu to tylko właśnie takie gadanie przy wyrębie lasu. Problem w tym, że ja wycinam nie ten las co trzeba.
Jestem i byłem zaangażowany w kilka tych różnych blogów, a efekty żadne. Literatem czy dziennikarzem albo jakimś redaktorem Internetu nigdy nie będę i trzeba to przyjąć z pokorą i zadumą.
Mógłbym to porównać do fascynacji sportem. Kiedy byłem młodym chłopakiem, inaczej patrzyłem na piłkę czy inne dyscypliny, bo ja teoretycznie jeszcze mogłem być tacy jak kopiące chłopaki, dziś spojrzenie jest inne, bo część tych sportowców jest w tym wieku, że mogliby być moimi dziećmi.

No to jakiż sens tego pisania bloga? Nie chcę nikogo przekonywać do moich poglądów, nie mam nic na sprzedaż, co mógłbym Wam polecać i na tym zarabiać. W nosie mam to jakie produkty kupujecie, na kogo głosujecie i co czytacie, oglądacie, lubicie.
Cóż na takim blogu można sobie wyklikać? Wyblogować? Sławę? Dla pseudonimu bez twarzy? Babę do seksu? Miłość?

Wpadłem nawet na pomysł, żeby tak jak taki jeden, zrobić tu na blogu bezpośrednią transmisję z mojego samobójstwa. W czasie trwania jakiejś uroczystej gali w Onecie i wręczania nagród. Problem był taki, że nigdy nie dowiedziałbym się co miało większą oglądalność. Gala z wręczenia nagród na Blog Roku czy moje samobójstwo?  Myślałem o transmisji i potem retransmisji z tego mojego samobójstwa, ale wyszło mi na to, że najpierw musiałaby być retransmisja, a potem transmisja.
Oczywiście miałem plan. Miało być tak jak w ważnej walce bokserskiej. Najpierw jacyś drobni lansujący się sportowcy i cały ten cyrk reklamowy przed główną walką.
Dla mnie oznaczałoby to, że zajebałbym kilka zakupionych wcześniej pacynek, żeby trochę podkręcić atmosferę. Może jakiegoś króliczka, chomika, rybki z akwarium, kota?
Pisałem do takiego jednego brzuchopierdoły i zapytałem go w liście: jak sfilmować własne samobójstwo, bo ja w tych technicznych sprawach – mimo że jestem inżynierem – cienki jestem. Ale nie odpisał. Może nie żyje?

Nie chcę wykonywać gwałtownych ruchów, ale czas pomyśleć nad zmianami, na które czas nadszedł. I to nie jakimiś półśrodkami typu: redukcja akcesu w blogosferze, wywalenie w kosmos treści i blogów.
Mam z tym problem, bo uważam się za najmądrzejszego, więc rad innych nie posłucham. Zresztą w sieci to wiecie jak jest, gdybym czytał i brał do siebie te wszystkie opinie o mnie i rady dla mnie, to musiałbym już dawno się powiesić. Się albo przynajmniej jakąś pacynkę.

Porażki mnie deprymują, przygnębiają, wpędzają w długotrwałe melancholie. Nie kryłem nigdy, że jestem znacząco zaangażowany w to życie wirtualne, blogopisanie, więc mi najzwyczajniej źle. Smutno i źle i nie wiem co dalej.
Tak spojrzałem w te stare wpisy, moje notatki i myślę sobie, że wszystko to chłam, szmelc i kicz. Stracony czas. I nie widzę żadnego światełka w tunelu, jakiejś jasnej strony. Nic mi te lata blogopisania nie dały, nic nie wniosły czy zmieniły w mym życiu. Jeśli coś zobaczyłem inaczej, to na pewno gorzej. I jutro też będzie jeszcze gorzej. Nie chce mi się uśmiechać do monitora, już dawno od tego odwykłem.

proces7

Written by procesVII

luty 6, 2009 at 11:02 am

Procesa wirtualne impresje

z 20 komentarzami

Nigdy nie wiem jak działa takie odnoszenie się do czyjejś wypowiedzi w innym miejscu w sieci. Z jednej strony polecam jakiś blog, ktoś zostaje więcej razy przeczytany, stąd – jak wnioskuję – winien być zadowolony. Z drugiej strony kradnę mu niejako komentarze. Przynajmniej ten jeden – mój.
Mam tendencję do przewidywania skrajności, stąd oczyma wyobraźni widzę blogpisaninę, zwaną dumnie i astronomicznie wręcz: blogosferą, jako notki bez komentarzy. Bo każdy może przecież w sposób wolny i nieskrępowany konwencją nie swojego bloga napisać opinię u siebie. Nie narażając się na bany, szykany, blokady i tym podobne wirtualne nieprzyjemności. Czytaj resztę wpisu »

