Archiwum kategorii ‘Afery i Aferzyści’
RIP
Czyli: Redaktor Internetu Proces
Moja agonia blogowa przeciąga się nieco, pewnie powinienem wszystko zostawić w diabły. Albo skasować. To chyba dylemat każdego blogowego więźnia. Kasować czy nie kasować? Oto jest pytanie. O ile dobrze pamiętam, zawsze pozostawiałem wersje archiwalne miejsc, które redagowałem w sieci. Nawet jeśli były totalnie popsute, bezsensowne czy miałem świadomość, że już nigdy nikomu na nic się nie zdadzą.
Bo cóż oznacza rest in peace dla wirtualnej kafejki, miejsca spotkań i pogawędek? Moim zdaniem, jeśli jest martwa, nie ma woli ni możliwości jej reanimacji bądź nadziei na cudowne wskrzeszenie, można ją odciąć jak zwłoki wisielca albo pozostawić dyndającą.
Do Poltergeista (Poltera) nie byłem jakoś szczególnie przywiązany. W porównaniu z innymi miejscami, które współkomponowałem. Oddalam się od wirtualnego życia, stąd i moje więzi z takimi miejscami są słabe. Nie to co dawniej, kiedy mocno korzeniami wrastałem w te sprawy, angażowałem się i najczęściej zostawałem szefem sztabu, zarządzającym czy tam naczelnym redaktorem – Internetu – rzecz jasna.
Ale cóż, taki redaktor, na przykład znana Wam RIS (Redaktor Internetu Siwa) czy RIO (Redaktor Internetu Ols), kasują sobie fora, blogi, przeszkadzają innym w dyskusji, banują, cenzurują, a na dodatek biorą za to kasę. Sami gówno potrafią rozkręcić. Minus dziesięć w Rio, dżuma w Siwa Fe… A ja miałbym za friko prowadzić redakcję forum czy bloga, a na dodatek być kontrolowanym przez platformę, która absolutnie wiertniczą nie jest, choć tryskają w niej bluzgi na właściciela, ojca chrzestnego czy patrona owej sieciowej kafejki? Kafejki, bo pijemy przy niej poranną kawę czy wieczornego drinka i czytamy, dołączamy do nurtu dyskusyjnego, czujemy się na tyle dobrze z otwartym na niej monitorem, że powracamy codziennie.

Odciąć zwłoki czy nie? That is a question.
Poltergeist miał długą żywotność, niemniejszą niż trwanie Konfraterni, Lotu nad bocianim gniazdem, Zawróconych w Czacie czy Lokomotywy. Były i Cyce, i inne Catche 22 i Cycoramy, ale któż to jeszcze pamięta? Z doświadczenia wiem, że bez takowej bazy, towarzystwa wirtualne podlegają szybkiemu rozkładowi. Tematem rozmów są plotki czy wydarzenia związane z komentatorami bądź redaktorami takowych rozmów. Jeśli nie ma pretekstu, gdy nie ma kawiarni, w której podają espresso czy frappe, nie ma motywu do zagadania, nie ma wspólnego zazębiania się. W końcowym efekcie zanika, nietrwała przecież, wirtualna więź. Owszem, jeśli zawiązało się z kimś mniej lub bardziej prywatny kontakt, wówczas istnienie takich miejsc dla subtelniejszej i rozwiniętej relacji jest obojętne. Wirtualne życie jest tak samo brutalne i prozaiczne jak realne. Nie ma pogawędki w komentarzach na blogasku – nie ma żadnych związków. Umierają z czasem bezpowrotnie. Tu można się zastanawiać, czy warto o takie, przecież guzik warte relacje, zabiegać. Pielęgnować je, starać się i troszczyć.
