Blogowa rutyna
Nie powiem, że wcale, lecz niezwykle rzadko zaglądam w teksty, które napisałem w przeszłości. Kiedy mi się przypomni, że coś kiedyś na jakiś temat napisałem, linkuję to czasem, jako skojarzenie czy reklamę swej dawnej perspektywy. Ale i wtedy też nie czytam.
Większość rzeczy, szczególnie tych, które były nastawione na wysoki obrót, deprecjonuje się najzwyczajniej. Staje się w mych oczach czymś co warte jest jedynie śmietnika. W zasadzie to niewiele mam tekstów dawnych, które by się nie zdezaktualizowały.
Po części wynika to z konstrukcji bloga: coś jest dziś, teraz, notka na wierzchu, potem schodzi do magazynów, katalogu rzeczy bezużytecznych. Coraz częściej łapię się na tym, że są to rzeczy, dziś już wielokrotnie celowo wstawiane, nastawione na duży obrót i mały zysk. Nikła satysfakcja dla mnie, a sporo czytelników. Nie umiem balansować na tej równoważni: piszę bo chcę, bo mam pasję, z drugiej strony zachęcając innych do czytania, komentowania czy posiadania jakiejś opinii na temat. Temat, na który właśnie piszę.
Nie wiem czy to jest dobrze czy źle, że potrzebę narracji rodzi czytelnik, frekwencja i komentarze. Że to te sprawy determinują blog jako obiekt. Bo przecież, nim coś opowiem, zastanawiam się, czy znajdą się chętni by to przeczytać. Potem staje się to automatem, manierą, schematem. Chyba trudno jest powiedzieć, ile w twórcy bloga jest własnej kreacji, ile zaś w nim kopisty. Kopisty, nie plagiatora, bo w sieci słowo plagiat ma inny wymiar niż w realnych odnośnikach blogosfery.
Jedną z najniebezpieczniejszych pułapek, prowadzących do zniewolenia – nazwijmy go – pisarza sieciowego, jest uleganie iluzji, iż dzięki podpinaniu chodliwych i popularnych reklam, odwołań czy nawiązań, ktoś dostrzeże w nim wartość. Bo ciekawie i oryginalnie spojrzał na rzecz, napisał urokliwą pointę dla całości.
Gdyby to przenieść na grunt realny, można by użyć porównania: wydajemy album z nagimi fotografiami gwiazd i “okraszamy” go swoją poezją, impresjami. To po co ludzie kupują ów album? By przeczytać naszą twórczość czy obejrzeć obrazy? Odpowiedź jest jednoznaczna z pozoru, bo gdyby wydać te rzeczy osobno, to efekt można przewidzieć. Dlaczego z pozoru? Bo opinie kogoś sławnego i uznanego byłyby przecież cenniejsze niż komentarze kogoś nieznanego. Choć do tego wszystkiego dochodzi stosowny marketing. Można ludziom wmówić, co lubią czytać i jaki mają gust. I jaką mają opinię na dany temat.
Czytając w Gazecie Tomasza Lisa, można odnieść wrażenie, że Polska prezentuje się fatalnie na olimpiadach w ogóle i że pierwszy udział Polaków w ME w piłce nożnej był porażką. Jakże mieli wcześniej doznać porażki na tej imprezie, skoro nigdy wcześniej na nią się nie zakwalifikowali?
Mało komu przyjdzie do łba, by zerknąć na olimpijską tabelę wszech czasów i zobaczyć, że wyprzedzamy kraje, w których żyje wielokrotnie więcej ludzi niż w Polsce: Meksyk, Brazylię, Turcję, że nie wspomnę o ponad miliardowych Indiach.
Idę o zakład, że w knajpach, tramwajach i na plażach wielu ludzi podzieli opinię Lisa i stanie się propagatorami takiej idei: polski sport jest na dnie.
Nikt nie spojrzy na moją perspektywę, w której stwierdzę, że Polska należy do światowych mocarstw w sporcie. I to w szerokim spektrum dyscyplin, wcale nie niszowych, jak powiedzmy Chiny, które postawiły właśnie na duży obrót. A wychwalani i hołubieni przez redaktora Amerykanie zapewnili sobie prawie połowę złota dzięki jednemu pływakowi – Michaelowi Phelpsowi.
Wracając do moich rozważań, sądzę, że nie da się uniknąć tej potrzeby akceptacji, chęci dowartościowania się, nawet, jeśli mamy świadomość iluzji statystyk, pochlebnych komentarzy, pochwał. Bo przecież tę mocną krytykę możemy na swoim blogu usunąć. Wiadomo, że jesteśmy najlepsi i najfajniejsi, a ci którzy sądzą inaczej, niech spierdalają. Wredne trolle.
Moje pragnienie plasowania się wysoko w statystykach, wyszukiwarkach, tylko chwilami było zabawą. Najczęściej przekształcało się w chęć zniwelowania moich ukrytych kompleksów, ale i też w pragnieniu posiadania złudnej władzy w postaci mocnego głosu, tuby propagandowej.
