wirtualne impresje

proces7

Niedopieszczeni

Skomentuj »

Po analizie mojego stylu blogowego, takiej czynionej z perspektywy, dystansu, doszedłem do wniosku, że nie dbam o moich czytelników, nie dopieszczam ich, choćby w komentarzach. To feler, jakby powiedział seler, a co na to burak?
Taka blogowa społeczność to ważna i cenna rzecz dla blogopisacza. Acz określenie “społeczność”, wobec nietrwałości takich relacji oraz pewnej przestrzeni dzielącej człowieka od pseudonimu, zdaje się być tu nadużytym. Zupełnie jak wspominane kiedyś przeze mnie i częstokroć przywoływane “wirtualne pobliże”, choć, jak dotychczas, nie stwierdzono w sieci istnienia jakiegokolwiek pobliża.
Pewnie, że mam swoje doświadczenie forumowe i – na przykład – nie wtrącam się w pogawędki, nie blokuję nikogo, nie cenzuruję. Choć to ostatnie bywa w oczach administratorów serwisów działaniem wręcz nieodpowiedzialnym, niepożądanym.
Do tego wszystkiego ostatnio wcale nie odwdzięczam się komentującym rewizytami na ich blogach. Nie drapię ich po plecach, choć oni mnie drapią. Inna rzecz, że te ciotki w przetartych szlafroczkach, papilotach i bamboszkach, czytające mnie przy jakiejś ohydnej kawie, co tu czasem pisują, blogasków nie posiadają, a jeśli jakieś mają, nic o tym nie wiem.
Moje wielbicielki, siusiary z kolczykami w pępkach i diabli wiedzą gdzie jeszcze, darzą mnie zapewne swoistym afektem, atencją podobną do uczucia gimnazjalistki do lokalnego wikarego czy nauczyciela biologii. Gminne piękności z nadwagą i powiatowe intelektualistki, jakby zupełnie nie miały świadomości, że mógłbym być ojcem niejednej. Bóg jeden wie cóż one sobie wyobrażają, wpatrzone w moje smętne i podarte opowieści. Może robi im się mokro, gdy do nich zagadam? Miło i przyjemnie gdzieś pomiędzy tłustą, cellulitową dupcią, a obiciem fotela?

Nie mam najlepszego mniemania o moich czytelnikach, nie rozumiem jak można tracić czas na blogi, kiedy tyle ciekawych rzeczy wokół nas. Mam też świadomość, że to nie moja wyjątkowość i finezja was przyciąga. Choć te me atuty są bezsprzeczne ogólnie znane. Szukacie towarzystwa, żeby zabić nudne, biurowe godziny, łapiecie każdą, choćby iluzoryczną, okazję, by poczuć czyjąś bliskość, atencję. Łudzić się, że ktoś was wysłucha, doceni, zainteresuje się, dostrzeże. Może powinienem zająć się bardziej wami, dopieścić, wyjść naprzeciw waszym oczekiwaniom, a nawet wymaganiom? Niestety, mam mało czasu, tak mało. I do tego nie lubię pisać czy mówić o tym, że nie mam czasu, bo to właśnie zajmuje dużo czasu.
Całą sprawę komplikuje również to, że wirtualne impresje udają w tej chwili blog zajmujący się szeroko pojętą kulturą. Choć wtajemniczeni wiedzą, że to mistyfikacja, uśmiechają się do lusterka espresso ze świadomością, że oni wiedzą, a tamci nie.

Márquez zawsze twierdził, że widział całą masę niezgorszych filmów zrobionych na kanwie słabych powieści, ale żadnej porządnie sfilmowanej adaptacji dobrej książki. Gdyby to przenieść w świat blogoprzestrzeni, napisałbym tak: Nie da się wyblogować czy opisać ciekawego życia, choćby z tej przyczyny, że nie czuje się takiej potrzeby, a pisanie bloga nie jest najlepszym fragmentem istnienia. Można jednak pisać fajny blog, mając nudne i pospolite życie.