Tworzenie trwałych wirtualnych agregatów towarzyskich nie jest wcale łatwe, bywa nawet stresujące. Sam miałem zawsze nieco szczęścia, bowiem zawsze obok pojawiała się jakaś zapatrzona we mnie kura, która odwalała za mnie sporą część fizycznej pracy związanej z tworzeniem wirtualnej dyskusji. Ale miało to też swe złe strony, kurka, miast przestrzegać dyscypliny służbowej i poprawnych relacji między współpracownikami, być moją prawą ręką, najczęściej zakochiwała się we mnie. I oczywiście, prędzej czy później, pojawiało się nieformalne żądanie gratyfikacji. W postaci zaspokojenia jej miłosnych żądz rzecz jasna. Kiedy zauważała, że sytuacja jest beznadziejna, że ani z prawej ręki, ani z lewej, bo serce jest po lewej stronie, zaczynała wątpić i popadać w apatię. Czemu się nie dziwiłem. Przecież ja również oczekiwałem wynagrodzenia, w postaci sławy i uznania, w formie glorii i splendoru spływających na kapitana zwycięskiej drużyny. Mnie interesowały takie sieciowe punkciki ze względu na ekspansję, wzrosty statystyk, ale też opadania, załamania, doły, fazy plateau. Fascynowało mnie obserwowanie siebie jako uczestnika gry w teorii gier wirtualnych. Potem te nastroje się stonowały, by opaść bezpowrotnie, bez szans na podźwignięcie się. Zupełnie jak mój penis. Po cóż mam zatem bajerować laski, wzbudzać ich podziw i emocje, skoro pukał ich nie będę?
O wdzięczności, szacunku możecie zapomnieć, dawno na to przestałem liczyć. Nawet niektórzy przekręcają potem chronologię, istotę rzeczy i historię, ale nie ma się czym przejmować, ci co mają wiedzieć, znają przeszłość.
Podziękowania dostanę być może w grobie, jeśli dożyję do tego czasu.
Tak mniej więcej można zobrazować moje gry czatowo – forumowo – blogowe. Satysfakcja, spełnienie, były jedyną nagrodą, jak butelka burbona u szczytu wspinaczki górskiej, jak spacer zakończony filiżanką espresso albo mordercza gra miłosna zakończona papierosem po. Ten cel motywował rozgrywkę, zagrzewał do boju i zachęcał do pracy. Bo przecież nie wszystkie czynności związane z prowadzeniem forów czy redakcyjnych blogów są przyjemne. Czasem trzeba było odwalać czasochłonną siermięgę: sprawy techniczne, zebrania i dyskusje z współredaktorami, podsycanie konfliktów, wygaszanie iskier ze zgrzytów między komentującymi (rzadsze), manipulowanie kurami i męskimi pindziami blogowymi i te pe, i te de.
Co do Poltera sądzę, że – z mej perspektywy – jego formuła się wyczerpała, tak jak dla mnie zużyły się formy: czatów czy forów. Zblakły mi, a może nawet obrzydły. Wizja i presja administracyjnej pały, nahajki tępicieli trolli, są dla mnie przygnębiające. Nie wspominając o najzwyczajniejszym braku czasu, który nie pozwala mi na troskę ciecia i klowna. Piszę o tym, bo wiem, że po zamknięciu Poltera, niektóre z wirtualnych oczu zwróciły się w mym kierunku. Przykro mi: nie chcem i nie muszem.
Za długo bywałem na czatach, dostatecznie często też na forach, wiele blogów zwiedziłem, zdaje mi się, że już wszystko wiem na ten temat. Wydaje mi się, że trwałość i organizacja miejsc, które współtworzyłem były dobre. Te wirtualne zadupia spełniały też podstawowe zasady wolności w sieci, nie sięgały ich cenzura i bany, prócz zewnętrznych interwencji grup szturmowych powiązanych z władzą.
Znając życie, zrodzi się coś nowego, może dopiero po kilku próbach stanie się fajnym, codziennym zakamarkiem wirtualnego zadupia. Im dalej w sieć, im więcej takich miejsc człowiek przeżył, tym mniejszy sentyment pozostaje. Potem, za którymś tam razem, mniej się angażujemy, zostawiamy coraz mniej siebie. Przez ostrożność może? Rutynę? Ale jakąś cząstkę siebie jednak oddajemy, która – z wersją archiwalną czy bez – niech pozostanie w pokoju.