Na blogu też trudno sprecyzować pojęcie zysku, stąd odniesienie do starej handlowej zasady: duży obrót mały zysk, nie jest nazbyt trafne. Chyba, że istotnie, strona służy do zarabiania pieniędzy. Ale jeśli nie? To po cóż mi w takim razie czytelnicy, którzy przyjdą tu obejrzeć obrazki jakie zamieściłem? Jeśli sam ich nie namalowałem? Nie chcę ich sprzedać? Czy fragmenty filmów, które wprawdzie lubię, ale ich reklamą zainteresowany nie jestem?
Może niektórzy przyjdą, bo będzie im się zdawało, że coś się tu dzieje. Potem, kiedy ich zobaczę, dojdę do wniosku, że tu coś się dzieje. I tak będziemy gawędzić, ulegając wzajemnie iluzji, że piszemy o czymś ważnym.
proces7
“I tak będziemy gawędzić, ulegając wzajemnie iluzji, że piszemy o czymś ważnym.”
Lubię ulegać tym iluzjom i mieć wrażenie, że dzieje się coś ważnego, nawet jeśli to rzeczywiście są iluzje /ale jak im ulegam to nie wiem, że nimi są/.
kawa3603
sierpień 16, 2008 at 7:28 pm
Radość tworzenia i poszukiwań posiada swoją wartość i daje satysfakcję. Całkiem konkretną i bez iluzji. A blog to przecież rodzaj pamiętnika, warto czasami pamiętać o tym. :)
georgeeliot
sierpień 16, 2008 at 11:15 pm
Ale te pamiętniki blogowe często są jedną wielką blagą, George.;)
sprawa7
sierpień 17, 2008 at 2:12 am
W życiu nie pisałem pamiętnika, być może stąd wynikają moje rozterki.
W zasadzie to nie mam doświadczenia, w młodości czy dzieciństwie nie pisywałem blogów.
procesVII
sierpień 17, 2008 at 3:22 pm
Blog- pamiętnik lub i pomnik naszym nastrojom. :)
georgeeliot
sierpień 17, 2008 at 9:06 pm
Bez przesady. Ja tam same ambaje piszę. Skala ważności rzeczy, dla każdego jest inaczej “zwymiarowana”
poltergeist666
sierpień 17, 2008 at 9:41 pm
Chęć określenia co i jak publikuję na blogu powstaje, kiedy zaczynam odczuwać potrzebę tworzenia dodatkowych miejsc w sieci.
Zaczyna się od tego, że czuję, iż chcę nowego miejsca do innej kategorii pisania, a potem, kiedy pojawia się pomysł na notatkę, staję przed pytaniem: gdzie to wstawić?
procesVII
sierpień 18, 2008 at 1:40 pm
Kurczę, coś w tym jest, ja też czasem przed publikacją jakiegoś zdjęcia czy też tekstu pod nim zastanawiam się, ile uzyskam komentarzy. I też rzadko potem czytam to, co napisałem.
Na szczęście przewidywanie np. małej liczby komentrarzy nie powstrzymuje mnie póki co przed publikacją zdjęcia czy notki. Ale wiem, że u mnie na fotoblogu teksty łatwe i optymistyczne generują większy odzew (czyli więcej “komciów”), niż teksty trudniejsze, np. o Powstaniu Warszawskim czy Marku Edelmanie – o rzeczach poważniejszych, gdzie często trzeba publicznie wyrazić własne zdanie, część ludzi jakoś tak krępuje się pisać. Ze zdjęciami już reguły nie ma i zdjęcie szpetnego miejsca daje odzew porównywalny ze zdjęciami odpicowanej Starówki – tyle, że w tym pierwszym przypadku odzew polega często na pytaniach, czemu pokazuję szpetne miejsca.
warszawa78
sierpień 18, 2008 at 2:01 pm
Brak komentarzy wynika również z braku wiedzy. Tak jak to przykładowo pisałeś o Edelmanie. Częstokroć jest to dobry znak, bo jeśli masz dużo wizyt, część ludzi zajrzy do Internetu (bo tak szybko i najwygodniej) i poczyta na dany temat. I tu jest ten aspekt, który jest chyba najcenniejszy w blogach: ich rola edukacyjna.
Trudno zrazu pisać o kimś, o kim nigdy nie słyszeliśmy.
Akurat Powstanie Warszawskie nie jest jakimś zaniedbanym w czasie PRL elementem historii i dziś niewiele jest do odkrycia. Oczywiście “niewiele” relatywnie, na pewno nie tyle co w sprawie wojny polsko bolszewickiej, agresji ZSRR na Polskę we wrześniu 1939 czy Katynia.
Zerkam do Ciebie, ale niewiele wiem na temat Warszawy w ogóle. Kradną tam jeszcze samochody?
Prawdopodobnie w Warszawie Siwa zdecydowała o zamknięciu mojego forum “Zawróceni w Czacie”. Niebawem będzie rocznica.
procesVII
sierpień 18, 2008 at 2:16 pm
Nie znam się na kradzieżach samochodow, 2 razy w zyciu ukradli mi radio samochodowe.
warszawa78
sierpień 18, 2008 at 2:57 pm
Ta cisza w oczy kole, że tak pozwolę sobie zauważyć.
Ala
sierpień 21, 2008 at 6:21 pm
No, jak na mój gust to jakoś za cicho, też.
kawa3603
sierpień 21, 2008 at 6:58 pm