Bujajcie się
Kiedy sobie tu siedzę, paląc papieroska za papieroskiem, a aromat Lavazzy espresso płynie mi w powietrzu nad klawiaturą, wszystko jest dla mnie oczywiste. Bo ja wiem co jest grane, wiem również, że inni wiedzą lepiej. Mnie to zupełnie nie przeszkadza. Nawet czasem cieszy mnie ta wiedza innych, w której mnie odkrywają, dochodzą samego sedna, istoty rzeczy zjawiska jakim jest proces7 w sieci.
Nigdy też nie tłumaczyłem się specjalnie, kiedy przypisywano mi bywanie na czatach, forach czy blogach pod różnymi postaciami. Nawet nie jest to złe z marketingowego punktu widzenia, no bo ja sobie śpię, a tam na czacie mnie widzą.
Wielu w takich sytuacjach próbuje prostować, wyjaśniać, tłumaczyć. Ja raczej stosuję metodę: nie potwierdzam ani też nie zaprzeczam. Choć wolę gdy jest mnie więcej, bo kiedy wypełniam sieć, wypełniam też umysły innych. Tą metodą wiele pustych łbów może być całkowicie wypełnionych. Dzięki temu, że sporo o mnie piszą, mogę trollować nie pisząc, a to sztuka wybitna.
Tak à propos trollowania: zarzucanie innym tego faktu, nie jest najtrafniejszą formą wypowiedzi administratora, podobnie jak pisanie o zaniedbywalnych statystykach. Jako właściciel baru nie pozwoliłbym swojej bufetowej mówić klientom, że są pijakami. Niechętnie zatrudniałbym barmanów czy kelnerów, którzy notorycznie zwracaliby klientom uwagę, że brzydko pachną po wypiciu i tłumaczyli im jak szkodliwe i obrzydliwe jest picie.
Klient musi czuć się dopieszczony, w żadnym razie nie zaniedbywalny. Niespecjalnie umiem sobie znaleźć realny odnośnik przymiotnika “zaniedbywalny”. Jeśli służy on określeniu transferu wejść wewnątrz portalu, to można by go zestawić z seksem z żoną, jeśli nie służy on prokreacji. Ta sama wymiana płynów ustrojowych, podróże erotyczne po odkrytych szlakach. Słowem: nihil novi. Ciekaw jestem jakbym się poczuł, gdyby moja kochanka powiedziała mi, że moje wejścia w nią są zaniedbywalne? A może są, tylko ona mi o tym nie mówi?
Kiedyś znajoma pytała mnie, po cóż mi te zabawy w statystyki i klasyfikacje, które obecnie - mniejszym bądź mniejszym nasileniem - forsujemy w naszej wspólnej firmie - Cycu.
Trudno pisać o rzeczach tak oczywistych dla mnie. Ale spróbuję.
Wyobraźmy sobie, ze ktoś proponuje nam wspólny spacer plażą. No dobra, fajna rzecz, ale dokąd idziemy, do jakiego punktu? Najlepiej wyznaczyć sobie jakąś knajpkę, w której można wypić dobrą kawę, zjeść kawałek ryby. Wówczas jest pretekst. Cel. To wcale nie musi być nic nadzwyczajnego, musi być po prostu wyznaczony, choćby przybliżony schemat takiego spaceru. Sam na przykład nie przepadam za żarciem z grilla, ale chętnie spotykam się przy takich okazjach. Głównie chodzi o pogadanie z ludźmi, których spotkam przy okazji tego grillowania. Pewnie jest w tym jakaś hipokryzja, ale znam wiele kobiet, które nie lubią określonych potraw, ale chętnie je przyrządzają dla innych.
Nie jestem miłośnikiem bezsensownych spacerów po plaży, ale w określonym towarzystwie są dla mnie przyjemne. Sam raczej bym się nie błąkał. Trudno mi powiedzieć czy dla mnie taka klasyfikacja jest celem czy środkiem, bo to wiedzą administratorzy portalu, wiedzą też to moi komentatorzy, którzy takowe tabele olewają. Przyznam otwarcie, że ja nie wiem.