proces7
Galerianki z dworca Zoo i pianiści
Wbrew pozorom, sprawa Romana Polańskiego będzie mieć swe moralne, etyczne i – być może nawet – prawne następstwa. Przecież Lokator mógł iść w zaparte, zmienić zeznania, powiedzieć, że do niczego jednak wówczas nie doszło. Wielu polityków tak czyni. Idą w zaparte i już. Przykłady znacie. Skoro prezydentowi Billowi Clintonowi udało się wykluczyć seks oralny z relacji seksualnych w pełnym sensie, być może i seks analny będzie kiedyś w ten sposób zrelatywizowany. Wszakże taki rodzaj seksu nie grozi ciążą. No i kobieta nie traci dziewictwa podczas takiej penetracji. Zresztą – powiedzmy sobie szczerze – małolaty robią chłopakom loda i nie jest przez nich traktowane jako coś zobowiązującego. Ułatwieniem jest brak zagrożenia niechcianą ciążą i związany z tym brak potrzeby antykoncepcji. Przy innego rodzaju pieszczotach czy formach relacji seksualnych, kobieta pozostaje dziewicą. W zamierzchłych i wymarłych kulturach było to nawet wymagane od kobiety, cnotę traciła w noc poślubną. A każda inna forma zbliżenia – poza klasyczną – pozwalała jej owe dziewictwo zachować i nie musiała się przed mężem tłumaczyć.
Tak sobie myślę, że gdyby Polańskiego uniewinniono, wielu znanych artystów, polityków mogłoby dokonać tego typu coming outu. Przyznać się do takowych relacji z przeszłości. Przypomnijcie sobie, ci którzy jeszcze pamiętają i żyją, jak to w naszym dzieciństwie czy młodości homoseksualizm nie był społecznie akceptowany. Wiele bram towarzyskich pozostawało zamknięte dla gejów. Dlatego musieli się z tym ukrywać. Stopniowe oswajanie tematu, ujawnianie własnych upodobań seksualnych przez znanych i sławnych ludzi, rozmiękczyło sprawę, oswoiło i ujarzmiło poglądy społeczne, i dziś, w wielu kręgach, bycie gejem jest nawet trendy czy tam jazzy. Ale na to trzeba było wielowiekowej ewolucji w naszym myśleniu.
Doskonale też pamiętam czasy, kiedy byłem w wieku ofiary gwałtu twórcy “Noża w wodzie”, no może ciut starszy, wiele rzeczy było dozwolonych, w zasadzie wszystko, co nie groziło ciążą. Kiedy byłem młody, a było to cholernie dawno, antykoncepcja nie była tak popularna jak dziś.
Ponadto, zbiegiem okoliczności dochodzi do całej tej – rozszerzonej już przecież – dyskusji niedawna prezentacja filmu “Galerianki” Katarzyny Rosłaniec. Cudo kinematografii to nie jest, ale otwiera pewien problem, który z pewnością spowoduje szereg dyskusji. Rozmów, przykładów, odwołań, które z pewnością zmienią, zmodyfikują, o ile nie zrewolucjonizują, nasze poglądy na tę kwestię. Na pewno rozszerzą perspektywę.
Przyznam, że temat dziewczyn z centrów handlowych jest dla mnie nowy, dowiedziałem się o nim z mediów. Być może dlatego, że nie bywam w galeriach, a jeśli już bywam, to tak marzę, żeby się stamtąd wydostać, że nie zwracam uwagi na kręcące się tam laski. Znam się świetnie na burdelach, jestem wybitnym ekspertem w sprawach prostytucji, co kiedyś wam niezbicie wykażę, ale o tym galeriańskim procederze do niedawna nie miałem zielonego pojęcia. Jest to oczywiście świetna reklama dla wszelakich centrów handlowych, bo nawet taki odporny na reklamę i nowoczesne trendy beton jak ja, odwiedzę parę galerii i być może zakupię nieco świecidełek i gadżetów. Skoro Polański mógł, a nawet go to zainspirowało do dalszej, wspaniałej notabene, twórczości, to i ja spróbuję.
O galeriankach dowiedziałem się relatywnie niedawno, ale oba przypadki, ten twórcy “Pianisty” jak i dziewczyn z galerii, pozostają dla mnie w ścisłym związku.
I od razu przywołują w pamięci, doskonały niemiecki film “Wir Kinder vom Bahnhof Zoo” (My dzieci z dworca Zoo, historia Christiane F). Film zrobił Ulrich Edel w 1981 na podstawie książki pod tym samym tytułem. A historię spisali dziennikarze “Sterna”, na podstawie zapisów magnetofonowych z Christiane F. (Christiane Vera Felscherinow).