Written by procesVII

styczeń 12, 2009 at 4:51 pm

Ofermy Peerelu

z 58 komentarzami

Mniej więcej każdy wie ile procent alkoholu zawierają pospolite i bardziej szlachetne trunki. Ale ile prawdziwych lat spędziłem na łonie Peerelu, wiem tylko ja. Bo tu nie chodzi tylko o lata metrykalne. Ani nie o niemerkantylne. Idzie tu właśnie o procent zawartości człowieka radzieckiego we mnie. Pewnie, że będę miał awersję, będę ostro dostrzegał tę radzieckość u innych, sam próbując usprawiedliwić swoją. Ale nie ma to tamto: urodziłem się w Układzie Warszawskim, w RWPG i tego nic nie zmieni. Nawet fakt, że umrę już gdzieś indziej. Choć tu tej pewności absolutnej nie mam. Mogę żyć – nie daj Boże – wystarczająco długo i zasypiać w jakimś deja vu. Czytaj resztę wpisu »

Written by procesVII

styczeń 5, 2009 at 8:00 pm

Matki, suki i kochanki

z 69 komentarzami

Nie sądzę by ten specyficzny typ kobiet zrodziła sieć: czaty, blogi czy fora. Myślę, że gdyby nie został wynaleziony Internet, te monstra odnalazłyby równie odrażającą i haniebną drogę ucieczki.
Jak rozpoznać taki typ, sieciowej matki suki, poszukującej wirtualnych kochanków, a przez to dowartościowania się, uznania ich za artystki czy sieciowe damy?
Spędzają one całe dnie w różnych wirtualnych miejscach z przyszykowanymi ripostami, poszukujące mizernego tła w postaci zbłąkanego chamstwa czy psotnego dziecka neostrady. Czytaj resztę wpisu »

Written by procesVII

listopad 26, 2008 at 7:13 pm

Czatowe Zaduszki

z 43 komentarzami

Pamiętam to jeszcze z moich czatowych czasów, kiedy byłem tam częstym gościem. Przez jednych znienawidzonym, bo sporo takich było, którzy czynili wszystko by się mnie stamtąd pozbyć. Wykorzystywali swe znajomości i układziki, by mnie na owych czatach blokować.
Ale byli też tacy, mniej liczni wprawdzie, którzy mnie tam wyczekiwali, niczym proroka i chłonęli każde moje durne i bzdurne słowo.
Takie czaty obserwowałem wiele lat, mniej lub bardziej regularnie, z przerwami i różną intensywnością, praktycznie studiowałem je w latach 2002 do 2007 i zdawało mi się, że wiem na czym one polegają. Ta pięciolatka, niczym plan pięcioletni doczeka się kiedyś swego sprawozdania, choć nie wiem czy tu i gdzie, i jak.
Pięć lat to niewiele, ale można było sporo zaobserwować i dla kogoś kto interesował się problematyką, zmiany te były kolosalne, wręcz rewolucyjne. Tak jak dla mnie.

Pierwszy raz odwiedziłem czaty, ot tak z ciekawości, z głupia frant, jesienią 2002 roku. Wyszukiwarki nie były wówczas bardzo popularne, stąd ludzie nie byli tak oczytani i nie umieli wypowiadać się na każdy temat jak dziś. Był to czat Interii.pl, który był tak napisany, że nie można było tam nic wklejać: tekstów, linków. Po prostu “copy/paste” nie działało.
Potem, z czasem popularne stawały się obrazy z kamerek, rozmowy głosowe i szereg innych gadżetów, które miałyby ten czat ułatwić, uczynić bardziej przyjaznym, a nade wszystko bardziej demokratycznym. I poczynić tę kochaną przez nas iluzję egalitaryzmu.
O ile obrazy z kamerek były wzruszające, a często z początku zupełnie paraliżowały mój czatowy pęd i dezorientowały, to na przykład rozmowy głosowe najczęściej niosły za sobą rozczarowanie. Nie, nie zawsze, rzadko, niezwykle sporadycznie zdarzało się jednak, że ludzie gadają lepiej niż piszą.
Niemniej ta wiedza quizowa była przeważnie u adwersarza drastycznie mniejsza niż podczas rozmowy pisanej, na czacie. Szczególnie zaś w oknie ogólnym czata.
Tak jak też często bywałem w mylnym błędzie, że skoro ktoś dużo cytuje w jakimś obcym języku, to ten język zna i może w nim gadać. Nic bardziej błędnego. Laski, które cytowały znanych obcokrajowców w oryginale, nie kumały co ja do nich mówię w danym języku. Początkowo myślałem, że ze mną coś nie tak albo te gadane komunikatory tak diabelnie wszystko zniekształcają. Ale nie. Skoro rozumieli mnie indagowani o drogę kierowcy tirów czy kelnerzy obcych krajów, to dlaczego miałaby mnie nie rozumieć inteligencja i ludzie z wyższym wykształceniem. Bo tak wynikało z moich czatowych ankiet, większość, a nawet prawie cała większość czatowych stworzonek miała wyższe wykształcenie.