Co do tezy Gabriela Garcii, nie do końca się z nią zgadzam, w opozycji postawię choćby Lot nad kukułczym gniazdem Kena Keseya czy Konopielkę Redlińskiego ze wspominanym ostatnio Krzysztofem Majchrzakiem. Jeśli zaś chodzi o moje stwierdzenia, zgadzam się z nimi bezapelacyjnie. Czytelnicy tworzą sobie obrazy, kadry z niesamowitego i nieprzeciętnego życia blogopisacza. Dzięki temu tacy jak ja mogą się wyróżniać swoją wybitną przeciętnością. Przy czym na mnie już taka terapia nie działa, pochwały komentujących, głaskania, komplementy via Internet nie podnoszą mi ego, nie koją kompleksów i nie leczą lęków. Przeszedłem na inne, twardsze, narkotyki.

proces7

Written by procesVII

Luty 10, 2010 at 9:07 am

Nominacja do Blogowego Nobla

z 89 komentarzami

Kiedy w roku 1969 wszyscy czekali jeszcze na Godota, pewien irlandzki, pogrążony w depresji dramatopisarz – bo wówczas jeszcze niestety nie odkryto jeszcze zbawiennego działania tych wszystkich serotonin i innych antydepresantów – otrzymał telefon, w którym poinformowano go, że otrzymał Literacką Nagrodę Nobla, powiedział: “O, Boże, ale niefart”.
Pisarze, tak jak malarze, najlepiej sprzedają się i zyskują sławę po śmierci, stąd większość wielkich twórców literatury zmarła, nie dożywszy nagrody.
Weźmy takiego Tołstoja, miał dziesięć szans otrzymania tej nagrody, bo za jego życia tyle nagród rozdano, ale nigdy jej nie dostał. Podejrzewam, że z dziesiątki uhonorowanych Literacką Nagrodą, w czasie gdy “Wojna i pokój” były już – od kilkudziesięciu lat – wielkim światowym dziełem, czytaliście jedynie coś Kiplinga, no i wielkie, zachwycające nas, bo zachwycać powinno, tomiszcze Henryka Sienkiewicza “Quo vadis”.
Nagrody Szwedzkiej Akademii to wielka tajemnica, ale i też zawsze w historii były one zaskoczeniem. Można spokojnie obstawiać, niczym mecze ligowe.

Ad rem, bo wstępna pogawędka, wielce pouczająca, była niczym dowcip pana Karola z Familiady. Możecie już machać, nikt nie woła.
Otóż, jak zdążyliście zauważyć, zostałem nominowany do blogowego Nobla w dziedzinie Kultury. Ktoś może protestować, ale nie znam bardziej prestiżowej nagrody blogowej. Więc jeśli ktoś kwestionuje rangę konkursu Onetu, niech wie, że blogi mają takie nagrody i prestiż, na jaki dokładnie sobie zasłużyły.
Nie sądzę, że jakieś nominacje czy aplauzy i zaakceptowania mi się należą, drogę blogową trzeba sobie wyspamować i wyrąbać wirtualną siekierą. W konkursie startuję już po raz trzeci, a nigdy nominowany nie byłem. Wprawdzie mój blog Qui penis aquam turbat dostał tytuł Bloga Roku za 2007, ale wówczas były inne zasady i to liczba esemesów decydowała o zwycięstwie. Stąd wspominałem o siekierze, wtedy droga do sukcesu została wyrąbana esemesami. Per esemesam ad astra.
Myślałem wręcz, że tamten tytuł będzie stanowił przeszkodę w jakiejkolwiek nominacji, ale być może Juror o tym fakcie nie wiedział. Oczywiście penis sobie osobno i autonomicznie mąci, choć czasem wstawiam tam popularniejsze notki z wirtualnych impresji.