My, dzieci z dworca Zoo
Tam wprawdzie problem jest poważniejszy, bo dotyka kwestii prostytucji nieletnich narkomanów, którzy są zmuszeni przez nałóg do świadczenia usług seksualnych za pieniądze.
Dwa kadry z filmu “My, dzieci z dworca Zoo”

Film prawie tak stary jak grzech Polańskiego, ale naprawdę polecam, a szczególnie tym, którzy mają dzieci w nastoletnim wieku. Zdobądźcie dla swoich pociech ten film, a nie pożałujecie. Sami też przy okazji obejrzyjcie. Możliwe, że dzięki temu, wspomnianemu przeze mnie, obrazowi, unikniecie wielogodzinnych pogadanek moralizujących ze swoimi dziećmi, a będziecie mieć czas na szperanie w blogoprzestrzeni. Jakże cenny czas. Pewne sprawy wam się powiążą zespolą, odnajdziecie nowe konteksty.
Na pewno też zmienicie perspektywę w spojrzeniu na Galerianki oraz nieszczęsny przypadek (curious case) Romana Polańskiego.
proces7
Pięć franków, biały lokator i lolita
Ponoć istnieje tajny projekt, który przewiduje kasowanie blogasków, które nie zajęły stanowiska w sprawie Lokatora, aktualnego Le Locataire zuryskiego więzienia. Więzień ten, czekający na ewentualną ekstradycję do Stanów Zjednoczonych, dostaje dziennie pięć franków szwajcarskich kieszonkowego, plus ciuchy i żarcie, rzecz jasna.

Za pięć franków można kupić paczkę fajek, takich poślednich, bo średnio kosztują 6.50 CHF. No ale w więzieniu to się pali byle co chyba.
Tak przy okazji, pięć franków, tyle że francuskich, miał bohater “Białego” z tryptyku “Trzy kolory”. Wprawdzie były to franki francuskie, ale akcja “Lokatora” rozgrywa się przecież w Paryżu, tak jak notabene fragment “Białego”. Białego jak śnieg, który ma oznaczać równość. Równość wobec prawa, w którą Krzysztof Kieślowski wątpi. Dziwne to jest, że Kieślowski tak we wszystko wątpił, nawet w istnienie Boga, a jego filmy są mimo to takie dobre.
Karol Karol – grany przez Zbigniewa Zamachowskiego – zużywa trzy franki na telefon (dokładnie 2.80 FRF) do – wtedy już – byłej żony. W pewnym sensie jest to seks telefon, ale przecież nie będę Wam opowiadał całego filmu.
Sprawę wszyscy znacie, ja zaś tylko spieszę z uzupełnieniem. Chcę wykazać, że jestem pełnoprawnym i zdyscyplinowanym członkiem blogoprzestrzeni, więc wspomnę o tym nożu w wodzie czy zębie ukrytym w ścianie.
Kto pamięta “Lokatora”, wie, że bohater Trelkovsky, grany przez Polańskiego, skacze dwa razy, tak jak listonosz pukał dwa razy, a z oboma sprawami związana jest poniekąd osoba Jacka Nicholsona z “Chinatown”. Polański pukał chyba tylko raz i to ponoć od tyłu.
Anagramy i zagadki były zaś specjalnością pisarza i szachisty Vladimira Nabokova. Tego samego specjalisty od literatury, szachów i nimfetek, który podsunął pomysł Adrianowi Lyne, a wcześniej Stanleyowi Kubrickowi. I – niestety – Romanowi Polańskiemu. Gdyby w owym czasie, te trzydzieści lat temu z hakiem, Polański nakręcił film o tym, co naprawdę był uczynił nie czyniąc tego zarazem, wówczas idę o każdy zakład, że dostałby Oscara. Bo jest wielki.