W ogóle chciałem zaproponować informatykom z Blox.pl by pozostawili blogerowi wybór czy chce być ujętym w klasyfikacjach, czy też nie. Na blogu odhaczałby stosowną opcję. Nie znam się, ale sądzę, że dla przeciętnego programisty to betka. Chciałem o tym napisać na forum “O Blox.pl”, ale po co mam trollować?
Rozumiem też, że większość piszących blogi ma określone inne cele. Nawracanie innych, zdobywanie sławy, wydanie bloga w formie książkowej. Może też udzielanie porad, pomaganie innym poprzez doradzanie, doradzanie tym, którzy są głupsi. W różnych sprawach. Ja żadnego z tych celów nie mam. Stąd trudno znaleźć mi motyw. Motyw, który jest pretekstem.
Zazdroszczę ludziom siedzącym od rana do wieczora na czatach, którzy mają motyw. Jasno sprecyzowany cel, o wiele szlachetniejszy, dystyngowany i wymyślny niż pozycja w tabeli rankingowej. Pewnie jest to poszukiwanie miłości albo choćby obiektu do wyruchania. Wyruchania w dowolnej formie. Zazdroszczę też blogerom, którzy mają w sobie ten pęd i tę misję, która pozwala im pisać do komentujących ich blogi i tytułować ich małpą bądź wytłuszczając druk. Pismem arbitra i mecenasa tej biednej, zagubionej, komentującej gawiedzi. Na blogu komentują wprawdzie tylko Ziutek i Zdzicha, ale bombowo to wygląda jeśli właściciel blogaska zwraca się do każdego z osobna, wytłuszczając odpowiednio: Zdzichę i Ziutka, albo znakując “@”. Kiedy wchodzę na taki blog, to od razu widzę, że prowadzi go ktoś światowy, ogólnie oblatany w meandrach blogosfery. Łebski bloger, słowem.
Na temat ilości wizyt i problemów, które one rodzą, trzeba by pogadać z ludźmi mediów. Czy redakcje pism tworzone są po to, by pozyskać dużą sprzedaż, nieważne czy kupują i czytają czy tylko kupują ale już nie czytają? Czy powstają po to by ludziom służyć, pomagać? Tylko z drugiej strony, by pomagać większej ilości ludzi, siłą rzeczy trzeba do większej ilości czytelników dotrzeć. Kiedy redaktor pisze dla gazety artykuł to cieszy go bardziej spory nakład czy fakt, że to co napisał mu się podoba? Nie wiem co czuje pisarz, kiedy wie ile jego książek sprzedano. Czy woli kiedy dużo kupiono jego dzieł, czy raczej woli jeśli kupili jego książkę ci, dla których pisał. Te właściwe kilkanaście osób.
Nie mam bladego pojęcia po co ten gość, który dziś widnieje na studolarówkach wynalazł fotel bujany i piorunochron. Czy po to, żeby się bujać w spokoju i żeby mu chałupy nie spaliło? Czy po to by zarobić dużo pieniędzy? Może wynalazł te rzeczy z całkiem innych powodów, o których nie mamy bladego pojęcia?
Jedno jest pewne, ranking na banknotach ma wysoki, bo aż sto. Choć dziś nie wystarczy to na zakup baryłki ropy. No ale Franklin może przydać się do innych rzeczy. Dla tych, którzy kupili ropę, zajęli na opcjach na ten surowiec długie pozycje, jest fotel bujany, mogą się bujać i cieszyć. A dla tych krótkich, co liczyli na spadek jej cen - piorunochron. Żeby ich szlag nie trafił.
proces7
Moheru Nieszczególna Teoria
Moja teoria moheru albo mohera nie jest zapewne żadnym odkryciem i ktoś w przeszłości dostrzegł tę banalną prawidłowość. Schemat, który zdaje się być oczywistym, dla człowieka, który żyje już kilkadziesiąt lat. Albo dla takiego, którego interesuje historia ostatniego półwiecza.