Wypada podziękować za gratulacje, kwiaty, no i nade wszystko profesorowi Krystianowi Lupie za kopertę. Niektórzy w kopertach dają łapówki, na przykład urzędnikom, lekarzom. Ja zawsze otwieram portfel i ostentacyjnie odliczam dziesięciozłotowe banknoty, patrząc jak rośnie napięcie, odruch hazardzisty, u łapówkobiorcy. Bo, jak wiecie, uwielbiam teorię gier, obserwować reakcje swoje i innych na grę. Dla mnie to swoiste uzależnienie od hazardu. Zresztą emocje hazardzisty: chciwość i strach, nie są wyłączne dla rynku i teorii gier.


Nie spodziewałem się tego kopertowego wyróżnienia i piszę to bez żadnej hipokryzji, ale ucieszyłem się i owszem. I pamiętam, że koperta jest na razie zalakowana, a laptopa wygra jedna z trzech. Sytuacja wygląda więc tak, że są trzy bramki. Możecie już obstawiać, w której będzie laptop, a gdzie zonki. Szkoda, że ja już straciłem zapał do blogopisania, bo jeszcze dwa lata temu emocjonowałoby mnie to wielce. Kiedyś życie wirtualne wypełniało mi połowę, straconego bezpowrotnie, czasu. Było moją terapią, dziś jest zaledwie marginesem żywota faceta realnego. Procesa siedem pozostały już we mnie jedynie resztki.

Blog to niezgorsza terapia, na wszelkie dolegliwości, bóle i lęki. Tyle, że wypełnia pustkę po wcześniejszych ukojeniach: alkoholu, trawce, seksie hazardzie itd. I może tę pustkę wypełnić na trwałe, prowadząc do kolejnego nałogu. Zaczynasz pisać, co dziesięć minut sprawdzać reakcje komentatorów, klikać bezmyślnie w statystyki, inne blogi czy fora, przesiadywać, w codziennym rytuale, na czatach i komunikatorach.
No dobra, kończę te moje dygresje i splątania, w których wciąż gubię, nieistniejący, główny wątek.
Cieszę się, że moja cierpliwość i wytrwałość trollowsko – spamerska została wynagrodzona, że do trzech razy sztuka, bo wcześniejsi dwaj jurorzy onetowskiego konkursu wcale nie zwrócili na mnie uwagi. Przeszli obojętnie obok, jak przechodzi się przez stronę z nekrologami w gazecie, będąc w młodym wieku. No i skoro już przy nekrologach jestem, cieszę się niezmiernie, że moją nominację dostałem jeszcze przed śmiercią, nie dzieląc losów wielkich tego świata.

proces7

Written by procesVII

Luty 3, 2010 at 12:03 am

Pornografia, kino i alkohol

z 78 komentarzami

Czyli:  Zostawić Pornografię
Albo:  Ostatni seans w Popielawach

Pamiętam taką scenę z filmu “Pulp Ficion” Tarantino, w której Vincent dziwiąc się wielu zwyczajom europejskim, nie może pojąc faktu, że w paryskim McDonald’s można napić się piwa. Ale już szczytem nieporozumienia wydaje mu się, że w holenderskich kinach podają piwo i to w dodatku nie w amerykańskim, papierowym szajsie, a w szklankach. Jak w ogóle można pić piwo inaczej, zapytałbym.
Są to dane z lat dziewięćdziesiątych, dziś nie wolno już prawie nigdzie ani pić, ani palić, nawet drapać się po jajkach. Dobrze, że w naszym sejmie mamy jeszcze tego Papilota, co to dorobił się na winkach musujących do zrywania lampucer na wiejskich dyskotekach. I gorzkiej żołądkowej, którą upija się Janusz Gajos w Pilchowym, wigilijnym “Żółtym szaliku”. Teraz jest kimś, więc może będzie można pić, przeforsuje to jakoś… Kto wie? Tylko z kim i po co pić?
W kinie w Popielawach nie było piwa, ale mogłoby spokojnie być, nikomu by nie przeszkadzało. Nie nalewano piwa w kinie Paradiso u Tornatore. Proboszcz z tego sycylijskiego zadupia pewnie nie protestowałby. Ale podczas spektaklu wszyscy byli pogrążeni w tym magicznym lustrze. Nikt nie myślał o piwie. Włosi nie piją piwa prawie wcale.
No właśnie, czy wielkie kino powinno podawać piwo, czy ma być odświętne, wyjątkowe, hermetyczne, wręcz niedostępne. Kultura w ogóle opancerzona szkłem jak blask la Giocondy? Polewać dla kultury czy nie polewać, oto jest pytanie!