Brnę sobie po tych wariacjach nie na temat i nieścisłościach, bo ja nie zajmę żadnego stanowiska w kwestii Romana Polańskiego. Sądzę, że zajmowanie stanowiska, nawet przez przyjaciół wielkiego reżysera, tylko mu szkodzi. Wiadomo: nagonka na pedofilów i – idąca za tym – chęć pokazania nieuchronności i powagi kary, zmusi sądy do surowości. Szwajcarzy mają z Amerykanami na pieńku przez te całe tajne konta i żydowskie pieniądze, więc będzie to dla nich medialna szansa dla rehabilitacji. Wprawdzie sądy są niezawisłe, ale, że zacytuję fragment z ‘Białego’: widzę światełko w tunelu. Współżycie z nieletnimi jest karalne też w Szwajcarii, więc potrzeby ekstradycji nie ma. Proces może odbyć się u Helwetów.
Hipokrytą nie będę i powiem szczerze, że wykorzystanej wiele lat temu dziewczynki wcale mi nie żal, a i bardzo się cieszę, że Polański nie spędził wówczas kawału życia w jakimś więzieniu, tylko zrobił doskonałe filmy, którymi mogłem się delektować. Raduję się, że umknął amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości i życzyłbym mu by nadal umykał.
Przy okazji chciałbym wam napisać, że to co zrobił reżyser, nie ma nic wspólnego z pedofilią. Pedofilia nie jest karalna, tak posiadanie penisa nie jest gwałtem. Nie każdy pedofil jest przestępcą i nie każdy uprawiający seks z nieletnią jest pedofilem. Więc nie czytajcie głąbów, którzy piszą o tym w ten sposób. Oni nie rozróżniają pojęć: warunek konieczny i wystarczający.
Media sugerują, że reżyser jest już stary i miał pecha, że szwajcarska policja złapała go przed śmiercią. Ale bohater “Lokatora”, kiedy okazało się, że pierwszy skok z okna przeżył, wczołguje się po raz drugi do swojego mieszkania i skacze drugi raz. Nie, nie chcę tu wyrażać absolutnie żadnej opinii. Że Roman Polański swoje przeszedł w życiu i ten fragment po dokonaniu przestępstwa, a może nawet zbrodni, za którą niektórzy chcieliby go wykastrować chemicznie, to właśnie takie wczołgiwanie się po raz wtóry by się unicestwić.
Osobiście sądzę, że proces i surowy wyrok dla Romana Polańskiego jest na rękę politykom walczącym o swoje elektoraty, stąd obstawiam, że będzie z nim źle.
Swoją drogą to dziwne, że ten nóż z wody, ten ząb ze ściany (to była jedynka) wyjęto teraz… Nie wierzę w to, że wcześniej, przez ponad trzydzieści lat nie było sprzyjających okoliczności ku temu. W sumie polskie służby specjalne mogły go przechwycić u nas w kraju i wytargować za niego jakąś tarczę albo zniesienie wiz do USA. Cokolwiek by wleźć Jankesom w dupę. Tyle, że tym dorosłym, legalnie.
Tak właśnie wygląda przestrzeń blogowa, piszący komentują dane wydarzenie. W zasadzie piszą o tym samym, tak samo, korzystają z podobnych źródeł i toczy się gra: kogo wyszukiwarki polubią. Zupełnie nieistotnym jest co i jak i czy odniosę się do kwestii Lokatora. Ważne jest to, ilu ludzi tu zerknie. I rację mają ci, którzy mają więcej fanów albo czytelników. Więc co tu mówić o blanc égalité w opiniach. A sędziowie i politycy są przecież też ludźmi, takimi jak my. Kieślowski miał rację w “Białym”, równość wobec prawa w demokracji to mrzonka. I ja tu nie wyrażam osądu, bo ci którzy są na wolności, zawsze będą mieć rację nad tymi za kratkami. Choć często sam nie wiem, po której stronie krat jestem. Przecież Humbert Humbert (u Kieślowskiego też jest Karol Karol) Nabokova spisał swe wspomnienia w więzieniu, tęskniąc za swą Dolores Haze. Nimfetką – lolitką, która zmarła w wieku lat siedemnastu w Wigilię, przy porodzie. Niedługo po Humbercie, który zmarł na zawał serca w więzieniu, w roku 1952, trzydzieści osiem dni przed Dolores.

Jeremy Irons w roli Humberta Humberta i Dominique Swain jako Lolita – Dolores Haze. Adrian Lyne, 1997.