W latach sześćdziesiątych świat, tę demokratyczną i bogatą jego część, ogarnął ruch hippisowski, dzieci kwiatów. Do Polski z racji tego, że byliśmy wówczas prowincją dla nowych trendów kulturowych ruch ten dotarł później, w latach siedemdziesiątych i zbiegł się on z dekadą Gierka, tą przerwaną, której właśnie prosperity i szczyt rozwoju wypadał na wczesne lata siedemdziesiąte. Wówczas modny był ten materiał, pochodzący notabene z Tybetu. Wówczas też ruch dzieci kwiatów miał zabarwienie pacyfistyczne. Zaczęło się jak zwykle w USA i od protestów przeciw amerykańskiej interwencji w Wietnamie. Można sprzeczać się o racje w wojnach, jednak interwencja amerykańska w Wietnamie miała wielu przeciwników, bo wówczas media nie były tak silne, szczególnie telewizja. I zawsze lepiej protestować jest przeciw wojnie, która jest daleko, przeciw prześladowaniom, których nie widzieliśmy. Irak odpada, bo jak wiadomo Hussein przestępcą był i chciał sprzedawać kontrakty na ropę naftową przeliczając je na euro.
Wracając do Moherów, który to gatunek, jako że ludzki, oznaczę dużą literą, można zauważyć, że okres ich - zwyczajnie związanej z młodym wiekiem - szczególnej aktywności erotycznej wypadałł na lata siedemdziesiąte. Poszaleli, zażyli wolności seksualnej, więc teraz naturalnym jest, iż chcą odkupić swe winy młodości i może się zdarzyć, że właśnie z szaf na różnego typu wystąpienia i manifestacje, wyjmują swą moherową, niemodną już dziś garderobę.
Część tego pokolenia zapewne spóźniła się z kontestacją, stąd walczy teraz. O byle co. Taka walka może mieć podłoże w fakcie przegapienia tego momentu. I ci starsi ludzie z Polski, zamiast szaleć, uprawiać wówczas seks, zajęci byli czymś innym. Na przykład chodzeniem do kościoła bądź aktywnością w różnych socjalistycznych organizacjach PRL, które też w zasadzie walczyły o pokój i wolność, tyle, że nieco mniej radykalnie niż wspomniany ruch dzieci kwiatów.
Późniejsze pokolenie było wychowywane w latach odbudowy tego, co w gospodarkach napsuły rządy socjalistów. Stąd lata osiemdziesiąte były siermiężne pod względem obyczajowości. Reagan w USA, Thatcher w Wielkiej Brytanii. Wszędzie konserwa, która próbowała ratować ekonomię. Na dodatek koniec lat osiemdziesiątych straszył młodych ludzi nieznaną i niezbadaną chorobą - widmem AIDS.
Właśnie w latach osiemdziesiątych pewien niemiecki pastor, opowiedział mi o tym, mnie młodemu chłopakowi, że jako młodzieniec głosował na socjalistów, którzy byli w sumie fajni, tyle, że zawsze narobili długów, które siłą rzeczy musiała potem spłacać wybrana po nich konserwa. Więc wyprowadzała gospodarki na prostą, ale skracała przy tym nieco obyczaje. Bo w sumie socjaliści, komuniści czy zieloni są fajni. Wolna Kuba, Che Guevara, wolność równość, prawa do opieki zdrowotnej, do aborcji, tolerancja dla inności, eliminacja przesądów rasowych, równość i braterstwo dla imigrantów. No ale powiedzmy sobie szczerze, ktoś musi za to zapłacić. Za tę wolność Tybetu, która teraz jest tak ważna dla wielu, może by jakoś Amerykanie zapłacili, ale niestety, nadrukowali już tyle tych swoich papierków z wizerunkami prezydentów, że u nas Waszyngtona można już kupić za niewiele ponad dwa złote.
Wracając do pokolenia, które młodość przeżywało w latach osiemdziesiątych, siłą rzeczy nie jest ono nasycone tą wolnością, ponieważ pracowało nad oddłużaniem lat siedemdziesiątych. W Polsce też pracowało, tyle że niestety przewodnia rola ekonomiczno - polityczno - społeczna skierowała impet w odwrotnym kierunku. Wycięto nie ten las.
Moher jest dziś też silną grupą docelową dla sprzedawców dóbr wszelakich. To pokolenie polskiej młodzieży lat siedemdziesiątych ma dziś władzę i pieniądze.