Fryderyka z “Pornografii” czy Kaziuka z “Konopielki” nikomu prezentować nie trzeba. Nie umiem znaleźć stosownego porównania… Clint Eastwood polskiego kina? A może bardziej – potrafiący zagrać nie tylko wszystkich, ale i wszystko Polański – Depardieu? Na pewno fizycznie są podobni, mocni, pewni siebie a jednak zgubieni i poza nawiasem. Samotni, piją, jak Rick w Casablance, ale nigdy się nie upijają. No, może ciut na smutno, jak Rosjanie.

Dobry Żywiec wołowy i ten w szklankach nie jest zły. Kiedy pijałem piwo hektolitrami, sięgałem po tę markę, choć zawsze staram się, z wielu względów pić lokalne browarowe wyroby. Nawet troszkę kasy na akcjach firmy zarobiłem, oczywiście nie tyle co Pan Papilot. W innym razie zostałbym dziś – jak każdy nieudacznik, leń i facet do niczego – politykiem.

Fryderyk z Pornografii puszcza łódeczkę (łódka Bolsa czy jak?). Podobny do Gerarda Depardieu, n’est – ce pas? Ten nos i to drapieżne, okocie spojrzenie konkurencji z Carlsberga.
Nie mam wątpliwości, że aktor wielkiej klasy, niestety niewykorzystany w naszym kinie, może robić wszystko i nikt mu nic nie może nakazywać. Bez żadnego “ale” i bez złośliwych i perspektyw. Bezsprzecznie.
Wiadomo, żywiec wieprzowy drożeje, a coś trzeba jeść. Tyle, że wydaje mi się, iż Majchrzak, o ile będzie miał fart, to najlepsze przed nim. I może, tak jak Eastwood, który przecież zaczynał od spaghetti z koniną (w całej masie włoskich restauracji na północy stek z konia jest w menu), dojrzeje do czegoś, do kompromisu. Mało go w kinie. Choć czy byłby tak dobry jeśliby grał w każdym jak Linda?

Pytanie można też postawić przewrotnie. Czy koncerny, które nie wiedzą co robić z nadwyżkami pieniędzy, w taki oto sposób nie finansują kultury w ogóle? Może one właśnie marnują pieniądze na kampanie reklamowe, z których niewiele będą mieć, a w świecie filmu będzie wrzeć i bulgotać, jak kraterze wulkanu. I pojawią się zmarnowane pieniądze, pędzące ku dalszemu zatraceniu. Za gażę z reklamy Krzysztof Majchrzak wyjedzie do Las Vegas, gdzie zapije się na śmierć. Przedtem, zanim nastąpi to najlepsze co przed nim, pozna kobietę swojego życia, po przejściach. Najlepiej prostytutkę. I dowiemy się czego chcemy, choć najgorsze w tym wszystkim jest to, że my nie wiemy, co chcemy wiedzieć. Podpowiadają nam to reklamy, uczy nas literatura, zachwycają, w swym kształtowaniu nas i naszym dorastaniu, kino i teatr.
Ostatni spektakl czy seans filmowy jest przed nami i ja nie chcę wiedzieć co będzie potem. Dokąd dopłynie ta papierowa łódeczka Kaziuka. W moim papierowym, chłopięcym życiu porty były zawsze najważniejsze. Miejsca, do których wracałem jak samotny, zbłąkany kuter bez świateł.

