wirtualne impresje

proces7

Gry blogowe

z 12 komentarzami

Nazywam te zabawy, tę formę taniej, wręcz burleskowej rozrywki, grami blogowymi. Zdaję sobie sprawę z faktu, że niewiele one mają wspólnego z grą, bo przecież gra daje rezultat, a rzadziej pozostaje nierozstrzygnięta. Gry blogowe z góry skazane są na brak obiektywnego – a raczej intersubiektywnego, ustalonego między graczami na wstępie – wyniku. Każda ze stron ustali ten wynik arbitralnie. Więc po co grać?
Mogłoby to być i kształcące, ale w treściach, bo w formach gry: strategiach i taktykach nie wymyśliłem jeszcze nic innego, czego nie wymyśliliby pokerzyści. Ale doskonale rozumiem, że dla kogoś nieobeznanego z grą, może to być odkrywcze. Dla mentalnego gracza, nie jest to zajmujące, może służyć raczej popisom, pokazom. Uważam się za naturalnego gracza, stąd muszę bardzo się starać i kontrolować by nie grać. I nie dziwią mnie odkrycia innych, którzy uważają się za graczy, tworząc własne, bardzo doraźne reguły. By dojść na przykład do konkluzji, że kanclerz wcale nie był z żelaza, a kurtyna też nie była żelazną. Ba! Ona nawet nie była kurtyną w żadnym sensie.
W tego typu grach takie pojęcia jak: gra fair, wygrana, przegrana, nie mają absolutnie żadnego wymiaru. Owszem, dla niektórych mogą mieć wymiar doraźny, ale nie ma intersubiektywnych reguł w grach blogowych, stąd towarzystwa są z góry skazane na zaściankowość, na życie i tworzenie na zadupiach. A mnie to nie odpowiada, bo ja to przerabiałem i mi się znudziło. Nawet nigdy za bardzo nie pasjonowało, bo – jak się okazuje – każdy grał w inną grę.
Przykładowo numer z jokerem, czy jak kto woli: blankiem, mydłem scrabblowym, przerabiałem już wieki temu. Kilka osób ma dostęp do jednego pseudonimu, żeby zmieszać style pisania, ewentualne ślady IP. To jest dość praktyczne, ale powoduje brak wyrazistości kreowanej postaci. A ludzie lubią stabilność, szukają stałości w regułach, choćby tymczasowej.
Charakterystycznym symptomem takich gier jest fakt, że nikt nie patrzy na ruch przeciwnika, gra sam, po czym gubi rytm i konstrukcję. Nie ma mowy wówczas o żadnej dyskusji.

Jak to się ma konkretnie do życia w blogoprzestrzeni?
Takie zabawy, z pewnością fajne i zajmujące dla niektórych, kiedyś mnie też bawiły. Ale, niestety, tworzą zamknięte kręgi, blogi otwarte tylko na grupkę znajomych. Dyskusja staje się niezrozumiała dla nawet mało postronnego obserwatora. Blogopisacz winien tego unikać jak ognia.
Sam mam ten problem, bo chcę nieraz napisać tekścik dla grupy znajomych, o nich, ale muszę sobie zdawać sprawę z tego, że taka – jak ta – notka będzie dedykowana, zrozumiała tylko dla kilku osób. Daj Boże zrozumiała! Ale nie mam też złudzeń.
Mnie zależy na tym, żeby nie zamykać się na wirtualnych zadupiach. Taki punkt równowagi trudno znaleźć: z jednej strony mieć na blogu stałych blogoczytaczy, z drugiej zaś dążyć do maksymalnej ich rotacji. Mieć stałych klientów i zwiększać obrót. O wymiarze zysku trudno tu pisać, bo chyba żaden blogopiszący – o ile nie zarabia na pisaniu poprzez reklamę – nie może zamknąć swojej satysfakcji czy niespełnienia w kategoriach kosztów i zysków. Chyba że potraktuje sprawę:  że czas to pieniądz. Wtedy z definicji jest deficytowy.