Wprawdzie samo niewiele korzysta już z nowinek mody czy techniki, ale ono dystrybuuje pieniądze, zarówno te prywatne jak i te państwowe. To prezes firmy - Moher wraz z rynkiem ustalają wysokość płac w firmach, ich strategię i kierunki. To minister czy poseł Moher - pięćdziesięciolatek decyduje o tym czy tak czy nie dla aborcji i tolerancji. On też decyduje o tym ilu ludzi chorych na raka ma rocznie być wyleczonych, a ilu ma umrzeć. Poprzez władzę nad państwową służbą zdrowia.
Zauważyłem też w sieci sporą ilość moherowców i moherowiczyńskich, którzy działają zakamuflowani. Intuicyjnie czują, że temat wzbudza emocje u ich rówieśników, więc stawiają kontrę. Objawia się to przesadną ekspozycją znaczenia Kościoła Katolickiego w naszym kraju. Tworzą mitologię, w której to jakoby ów kościół miał mieć wielkie wpływy na politykę i finanse kraju. Inteligentny człowiek spojrzy tylko na listę najbogatszych Polaków Wprost czy choćby listę Forbesa i nie znajdzie tam nijakiego dostojnika z żadnego kościoła. Spojrzy na strukturę własności wielkich firm notowanych na giełdach i nie znajdzie tam żadnych duchownych udziałowców. Ale będzie tam sporo takich, którzy właśnie końcem lat sześćdziesiątych czy początkiem siedemdziesiątych, kontestowali potęgę pieniądza i moralne wartości.
Argentyńczyk Julio Cortázar, urodzony w - centrum demokracji, wolności i eurokołchozu - Brukseli był poprawnym członkiem konserwatywnej społeczności i korzystał z bogactwa przedwojennej Argentyny jako chłopiec. Przed wojną Argentyna miała wyższy dochód narodowy niż Wielka Brytania. Angielskie nauczycielki wyjeżdżały tam do pracy, by pracować jako guwernantki u przemysłowców z Buenos Aires czy producentów wołowiny z Rosario, na którą spory popyt generowały wojny. Zaczął żyć pełnią, kiedy był już po pięćdziesiątce. Szalał jako kwiat w Paryżu, niestety, w tym czasie nie napisał już nic dobrego. Jego dzieła powstały właśnie wtedy, kiedy był uciskany, gdy zabierano mu wolność i nie mógł wykrzyczeć swobodnie swoich praw i prawd.
Krytyka Kościoła Katolickiego, to dobra reklama, choć już nie tak skuteczna jak kilkanaście lat temu.
Wiedział o tym urodzony w Mediolanie Oliviero Toscani, który przygotowywał kampanię dla United Colors of Benetton. Ta reklama bulwersowała świat na początku lat dziewięćdziesiątych i podnosiła sprzedaż włoskiej firmie, która do dziś ma silną markę.
Ci, którzy dziś próbują stosować mechanizm przesadnej ekspozycji kościoła, a potem go krytykować, są tylko nędznymi epigonami artysty. I zdradzają w ten sposób swój moherowy kompleks.
Na koniec mógłbym napisać jakąś szumną frazę, jak to zwykłem był czynić:
Moher niejedno ma imię.
Udajesz liberała i socjalistę, a moher ci z majtek wychodzi.
Moher potęgą jest i basta!
Może być? Wiem, że niektóre pipcie lubią te moje zakończenia. Ten ostatni ruch batutą, po którym milkną instrumenty.
proces7
Samokrytyka wirtualnego impresjonisty
Wczoraj wysmarowałem notkę, w której żegnam się z WordPressem i przenoszę się z blogowaniem na Blox. Ale nie opublikowałem. Wywaliłem do kosza. Pretekstem, celowo nazywam to pretekstem, było usunięcie mnie z lokalnego rankingu. Śmieszne w tym wszystkim jest to, że mi chyba naprawdę niewiele zależy na klasyfikacjach. Nie chciałbym być wszędzie pierwszy. Cóż ja bym napisał młodym ludziom, którzy by tu przyszli albo tym wszystkim komentującym mnie, zapatrzonym we mnie szprotom?
Niby na każdy temat coś tam wiem, niby głupi nie jestem, ot przeciętny, ale nie znam reguł na życie, nie umiem głosić prawd absolutnych. Owszem, czasem się nadmę i przemawiam. Gdybyście wtedy mogli zobaczyć jak śmiesznie wyglądam. Mussolini mógłby mi pozazdrościć.