Taka miłość czy pożądanie do nimfetek to Skaza, którą może znacie, też z J. Ironsem. Tam winowajca sam siebie karze zsyłką. A kobietę – femme fatale – gra Juliette Binoche, Kieślowska Trójkolorowa, choć jak najbardziej niebieska.
Te związki, te aluzje, paradoksy, komedie i tragedie, przypadki, niesprawiedliwości i życie w grzechu, i przestępstwie, i w potępieniu albo kontrowersji, tworzą wielką literaturę i magiczne kino, które kocham. Roman Polański na pewno mnie do tej miłości inspirował, kiedy czytałem o nim jeszcze jako piękny i dwudziestoletni. Bo Hłasko o nim wspominał, jakby ktoś nie wiedział. Ponoć potrafił zagrać wszystko. Może on wciąż gra, a być może nawet reżyseruje. A my czekamy w napięciu. Bo tak pięknie to wszystko się składa i przeplata, przebarwia i lśni.
proces7
Nie klikam w reklamy na blogach
A pojawiło się tego sporo, niczym grzybów po deszczu. Cena będzie spadać, a i sporo robaczywych też się trafi.
Jeszcze nie tak dawno, kiedy blogopisanie pochłaniało mnie w znacznym stopniu, zastanawiałem się – pewnie inni blogopisacze też to czynią – jak pisać. Czy robić to regularnie bez względu na to czy mam coś do opowiedzenia? Używać chodliwych i miłych wyszukiwarkom fraz by pozyskać wysoką pozycję, która dawałaby złudną satysfakcję, że jestem chętnie czytany? Przyjemność iluzoryczna, ale jednak miłe uczucie. Choć już dziś dla mnie to obojętne. Czytaj resztę wpisu »
Barwy walki
Tak sobie dumam: jeśli ja mam jakieś fajne myśli i historie do opowiedzenia, to szkoda mi, jakby żal się dzielić tym z innymi. Opowiem je bliskim, tym, do których coś czuję. Marnotrawstwo puszczać to w blogoprzestrzeń. Nawet jeśli są to nieciekawe i banalne opowieści.
Kiedyś na czatach pisałem, że jeśli chcesz kogoś usłyszeć, musisz mu coś o sobie opowiedzieć. Taka banalna prawda, truizm.
Z tych historii co opowiadam, to co ja mam? Sławę? Pieniądze? Czytaj resztę wpisu »
Miranda warning
Kiedy “puszczali” “Przypadek” Kieślowskiego i “Przesłuchanie” z Krystyną Jandą (Boże jak można mieć na imię Kryśka!?) byłem gówniarzem. Oglądałem to w kinie Mikro w Krakowie. Nawet nie wiem jaka to ulica była. Zapomniałem. W innych kinach ich nie było, zakazane były.
W tym kinie śmierdziało, ale tam był pianista i grał, warto było tam bywać. Było duszno i cuchnęło potem i przedtem, a ja mam fobię zapachową, jak źle pachnie to uciekam. Jerzy Stuhr tam mieszkał, gdzieś blisko. Pamiętam, że mieszkał tak blisko, że nawet nie miał skarpet jak wchodził do pobliskiego baru po albo przed seansem. Ja nie piłem wówczas, jeszcze nie umiałem pić. Piłem dla szpanu ajerkoniak. Co za syf! Czytaj resztę wpisu »
Mistrzowie Cenzury
Byłbym całkiem zapomniał przedstawić wyniki sondy, którą zaproponowałem już ponad miesiąc temu na tym moim wirtualnym zadupiu.
Mnie one nie zaskoczyły, no może troszkę:

Motywy Blogopisania
Pogawędka, chęć narracji, iluzja, że z kimś tak naprawdę rozmawiam, były powodami założenia przeze mnie pierwszego bloga. Doświadczenie istnienia tej potrzeby płynęło z mej wcześniejszej obecności na czatach i forach. Tam niejako wyczerpały się moje możliwości albo solidnie mi zasugerowano, że jednak nie o wszystkim mogę pogadać.