Innym problemem jest taka rzecz jak tematyka bloga i utrzymanie stabilnej jego linii. Najchętniej założyłbym kilkanaście blogów, w których pisałbym komentarze dla poszczególnych ludzi. Ale skoro na tym głównym mam bałagan, oznaczałoby to nic innego jak tylko rozprzestrzenianie tej rupieciarni.
Myślę, ze to nie tylko moje rozterki, wielu piszących blogi ma ten problem, by jakoś jednak ich książka była spójna tematycznie. A z drugiej strony czasem chciałoby się coś napisać, aż ręce świerzbią. Komentarz na innym blogu czy forum brzmi dla komentującego mniej wyraziście, posiada jakby mniejszą rangę. Choć de facto trudno się z tym zgodzić. Bo jeśli mój blog odwiedza dziesięciu czytelników dziennie, a skomentowane przeze mnie miejsce tysiąc? Teraz nie wiadomo ilu, spośród tego tysiąca czyta tylko siebie i tego, co się do nich akurat odnosi. Do tego dochodzi ewentualna niechęć dzierżawcy czy właściciela strony do potencjalnego komentatora. Dlatego tak nie lubię blogów komentujących aktualne wydarzenia z pierwszych stron gazet czy innych plotkarskich wieści. Bo każdy z takich twórców komentuje, ale u siebie, żeby przejrzeć całą dyskusję, trzeba by odwiedzić kilkaset miejsc w sieci. A prawda jest przecież tylko jedna, a kłamstwo ma niezliczoną ilość twarzy. Stąd – paradoksalnie – najbardziej na kłamstwo narażeni są komentatorzy najbardziej popularnych newsów.
Można wyjść z założenia, że prawdę piszą ci, którzy mają najwyższe notowania w rankingach, wyszukiwarkach. Ale tu byłbym ostrożny. Zaobserwowaliście to w konkursie Blog Roku Onetu, że najlepsze blogi to są te, które dostaną najwięcej SMS. I trudno takie demokratyczne głosowania wprowadzić w sieci. Wiadomości24.pl też mają swój konkurs, ale tam nawet za głos nie trzeba płacić. Wystarczy konto pocztowe. Właśnie przed momentem oddałem testowo kilka głosów na jeden z blogów. Nawet nie trzeba usuwać cookies i zmieniać IP. Wystarczy konto pocztowe, które – na przykład na Tlen.pl – gimnazjalista robi w ciągu kilkudziesięciu sekund. Spróbujcie sobie, jeśli mi nie wierzycie. Oczywiście nie jest to jakaś krytyczna uwaga, bo gdyby przewidywać wszelkie ruchy pomysłowych Internautów, nie można by w sieci niczego – choćby pozornie demokratycznego – zorganizować

Wiem, że tekst powyżej jest mętny, świadomie taki zamieszczam, żeby uczynić to miejsce bardziej elitarnym. Dlaczego nie istnieje słowo “zelitaryzować”?
By spuentować tę krótką teorię gier blogowych, napiszę, że są one konieczne by nie usnąć z nudów, ale powodują też szereg konsekwencji, bo nie da się zaplanować posunięć innych. A mogą być one całkiem nieprzyjemne i spowodować złą i niesprawiedliwą selekcję. Bo jeśli nagle, z nieba spada jakiś blog, który nastawiony jest tylko na krytykę moich poglądów, to trudno mi uwierzyć by było to dzieło przypadku. By ktoś, kto ma do mnie obojętny stosunek emocjonalny, zadawał sobie trud poświęcania mi swego dzieła. Trudno też przyjąć tezę, że to gra na ranking, na zaistnienie w sieci. Są tematy o wiele popularniejsze i bezwzględnie bardziej lubiane przez wyszukiwarki.
I najpopularniejsze blogi mają największą rację, co nikogo dziwić nie powinno. One też zyskują prawo do przypisywania sobie odkryć maluczkich.

proces7

Written by procesVII

luty 17, 2009 @ 9:33 pm

Odpowiedzi: 12

Subscribe to comments with RSS.

  1. Większość świetnie się bawiła przy tych grach, bawiła się do momentu, aż ich nie tknąłeś. A iluż się obraziło, a niby wszystko rozumieli. Niby wspólny humor, zrozumienie, a okazuje się, że każdy śmiał się z czegoś innego.
    Za mocno dostajesz za te gry, zbyt wielu ludzi potrafi żywić prawdziwą niechęć, wręcz złość. Wydaje się to śmieszne, właściwie niedorzeczne a jednak…

    kawa3603

    luty 17, 2009 at 10:44 pm

  2. To nieuniknione, że na blogach zaczyna się zbierać w którymś momencie w miarę stałe towarzystwo. Często te znajomości są przenoszone do swiata realnego (ja tak robię na przykład), wtedy w ogóle tematy notek, komentarze pod nimi i wydarzenia ze świata “równoległego” zaczynają przenikać i stają się dla osoby postronnej, wchodzącej pierwszy raz na blog nieczytelne…
    Tylko nie wiem (o ile dobrze zrozumiałam) czy to jest akurat oznaką elitarności….