proces7

Written by procesVII

Styczeń 26, 2010 at 2:30 pm

Elegia o całkiem dużym chłopcu niepolskim

z 117 komentarzami

Widzę, że podniecacie się jakimś moim starym tekstem o nieseksownych mężatkach na czacie, a tu przecież chodzi głównie o to, Mili Państwo, że ja startuję w Konkursie i to w sekcji “Kultura”.
Żeby więc było seksi i kulturalnie to wspomnę o filmie “Elegia” Isabel Coixet. Bo film ten mnie zachwycił, choć być może zachwycać jednak nie powinien. “Konającego zwierzęcia” nie czytałem, ale znam parę pozycji Philipa Rotha i on mnie zupełnie nie zachwyca. Źle się go czyta; jest ciężki, rozwlekły i po prostu nudny.
Dawno temu nakręcono film na podstawie jego powieści “Kompleks Portnoya” i tu faktycznie ekranizacja była tak nędzna, że chyba gorsza od filmowej adaptacji “Paragrafu 22″ Hellera. A bardziej książki i pomysłu schrzanić się już nie da.

Pisałem niegdyś o kiepskich książkach i doskonałych filmach zrobionych na ich podstawie. Dla mnie takim klasycznym przykładem jest “Angielski pacjent”, rewelacyjny film Anthony’ego Minghelli. Książka Michaela Ondaatje (jak to czytać do diaska!?) to gniot.

Ale miało być o seksie i kulturze. Otóż, bohater “Elegii”, profesor Kepesh, grany przez Bena Kingsleya, podrywa młodą i piękną Consuelę (w tej roli Penelope Cruz) właśnie na swoją wiedzę w dziedzinie kultury. Podrywa ją i zaciąga do łóżka, choć sam nie jest ani młody, ani piękny.
Cóż robi?

Pokazuje jej obraz “Mai ubranej” Goi i mówi, że Kubanka jest do niej podobna. Wcześniej widać, jak paluszek mu się ześlizguje i miga nam przed oczyma rozebrana Maja. O majach to ja bodajże pisałem, a było tam o Goi i chodziło o rozstrzeliwania majowe.

W każdym razie, trzasnął dziewczynie pewnie o 40 lat młodszej od siebie komplement, zabrał do teatru, pokazał jakieś fotki i zagrał na pianinie. I kubańska Maja została rozebrana.
Aha, wcześniej zaimponował jej oryginałem listu Kafki do Mileny. Ale ja jako Proces, powiadam Wam, że to nie było kluczowe ani wcale rozstrzygające.

Penelope Cruz; fotografia Sante D’Orazio

Kiedy w filmie były sceny łóżkowe, zastanawiałem się czy facet zażywał jakąś viagrę albo co, bo chyba w tym wieku już nie miewa się spontanicznych erekcji, nieprawdaż?

Wniosek nasuwa się prosty: warto zajmować się kulturą, opłaca się wiedzieć co jest grane, bo najzwyczajniej na takie “tricki kulturalne” można wyrwać i zaliczyć fajną laskę. Jasne, że na kasę jest łatwiej, pewniej i szybciej, ale na taką kulturalną wędkę o wiele przyjemniej. I bardziej sportowo.
Piszę tu o koneserach i kobietach mniej osiągalnych, bo czatowe mężatki możecie wyrywać na byle co, wystarczy lektura pism kobiecych. Inna rzecz, że te krokodyle pchają się same do facetów i opędzić się od nich nie można.