Moi najbliżsi znajomi wiedzą dokładnie dlaczego piszę w sieci. Dlatego ta cała intymność płynąca z anonimowości jest taka ważna dla mnie. Czytaj resztę wpisu »
Zemsta
Nie umiem się mścić. Nie dlatego, że jestem dobrym człowiekiem, a płynie to z mego egocentryzmu. Szkoda mi czasu pewnie. Nigdy nie umiałem być zawzięty. Z rywalami grałem: przegrywałem albo wygrywałem. Słabszych korumpowałem. Notabene jestem debeściakiem w sztuce korupcji. Czytaj resztę wpisu »
Konfidenci Blogoprzestrzeni
Zainspirował mnie pewien tekst Slimka, który on może uznać za niezbyt istotny w swej blogowej twórczości. Chodzi o to co w tytule: donosić czy nie donosić? Jeśli widzimy blog, który w jakiś tam sposób może łamać regulamin i zasady, to czy powinniśmy złożyć stosowny donos? Do odpowiednich władz? Czytaj resztę wpisu »
Siemaneczko Świrki!
No i jestem, wróciłem na łono blogosfery. Wiem, że wielu z Was było zaniepokojonych. Tu, z tego miejsca chciałbym podziękować wszystkim moim wirtualnym kumpelom i kumplom. To było fajne uczucie mieć Was w wirtualnym pobliżu. Choć sami wiecie, jak to jest z tym pobliżem, trudno tu mówić o jakimś pobliżu w ogóle. Czytaj resztę wpisu »
Wirtualne pały
Pamiętam, a było to kilka lat temu, kiedy jeszcze istniała Konfraternia, Szarm organizował taki konkurs na Wirtualne Pały. Chodziło o ludzi na czacie O2.pl, którzy znaleźli swój najwyższy poziom kompetencji jako czatowi siepacze. Byli jakby do tego stworzeni, wyssali to z mlekiem matki, a czat dopiero ukazał te ich talenty i najwyższy poziom awansu w strukturach społecznych. Tacy urodzeni bananiarze.
W dziale Wirtualne Pały znajdowały się pseudonimy z czata, które uważały, że zło można zabanować, zlikwidować i nie będzie już potem nic, na czatach zasadzi się kwiaty i znajdziemy się w jakiejś wymarzonej, szczęśliwej krainie. Urokiem czatujących i miodem płynącej.
Podczas moich wirtualnych podróży w portalu Gazeta.pl natknąłem się
na takich, których misją, obsesją, a nawet powołaniem, stało się banowanie. Bez możliwości cenzury byliby oni jakby niepełni i nieprawdziwi. Obawiam się, że w realnym życiu żadne z nich nie zarządzało tak potężnymi zasobami ludzkimi, kryjącymi się za pseudonimami, jak właśnie tu w sieci.
Nie chodzi tu też o nerwowe dziewuszki kasujące swoje blogaski, ani o innych takich, co to chcą mieć porządeczek w ogródeczku i rację na swoim blogu. Większość taka w sumie jest, komentarze tam są w szyku defiladowym, pełno w nich ciepła i wymiany uprzejmości. No i czyż taki blogopisacz może kłamać, netykietę złamać? Chyba nie.
No dobra, ad rem. Moje nominacje wyglądają tak:
Naczelny Żandarm Bloksa – Ols. Strażnik moralności, dobrego smaku i manier. Wsławił się egzekucją Cyca naszego ukochanego. Gdy dostrzegł swój błąd, próbował Cyca w rynsztok zgrabnie i sprytnie obrócić.
Szefowa grup szturmowych forum Gazety – Siwa. Znana z ze zniszczenia najpopularniejszego i najlepiej zorganizowanego forum Gazety Zawróceni w Czacie. Jednym kliknięciem przekreśliła kilkadziesiąt tysięcy listów, twórczość i pracę kilkudziesięciu ludzi kryjących się za setkami pseudonimów. Forum to wcześniej było nagradzane agorowymi gwiazdkami, było to coś, było wydarzenie. Jeden list, który ją obrażał, wystarczył jej na unicestwienie społeczności, budowanej dziesiątkami tysięcy listów i ponad dwuletnią pracą.
Trzeci niech będzie Kominek, od dawna chełpił się swą władzą i dla niego banowanie jest też formą moderowania, prowokowania dyskusji. No dobra, jego może umieszczam bardziej w celach reklamowych, kiedyś on mnie reklamował, zareklamuję go i ja.