Ad rem.
Chodzi mi o mój stosunek wirtualny do administracji wszelakiej. Kim ma być dla mnie admin?
Mam się go bać, tak jak mam zwalniać na drodze, kiedy widzę policjanta. Nie mogę się z nim spoufalać. Ani on ze mną. Kiedy nie będzie mi chodził Blox, to pójdę go opieprzyć, kiedy zareklamuje kichę na jedynce (stronie głównej portalu) wypomnę mu. Kiedy wywali mnie z rankingu, zwrócę się oficjalnie i zapytam dlaczego. Gdybyśmy byli w bliskich i poprawnych relacjach, mechanizm taki nie mógłby funkcjonować.
Weźmy takiego Olsa, którego być może niepotrzebnie tu nadaremnie wzywam, ale cóż z niego postanowiliśmy uczynić (my proces) jakiś, tymczasowy przynajmniej, symbol admina. Nie tylko w Agorze. W ogóle. Poprawne czy powiedzmy - przyjazne relacje z nim mogłyby budzić podejrzenia, że mi sprzyja i wstawia na przykład tendencyjnie mnie na stronę główną, by przysporzyć portalowi zaniedbywanych wejść. Nie, nie będzie o Siwej, dziś nie.
Blox i forum próbują z niekiepskim skutkiem łączyć klasę i liberalizm w necie. I zgrzyty zawsze będą. Moje niezadowolenie będzie tyczyć platform, portali, którym ufam, które wybrałem. Po kij mam narzekać na Interię czy Wirtualną Polskę, skoro tam nie bywam? I guzik mnie obchodzą tamtejsze fora i blogi. Pewnie są dużo gorsze od agorowych, ale nie widzę tu sprzeczności, bo ja chcę bywać na najlepszych. I mieć dwie niemożliwe do pogodzenia rzeczy: dobry poziom i wolność. I czepiał się będę. Krytykował będę najlepszych. I jasnym jest, że kiedy Blox już wykupi WordPress, to zostanę tu i będę smęcił. O ile będę jeszcze miał ochotę pisać.
Pisałem sporo ostatnio na temat administracji wszelakich. I zauważyłem pewną sprzeczność w moim rozumowaniu.
Gdzie leży mój błąd w pojmowaniu rzeczy? Z jednej strony chcę by portal traktował wszystkich równo, czyli nie dobierał znajomych na jedynkę, nie faworyzował promocjami syndykatów, zasłużonych blogerów. Z drugiej zaś sam często oczekiwałem, a nawet wymagałem specjalnego traktowania. Weźmy Blog Roku, chciałem by jakoś admini zachęcali do udziału w nim i pomagali tym, którzy grali w konkursie. A niby dlaczego? Skoro chcę by wszystkich traktować jednako, to nie mogłem tego oczekiwać. Przecież kupa ludzi uważała ten konkurs za głupotę, tak jak ja uważam wiele blogów za głupotę, a mimo to są reklamowane i promowane. Więc Ols dobrze zrobił, że nic nie zrobił w kwestii konkursu (wiem, że są tam ponoć ważniejsi, Mpieck czy Ememzet), ale ja tego nie wiem, stąd wymieniam Olsa.
Nie chciałem nic innego tylko po prostu tego, by moje gówienko pływało na wierzchu. To był logiczny błąd. To samo na forum. Wkurzam się gdy widzę specjalne traktowanie niektórych uczestników, a sam czego chciałem? Specjalnego traktowania mojego forum i nieingerowania weń w kwestiach cenzury. Nie chcę dziś się żalić, dziś chcę się kajać, więc powiem tylko, że i tak admini i my, którzy te fora budowaliśmy, świetnie sobie przez te lata radziliśmy z tym całym czatowym gównem, które tam ściągało. Z tymi niedyskrecjami, z głąbami, tymi co śmiecili, wyzywali itd. Dziś napiszę, że te ponad dwa lata trwania i prosperity forum Lotu, Zawróconych, Pokerowa były sukcesem, naszym i też portalu, który nam to umożliwił. Są fora na prywatnych serwerach, czaty tlenu mają tego masę i co? Kupa, żadnych nowych, ani kreatywnych ludzi, a tam tylko cenzura i zarządzające fajfusy - admini z czata, którzy osiągnęli na czacie swój szczyt życiowej kariery.