Nieraz zdarzyło mi się zażartować, by któraś pokazała na przykład cycki w kamerce. Czasem ten żart był taki dość pruski i niezbyt subtelny, bo pisałem: nikt mnie nie kocha, jestem taki samotny, nie widziałem wiele lat rozebranej dla mnie i tylko dla mnie kobiety.
Takie seanse i różnego rodzaju striptizy były pewnie o wiele bardziej krępujące dla mnie, niż dla czatowej striptizerki. Często się czerwieniłem i opuszczałem obraz na pasek. No i oczywiście czułem się zobowiązany powiedzieć coś w stylu: o tak, jesteś piękna i wyjątkowa.
Trudno mi było potem powiedzieć do takiej już widzianej artystki scen czatowych, że na przykład jest ciężką dupą, samotną starą prukwą czy pasztetem. Bo przecież w taki sposób naruszyłbym tajemnicę spowiedzi wizualnej.
Inna rzecz, że akurat te, które miałem okazję oglądać w pełni wdzięków i walorów, tych bardziej lub mniej intelektualnych, były po prostu ładne. Ale oczywiście może to być moje bardzo subiektywne spojrzenie, bo jak powszechnie wiadomo jestem niespełnionym, napalonym i śliniącym się na widok nagiej kobiety, starym capem.

Sądzę, że nie jest to tylko mój subiektywny pogląd i ogląd na rzecz, bo czaty dla młodzieży, przykładowo na O2.pl, praktycznie nie istnieją, to samo tyczy czatów tematycznych, a nawet towarzyskich. Tak też jest na Interii, gdzie królują czaty z kamerkami i cyberseksem. Na gazecie czaty zdechły, bo były zarządzane przez tę samą ekipę co dziś agorowe blogi i fora, więc nie wróżę im sukcesów.
Upadają nawet czaty dla dojrzałych, gdzie przecież schodzą się pijące do monitorów, przegrane życiowo alkoholiczki czy też ludzie, którzy na emeryturze pozwolili sobie na odrobinę luksusu i wykupili internetowe łącze w promocji. I poszukują w tych sanatoriach skarbów, białych i czarnych kruków i wron, które przecież już nikogo nie rozdziobią. A stary Bruno nie chce ruszyć na piwo, bo już go tam nie brakuje. Bruno, stary kwiat, który zawsze myślał, że porusza się w czacie. Nie podejrzewał i nie chciał wierzyć w to, iż był w centrum, bo on był punktem odniesienia w tym układzie inercjalnym. Czat krążył wokół niego, ruchem miarowym, jednostajnym i całkiem prostoliniowym.

proces7

Written by procesVII

listopad 22, 2008 at 2:24 pm

Królewna Procesja i Siedmiu Krasnoludków

z 27 komentarzami

Sprawa Hotelu Lonstar staje się coraz głośniejsza na tym wirtualnym zadupiu, jaki tworzą pewne kamienne kręgi towarzystw wzajemnej adoracji i reasekuracji blogowych.
Dostaję listy z pytaniami, jestem indagowany na priv, czy aby to mnie i moje życie autor tam opisuje.
Pominę stek bredni, w których sugerujecie mi, że Lonstar, autor bloga Krasnoludkowa jest jednym z moich siedmiu krasnali ogrodowych, tym siódmym, brakującym ogniwem w teorii Krasnala. A na jego blogu znajdują się portrety przodków Lonstara, które miałyby rzekomo przypominać mu o jego dziedzictwie. I teraz właśnie, kiedy wyrwał się ze swej karłowatej niewoli i dzięki impresjom w Hotelu Lonstar, uzyskał wymiar kingsajz. I to na dodatek dzięki moim dostawom proco cockty.
Weźcież się puknijcie w łeb! Autor oświadczył jasno i wyraźnie, że podobieństwa do osób czy zdarzeń realnych w jego blogowej operze mydlanej są zupełnie przypadkowe. Napisał też, że nie jestem na tym blogu adminem. Jeśli ktoś założy blog, może oddać hasła i wówczas traci wszelkie uprawnienia. Przyjrzyjcie się najpierw meandrom prowadzenia bloga na WordPressie, a potem stawiajcie pytania i snujcie swe wizje.

hotel_polter

Padają oskarżenia, że skorumpowałem Lonstara i nakazałem mu prowadzić ten blog by zwiększyć sobie popularność. Cóż za wierutne bzdury!
Oświadczam, że obecnie nie mam nic wspólnego z tamtym blogiem. Nawet tam nie komentuję, by nie narazić się na dodatkowe pomówienia i oszczerstwa.