Epigon Kominka Wojciech “Plonk” Orliński. Autor bloga WO (Ekskursje w dyskursie). On też upodobał sobie banowanie, które rubasznie zwie “plonkowaniem”. Podpatrzył u Kominka, pozazdrościł mu popularności i robi to samo. Uczynił z banowania ideologię. Tę najsłuszniejszą. Sam chełpi się faktem, że wyglądem przypomina Ernsta Röhma.
Dalej mamy Eelę, autorkę bloga o Warszawie, ale z blogowania jest mniej znana, mimo usilnych starań Żandarmerii Gazetowej, która jak może promuje jej blog.
Eela rozpoznawalna jest jako “Giwi Gorący Kubek”, oberpolicmajster forum “Kraj”. Gorący kubek, bowiem znana jest ze swego upodobania do gadżetów, więc wszelakie promocje Agory rozchodzą się w jej dłoniach niczym ciepłe bułeczki. I dla innych pod dachem forum i Bloksa nie starcza. Muszą wybierać inne niebo.
Na koniec wstawię Evitę Duarte, cenzorkę i szefową forum “Feminizm” w Gazeta.pl. Dziewczyny tamtejsze, używające bardzo chmurnych i szumnych pseudonimów, mają osobliwy sposób traktowania klientów. Najpierw wchodzi jakaś dyżurna jej koleżanka i nazywa nowego, potencjalnego dyskutanta “gównem” albo stwierdza, że to co on pisze to bzdury, bo “świnia latać się nie nauczy”. I delikwent, który – całkiem nieświadomie i niechcący – wszczął awanturę, dostaje bana.
Większość z tych nominowanych przeze mnie to wspólni znajomi, na pewno wirtualni. Stanowią oni jakoby przyczynek do budowy grup szturmowych bądź specjalnego aktywu, może i nawet przyszłego biura politycznego. Kiedy już w Gazecie nastanie nowe, a jutro pomaszerują dalej. Dopóki nie padnie na kolana ostatni troll.
Raje aborcyjne i pedofilskie
Ogólnie wiadomo, że nasze prawo do aborcji jest relatywnie restrykcyjne wobec stosunku do tego zagadnienia w krajach takich jak Francja czy Szwecja. Kobieta, która chce usunąć niechcianą ciążę, może kombinować w Polsce, schodząc w naszym kraju na drogę przestępczą albo może wyjechać, na przykład do naszych sąsiadów, Republiki Czeskiej i tam ciążę legalnie usunąć. Czytaj resztę wpisu »
Tomorrow belongs to me
Nawet nie bardzo chce mi się odnosić do sekwencji cytowanych przez Dział Prawny Agory, które miałyby uzasadnić skasowanie mojego bloga Cyc. Są to zdania wyciągnięte spośród dziesiątek tysięcy komentarzy, które się tam pojawiły. Niektóre konteksty pamiętam. Idzie rzecz jasna o listę przestępstw popełnionych przeze mnie, które podano mi w uzasadnieniu skasowania mojego bloga, a które zacytowałem w notce poniżej. Czytaj resztę wpisu »
Fałszywi eksperci
Czy kat i cenzor winni być osobami publicznymi? No właśnie nie wiem. Mnie się zdaje, że mogą być nimi jedynie w amerykańskich filmach sensacyjnych czy innych serialach. Bo jeśli celebryci kopią mi dupę jak zomowcy, to ja mam prawo się przeciwstawić. Mam prawo, a nawet obowiązek, napisać co o tym sądzę.
Wyobrażacie sobie sytuację, że doradca podatkowy czy inwestycyjny ma równocześnie możliwość zamykania firm i tworzenia doraźnego prawa gospodarczego? Sytuację, w której policjant arbitralnie ustala, które informacje są wartościowe dla społeczeństwa? Ustala nawet spis kanonów literatury. “Hrabia Monte Christo” i “Skazani na Shawshank” byliby z pewnością na liście lektur zakazanych. “Rewizor” Gogola może nawet. No dobra, pamiętacie może film “Żandarm z St. Tropez” z Louisem de Funèsem i dalsze, kryminalne perypetie tego sympatycznego, francuskiego łysola. Ale to była filmowa ballada. Czytaj resztę wpisu »