Olsa nie będę przepraszał za moje wcześniejsze rozważania, on jest od tego by na niego napieprzać. Niemniej jednak należy cenić ludzi, którzy próbują ten cholernie zrelatywizowany świat netu uporządkować, nie naruszając przy tym niczyjej wolności.
Tak jak nie miałem racji, kiedy przyszedłem napuszony i pełen złości do Reuptake, wrzucając mu pod jego notką jakieś niezwiązane ze sprawą swoje żale czy chwilowe złości. Zaraz tam pójdę i go przeproszę.
On mi nic złego nie zrobił, a chciał czegoś dobrego. Bo najlepiej tak jak ja: siedzieć i narzekać i nic nie robić. Ludzie, którzy mają pasję tworzenia w sieci, są dla niej najwartościowsi. A że ich pomysły nie zawsze natrafiają na euforię, to oczywiste. Bo zamysł linkowania i podawania źródeł jest jak najbardziej słuszny. Chciałbym by można było linkować fotografie, obrazy i podawać ich źródło w sieci. Ale czy mogę to robić, kiedy znaleziony obraz pochodzi z jakiegoś bloga, gdzie jestem pewien, że właściciel bloga nie jest autorem obrazu czy fotografii? Pisząc teraz do Was też z pewnością kogoś cytuję, ktoś w przestrzeni napisał poprzednie moje zdanie. Poprzednie i następne, które napiszę, a teraz jeszcze nie wiem, jak ono będzie brzmieć. Srał tam na to co Gazeta wystawiła na czołówkę, ale przychodząc tam do “Netto” zachowałem się źle, a Reuptake nie usunął mojego komentarza i nawet nie nazwał mnie bezpośrednio trollem, tylko między wierszami. I byłem niesprawiedliwy pisząc potem o nim to co czułem.
Mogłem odnieść się merytorycznie do pomysłu, który przecież jest kapitalną ideą. Tyle, że niewygodną i trudną do wykonania. Tak jak odsyłanie lenia do biblioteki.
Myślę, że autorowi - Reuptake - chodziło o coś innego, czego ja zrazu nie pojąłem. O to by docenić myśl w sieci. Pochwalić konstruktora czy twórcę frazy bądź tekstu, który dał innym uśmiech, pomoc, radę czy pomysł na pisanie, a może nawet i życie.
Pójdę przeproszę, ale nie będę linkował ani tu ani tam, żeby nie trollować;)
Tak jak wspominałem, miałem już napisaną mowę pożegnalną i chciałem się przenieść, nie gdzie indziej, jak właśnie na Blox z tym oto głównym mym blogiem. Bo mam kilka blogów, co jest moją zmorą i sprawia, że w dzień nie jadam, a nocami nie sypiam.
Może zbyt mało używam emotek? Kafka i Czechow ich nie używali, niech chociaż w tym będę do nich podobny.
Wiem, że dziś tekst jest trudniejszy, bo ja nie umiem pisać tak jak ci dwaj pisarze, których wymieniłem. Inna rzecz, że czyta mnie też sporo głąbów oraz pipek, które komentują tekst zanim przeczytają. A potem jak już skomentują to po co mają czytać?
Prawda leży pewnie pośrodku. Nie piszę fatalnie, ale i też niezbyt dobrze. A czytają mnie mądrzejsi i głupsi ode mnie. Choć akurat ci ostatni upodobali sobie mój blog w szczególności.
No i na koniec żalu za grzechy powiem o co chodziło z WordPressem. Kilka dni nie było mnie w rankingu WordPressu. I nie będę tłumaczył nikomu, że to nie jest dla mnie ważne, bo akurat będąc poza rankingiem miałem chyba najwięcej wejść w historii tego bloga. Kiedyś tu dam screeny statystyk. Chodzi o zasadę. Byłem spakowany, ale piknęło mnie, żeby napisać do nich maila i zapytać dlaczego mnie usunęli. No i odpisali, że już nie jestem usunięty.