Niektórzy nawet w swych fantazjach posunęli się tak dalece, iż domniemają jakobym był ojcem autora. Ojcem, którego nigdy nie miał okazji poznać, bowiem porzuciłem jego matkę, podczas gdy ta była jeszcze brzemienną. I teraz ów mści się za to schrzanione, krasnoludkowe dzieciństwo, które w żadnym razie nie przypominało bajki. Ależ macie fantazję! A kiedy przeglądam tamtejsze komentarze, widzę ile w Was nienawiści i tej okrutnej i durnej Schadenfreude.
Któż mógł wymyślić historię jakobym był zdolny do spłodzenia krasnala? Uważacie mnie za czarnoksiężnika? I czy słyszał ktoś z Was aż tak nieprawdopodobną, acz nie powiem, wzruszającą historię: syn odnalazł swego ojca w blogosferze. Ojca, którego nigdy nie widział!
wagina_lonstar Czy mój skromny i nic nieznaczący plemnik mógł zabłąkać się w świecie baśni i dokonać cudu? Cudu na miarę waginy wszech czasów? Przedostać się do skutego lodami łona w krainie śniegu? Niczym lodołamacz z napędem atomowym? Odpowiedzcie sobie na to pytanie.
Nawet Pudelek czy Pardon nie wymyśliliby takiej chały. Ale Wy owszem. Świadczy to jedynie o tym, że jesteście totalnymi durniami.
Ostrzegam, jeśli ktoś w tej sprawie będzie pisał do mnie listy bądź wypytywał mnie na komunikatorze o dalszy bieg zdarzeń, zablokuję, zignoruję i wywalę na zbity pysk!

Zresztą nawet, no załóżmy, gdyby historia z cudownie odnalezionym ojcem Lonstara była prawdziwa, to czy autor przedstawiałby swojego starego w tak niekorzystnym i ułomnym, wręcz w karłowato – krasnoludowym świetle? Żaden przyzwoity i szanujący się krasnal ogrodowy nie będzie srał do swojego ogródka.

Blog Hotel Lonstar jest mi zupełnie nie na rękę, ponieważ stawia mnie w niekorzystnym świetle. Zakładając, że jest on satyrą na mnie tworzoną przez tego skrybę.
Jak wiecie od dawna pracuję w sieci na swoje dostojne, wręcz monumentalne i nieskalane image. Więc jakiż sens miałoby dla mnie wspieranie, linkowanie czy w ogóle istnienie tego bloga? Czy myślicie, że dziś w dobie twardego i brutalnego marketingu grafomanów blogowych, byłoby mnie stać na taką drwinę z mych Czytelników i Komentatorów?

Wiem, że nie przekonam tych, którzy uważają mnie za kłamcę, bo dla nich zawsze będę blagierem i klownem.
I niech myślą, że to mój blog. Ale chyba są tu jakieś dobre i szanujące mnie duszyczki, które mi uwierzą, że z Hotelem Lonstar nie mam absolutnie nic wspólnego. To robota wrogich sił, wichrzycieli, mącicieli i elementu antyspołecznego! Zachowajcie olimpijski spokój i lodowe oblicze królowej śniegu. Jak u braci Grimm.
Ufam, iż są jeszcze tacy, którzy mnie cenią i szanują. Oni będą wiedzieć, że to nie moja robota, ta cała, obrzydliwa i żenująca farsa, opera za trzy zafajdane, blogowe, szaro – mydlane grosze.

proces7

Written by procesVII

listopad 19, 2008 at 4:53 pm

Sypiałem z Flintą

z 10 komentarzami

Zdobyłem się na to wyznanie, bo już upłynęło nieco czasu od tamtych chwil. Ona była między mymi udami, a ja błyskawicznie zasypiałem tuląc ją do siebie. To były jeszcze dawne czasy, wszystko było proste, nie trzeba było pętać krów. Miło było patrzeć jak bydło schodzi do strumienia o zachodzie. Czytaj resztę wpisu »

Written by procesVII

listopad 10, 2008 at 6:35 pm

Nieczerwone latarnie Arlbergu i symetryczne usta

z 14 komentarzami

Nie, ja się nie napiję w żadnym razie. Za godzinę jestem umówiony w firmie, tam jest sztywno, gdyby poczuli ode mnie alkohol albo, nie daj Boże, jakieś rozluźnienie wynikające z porannych drinków, to byłoby niezręczne.
Dziewczyna, która uwija się za barem, ma symetryczne usta, zarówno w pionie jak i w poziomie. Zamówię espresso, ale jeśli mają niedobrą? Może lepiej ovomaltine, które wcale nie jest tu smaczne jakby mogło się zdawać, coś z proszku i tyle. Czarna herbata byłaby najbezpieczniejsza. Czytaj resztę wpisu »

Written by procesVII

maj 25, 2008 at 3:48 pm