    Fiu

    luty 17, 2009 at 11:21 pm

  3. Każdy bawi się świetnie, jeśli śmieją się z innych. Dlatego nie lubię “neutralnych szpagaciar”, które chcą się bawić, ale nie stracić przy tym nic na image.

    No, wyobrażam sobie co tam musi się dziać w Twoim realu, Fiutello. Zresztą blog o tytule “Niewierna67″ jest bardzo sugerujący to i owo.
    “Elitarny” to nie jest takie jednoznaczne pojęcie, zwłaszcza w teorii gier blogowych.

    procesVII

    luty 17, 2009 at 11:36 pm

  4. Nie znam się na grach… I nie lubię być oceniania… Nie potrafisz sobie wyobrazić nawet minimalnie tego co się dzieje w “moim realu”… Ale może to i dobrze.
    Za dużo “nie” w “nie”…
    Nie sugeruj się “wyglądem” bo można bardzo często zrobić komuś tym krzywdę…

    Fiu

    luty 18, 2009 at 4:11 pm

  5. Największa frajda to ocenianie tych, którzy tego nie lubią. Jakąż krzywdę mogę Ci zrobić? Nie przesadzaj.

    procesVII

    luty 18, 2009 at 7:21 pm

  6. Mnie krzywdy żadnej nie zrobisz. Chociażby z tego względu, że wiem jak działają mechanizmy ludzkich zachowań. Jednak nie wszyscy się interesują podobnymi tematami albo uczą w tym kierunku. I właśnie o tych mi chodzi. Bo przypiąć łatkę jest bardzo łatwo. Wmówić nawet czasami, że ktoś jest taki czy owaki… Do tego stopnia, że tej osobie w końcu ta łatka wrasta. I co się wtedy dzieje? To już nie jest łatka a cech tego człowieka…
    Wiem, demonizuję. Ale czasami przerysowanie potrafi dopiero uświadomić niektóre rzeczy.

    Fiu

    luty 18, 2009 at 11:24 pm

  7. Życie to też jedna wielka gra. Nie lubię gier i nie znam się na nich. Myślę o sobie, że łatwo mnie ograć, łatwo zmanipulować. Dlatego pewnie jestem tak pięknie nieprzystosowana.

    I dlatego też jestem tutaj pomimo uczucia, że login Sofijka, to najbardziej sponiewierany login w okolicy.
    Czasem też robię rzeczy, których w życiu bym nie zrobiła z powodu choćby różnego rodzaju zahamowań, blokad czy tzw. poczucia przyzwoitości – przekraczam własne granice. Czasem nie robię tego co bym chciala z powodu tych samych blokad.

    Czy czegoś się nauczyłam? Na pewno.. choć moje wnioski jeszcze się klarują.

    sofijkaa

    luty 19, 2009 at 1:22 pm

  8. Dlatego pewnie jestem tak pięknie nieprzystosowana….
    login Sofijka, to najbardziej sponiewierany login w okolicy…. przekraczam własne granice

    No i weź poczytaj jaka jesteś zajebista. Nie ma takiej drugiej jak Ty. Nie ma na pewno. W całym byłym KDL -u. Wiem to, bo dużo dziewcząt zwiedziłem.

    procesVII

    luty 19, 2009 at 3:14 pm

  9. :(

    sofijkaa

    luty 19, 2009 at 3:46 pm

  10. Wojna a gra w wojnę różnią się tym, że w pierwszym przypadku zostaje narzucone z góry coś, czego my wcale nie chcemy; z kolei grając w wojnę przyjmujemy i akceptujemy pewne warunki tej gry.

    Blogi, które powstają z chęci odwetu i zemsty, próbujące psychicznie wyniszczyć mniemanego „wroga”, to raczej element wolnej amerykanki w wirtualnej przestrzeni. Próba tego, jak dalece można się posunąć w bezkarnym szykanowaniu innych. Czy to gra? Bo w grze, przecież, muszą uczestniczyć dwie strony.

    georgeeliot

    luty 21, 2009 at 12:22 am

  11. Wiesz George, kwestia powinna chyba inaczej zabrzmieć. Bo ani gry, ani gry wojennej w sieci, nikt nie jest w stanie drugiemu narzucić. I sama to napisałaś na końcu, do tanga trzeba dwojga. Do “wolnej amerykanki” też.

    procesVII

    luty 21, 2009 at 4:04 pm

  12. Pomijając wewnętrzną walkę, w wojnie też uczestniczą dwie strony. Jedna, bo tego chce, a druga bo ma do wyboru walkę lub kapitulację.

    georgeeliot

    luty 21, 2009 at 5:08 pm


Dodaj komentarz