Nie umiem Wam tego objaśnić, ale to jest tak: chcę grać o pierwszą pozycję w platformach blogowych, ale moja mentalność ma taką konstrukcję, że pozycję lidera czułbym jako ciężar. Może nawet balast, który musiałbym dźwigać. Z taką ilością czytelników mógłbym napisać, że ktoś kogo nie lubię jest idiotą, złym człowiekiem, oszustem. Wielu by mi uwierzyło. Idąc za prostym myśleniem: skoro ma tylu czytelników - wie lepiej. Co oczywiście jest brednią, ale jednak istnieje takie zjawisko w rzeczywistości. Dla mnie ważna jest sama gra, nie jej efekt. I naprawdę nie przeszkadza mi bycie frajerem czy pożytecznym idiotą i nabijanie za friko statystyk platformom, na których pisuję.
Miałem nawet taki moment, że pomyślałem sobie: a to fajnie że jestem poza tym rankingiem, niewidocznym i oznakowanym “as mature”, będę mógł dawać fotki z Playboya i filmiki z RedTube. A liczba wejść mi się potroi. Potem jednak uniosłem się ambicją. Jakże to tak? Jeśli jakiś bank czy agent ubezpieczeniowy mnie choćby ciut próbuje oskubać, momentalnie zmieniam firmę. Dla zasady.
Zatem Blox może odetchnąć z ulgą, nie przenoszę tego kramu tam, ale będę im zapewniał wejścia, te niezaniedbywalne. Poczekam aż Agora kupi WordPress.pl wraz ze mną. Oczywiście nie dotyczy to Cyca, który walczy o ranking i siedzi Kominkowi na ogonie. Jeśli Kominek nie naciśnie mocniej na pedały to go mamy już za dwa, góra trzy tygodnie. A wtedy Janusz Korwin Mikke przyjdzie do nas i poprosi, żebyśmy go na Cycu zalinkowali.
Oczywiście zasad nie zmieniam w tej kwestii i jeśli możliwe są jakiekolwiek profity materialne z faktu dużej ilości wejść na blogu, to chciałbym dzięki temu wspomóc kogoś potrzebującego. Myślałem, że to mogłoby być tak: mamy pierwszą pozycję w Blox, przychodzi do nas Onet i mówi: wstawcie linka do nas, a my: dobrze, ale ufundujecie laptopa jakiejś szkole. Oni: zgoda. I gra.
Wstawiam wszędzie Pajacyka, innego pomysłu nie mam. Ale i tak nikt w niego nie klika, co sprawdziłem i to się da sprawdzić, więc ostrzegam, żeby nie było. Wiem kto nie klika! I kiedyś wymienię te osoby, które nie klikają z nicka!
Jeśli ktoś ma jakiś podobny - jak Pajacyk - pomysł w tej kwestii, proszę uprzejmie o informację.
Nie zrozumcie mnie źle, nie przeszedłem lobotomii i nagle nie spokorniałem. Chcę się edukować, jestem ciekawy świata. I czasem wypada też ocenić siebie i swoje błędy.
Sami wiecie jak to potem wygląda: Piszę jakąś kiczowatą notkę dla gospodyń domowych w papućkach bądź urzędniczych nierobów i zaraz pod spodem lądują dziesiątki, albo i nawet setki komentarzy, które są nieobiektywne, pełne lizusostwa, pochwały mojej kiczowatej twórczości. Pełno w nich zachwytów, pelargoniowego pierdzenia, perfumowanych komplementów. A nie ma żadnej dyskusji merytorycznej. Głaszczecie mnie tylko, a sami wiecie, że i kota można na śmierć zagłaskać. Chcę byście mi wypominali moje błędy i niekonsekwencje, a nie tylko mnie tu lizali i głaskali. Krytyka musi być, choć wiadomo, że lepiej tak robić, żeby tej krytyki nie było.
proces7
Scarlett i Dorota w majową noc
W związku z zawrotną popularnością blogów ze znanymi gwiazdami, rzekomo nawet prezentowanymi nago, zainteresowałem się tematyką. Nie lubię odrzucać pewnych zjawisk w kulturze, nim się z nimi nie zapoznam.