Jest też jeden znamienny motyw w tym filmie. Przyjaciel Davida Kepesha, Gerorge, mówi mu, że piękne kobiety – takie jak Consuela – są niewidzialne, że widzimy w nich otoczkę piękna, że nie potrafimy na nie spojrzeć, bo to piękno nas paraliżuje. George’a gra Dennis Hopper, wielki Easy Rider historii kina.
I powiem Wam, że to jest prawda, piękną kobietę dużo łatwiej zdobyć, niż nam się zdaje. To onieśmielenie i ten paraliż powodują uciążliwy dystans dla obojga.
Kiedyś opowiem tu moją elegię, ale to jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz.

proces7

Written by procesVII

Styczeń 19, 2010 at 11:03 pm

Teatr działań blogowych

z 96 komentarzami

Lubię te wszelakie konkursy, zawody, turnieje. “Turniejem” nazywam onetowski konkurs na Blog Roku. Za pierwszym razem wygrałem swoją kategorię, ale zasady były inne, moim zdaniem sprawiedliwsze, bardziej demokratyczne. No i dzięki tym zasadom było bardziej dramatycznie: walka, emocje itd., itp.
Zawody takie pomagają mi spojrzeć z perspektywy na swój blog i tak jak w ubiegłych latach, nieco go uporządkować. Przed tym konkursem, tą blogową kolędą noworoczną jurora, nie mam czasu. Plącze mi się po głowie cała masa pomysłów, ale trudno mi wyrwać cokolwiek z życia na blogowanie. Na które przecież szkoda życia, chyba, że jest stricte przyjemnością.
Do tego dochodzi fakt, że ktoś znany i ceniony przeze mnie, przeczyta mój blog. Ufam w to i wiem, że wygląda to teraz jak próba korupcji jurora.

Sami wiecie, czytelnicy jak to blogowi szperacze, przeczytają notkę albo nie, w komentarzach nasrają, nawet nie czytając. A tu przyjdzie sędzia, o ile zakwalifikuję się do pierwszej dziesiątki, w co wierzę, przeczyta i wstawi komentarz. Cenny, bo będzie on tyczył całości. I będzie nienapisany, ale wypowiedź zobaczę, bo albo zakwalifikuję się, albo nie. Ktoś mający spory teatralny dorobek, znany i ceniony jak Krystian Lupa, będzie moim jednoosobowym audytorium. Przez krótki czas, przez moment. Jednak będzie.
Tak bardzo nie mam czasu, tak szkoda mi jego resztek na blogopisanie, a wypadałoby jakoś dlań zagrać na tej scenie. Pokazać, że umiem grać i, że to moja pasja. Przyjąć godnie to jednoosobowe audytorium w osobie sędziego.

Zdaję sobie sprawę z tego, że większość notatek z wirtualnych impresji może nie kojarzyć się z kulturą pełną gębą. Sam nie jestem przekonany co do mej decyzji. Absurd i off byłyby może bardziej trafne, jak w ubiegłym roku…? Ale też nie, ta kategoria to taka zapchajdziura. Tu zaś mam chaos, bałagan i diabli wiedzą co.

Jeden punkt styczny jest, fragment gdzie się zazębiam z kategorią. Bo ja blogopisanie widzę jak teatr.  Skoro jest teatr działań bojowych, strategia i taktyka, to musi być teatr działań blogowych z jego grą, strategią i teorią. Implikacja oczywista. A blog mój jest ogromny, przynajmniej takim go widzę,  i stary. Zupełnie jak znane teatry.

proces7

Written by procesVII

Styczeń 12, 2010 at 3:02 am

Proces i jego blog roku

z 64 komentarzami

By tradycji stało się zadość oraz by uczcić imię, mojej jeszcze nienarodzonej, ani nawet jeszcze nie poczętej córki, która otrzyma imię Tradycja (Jak Patrycja Letycja, Alicja, Ejakulacja, Pistacja itd., itp.), startuję w Turnieju Blogowym Onetu. Prawdę mówiąc, kiedy byłem mały, to myślałem, że moje dziecko płci żeńskiej będzie mieć na imię Deyna, syn zaś Kazimierz. Jednakże życie każe nam prowadzić gry bez reguł i konsekwencji.