Tak było przykładowo z pierwszą edycją Big Brothera w Polsce, wtedy kiedy wygrał ten Dzięcioł, który dziś jest posłem. Z początku nie oglądałem, bo przecież wiedziałem, że to dziadostwo. Jednak pomyślałem tak: a skąd ja wiem, że to mi nie będzie odpowiadać? (więcej…)
Naga Gwiazda i Kominek
Sława blogera, popularność, poczytność. Cóż to dla mnie oznacza, gdy jestem anonimowy? Nie płyną z tego żadne pieniądze czy inne materialne profity. Powodzi mi się całkiem nieźle, może nawet lepiej niż całkiem nieźle.
Chyba oznacza to powoli kres mej przygody z blogami. Tak jak rozstałem się z forum czy czatem.
Każdy woli mieć uporządkowany świat, nie zrelatywizowany. Ale mnie wciąż nie przekonuje administracyjne dzielenie ludzi na trolli i na wartościowych graczy blogowego rynku. (więcej…)
Tekst spalony na panewce
Było to wczoraj albo jeszcze dziś. Błąkając się po sieci zobaczyłem jakiś blog a na nim rysunek. Szukałem teraz godzinę tego miejsca, ale nie umiem go odnaleźć. Był to jakiś komiks, a blog był z Blox.pl i polecany był chyba przez pierwszą stronę Gazety.pl. Dziś już go nie ma.
Autorowi chodziło tam mniej więcej o to, że znajdując się w towarzystwie, postrzegany jest jako smutny. Mimo że przecież tworzy zabawne komiksy. Może jeszcze kiedyś trafię na ten blog, może nie, nieważne.
Twórca bloga, komiksu był z zewnątrz postrzegany jako ponurak, co dziwiło jego towarzysza, bo przecież jest wesoły na blogu. (więcej…)
O błędnym i bezimiennym bohaterze
W pobliżu miejsc gdzie bywam, choć w zasadzie tu nie ma żadnego pobliża w sensie pełnym, a nawet geometrycznym czy geograficznym, ludzie piszą. Czasem coś dopiszę, częściej przeczytam. Tu i tam albo tam i tu, pojawiły się głosy o jakimś pojedynku, który miałbym toczyć z pseudonimem - widmem, jaki pojawił się na moim blogu. I nie tylko na moim.
I znowu wpadam w pułapkę, bo fraza “mój blog” wydaje mi się być nieuprawnioną. Tak, owszem, teraz notka jest moja, ale kiedy puszczę ją w tęczową przestrzeń, czyli na mój blog albo jego pobliże, przestaje być moją. Jest moją w równym stopniu co gazeta - brukowiec, który kupicie w kiosku. Możecie na nią zerknąć, obejrzeć notowania gwiazd i nieruchomości, i wyrzucić do kosza. Możecie też zapakować w nią kanapki z salcesonem na majówkę. Cokolwiek. (więcej…)
Motyw
Kiedyś pytałaś mnie, w którąś z jesiennych, pewnie całkiem niepoetycznych, bo niedżdżystych i niemglistych nocy jak ja to czuję, za co chciałbym być podziwiany, pożądany, lubiany. Instynktownie czułem jakąś wadę w tym pytaniu. Skazę, która nie pozwoli tobie właściwie postawić pytania, ani mnie nieunikania odpowiedzi. Przy czym to jest tak, że pragnienie jest i nie ma beznadziei i bezsilności w niemożności. (więcej…)
Qui penis aquam turbat
Nie chcę być źle zrozumiany, ale dyskusja w poprzedniej notce staje się dla mnie już nieczytelna. Zatem proponuję przenieść Wasze dywagacje piętro wyżej. Poza tym poprzednia notka zbyt długo okupowała szczyt lokalnego rankingu WordPressu, a przecież na pierwszą pozycję czekają notki z pilniejszymi sprawami.
Zamknę na jakiś czas dyskusję w poprzednim wątku najzwyczajniej z przyczyn technicznych. Źle otwiera się notka, jeśli zawiera tak dużą liczbę komentarzy. (więcej…)
Blog Roku Epilog
W zasadzie mógłbym sprawę odłożyć ad acta i cieszyć się do końca mego blogowania plakietką Bloga Roku w kategorii Kultura. Obecnością w wykazie i reklamie Onetu i jakimiś tam sporadycznymi wejściami na blog, wynikającymi z owego faktu. (więcej…)