To już będzie po raz trzeci, za pierwszym razem wystawiłem proces.blox.pl i wygrałem tytuł Bloga Roku w kategorii “Kultura”. Stąd nie mogę już – chcąc pozostać w zgodzie z regulaminem – wystawić tego bloga ponownie do Turnieju. W ubiegłym roku startował w zawodach ten tutaj blog, w kategorii “Absurdalne” i offowe”, ale nic nie ugrałem, choć byłem bliski sukcesu. Prawie wygrałem skuter.

Owszem, starty w konkursach to swego rodzaju obciach, ale też test dla bloga, a nade wszystko świetna reklama. Spróbować można, a nawet trzeba. Nie takie gnioty ludzie wystawiają i większe badziewie jest nagradzane. Trzeba mieć fart. Chyba że ktoś wierzy w to, że juror, ekspert od danej kategorii, przeczyta wszystkie dziesięć nominowanych blogów. Daje to średnio jeden na dzień, a taki jak mój jest pewnie dwa – trzy razy dłuższy i nudniejszy od “Nad Niemnem” Orzeszkowej. Gdybym był w jury, nie czytałbym tego badziewia, rzuciłbym monetą albo wylosował kartę z talii.
Zresztą główną nagrodę dostają ostatnio i tak blogi, których autorzy są dotknięci jakimś nieszczęściem. Śmierć kogoś z rodziny, chore dziecko. To ma być zapewne jakaś rekompensata za trudy i cierpienia codzienności. Myślałem o tym, żeby uśmiercić kogoś z rodziny, zachorować na nieuleczalną chorobę albo choćby zagrozić jurorom, że zajebię na śmierć jakąś pacynkę, jeśli nie wygram. Ale nie warto.

Co do SMS, to nie będę was prosił, kto ma wysłać, uczyni to. Nastawiam się wszakże, że będę musiał sobie sam poradzić w tej kwestii.

Zabawa jest przednia, choć przypomina hazard, biorąc pod uwagę inwestycje esemesowe. Maszyna da albo nie, juror wybierze blogasek albo i nie.

Wstawiłem blog Wirtualne Impresje do kategorii “Kultura”, tak jak w pierwszym moim starcie. Dlatego proszę was uprzejmie byście pisali zgrabne, wdzięczne, a przede wszystkim kulturalne komentarze. Większość ludzi, szczególnie pośród sieciowych buraków, uważa, że blog o kulturze musi być kulturalny, słodki i cieplutki. No a jednoręki bandyta kręci owocami i warzywami, do których buraki się zaliczają. I te cukrowe jak i te pastewne.

proces7

Written by procesVII

Styczeń 6, 2010 at 10:57 pm

Brama do wyższej rzeczywistości

z 15 komentarzami

Ogólnie rzecz biorąc nie oglądam telewizji, tylko jakieś filmy nocą, ale bardzo często gra mi gdzieś w tle jakiś program. I pewnie podświadomie wychwytuję coś niecoś. Włączam też telewizor do snu, zamykam oczy, wówczas wydaje mi się, że słucham radia i zasypiam. Zasypiam bardzo szybko, stąd skraca to mój prywatny czas oglądania. Zdaję sobie sprawę z tego, że śpiący przed odbiornikiem jest zliczany do statystyk oglądalności. Kiedyś wszyscy będą spać, a stacjom telewizyjnym będzie rosła oglądalność i wpływy z reklam.

Jest takie małe miasteczko, w moich rodzinnych okolicach, nazywa się ono Kalwaria Zebrzydowska. I ma ona swój portal w sieci, ale to nic dziwnego czy złego, nawet stróżówka na jakimś zapyziałym forum może mieć swój portal. Chodzi o to, że w tym portalu można wstawiać komentarze. No i lokalnemu burmistrzowi nie podobały się komentarze, więc zaangażował prokuraturę, sąd i chciał by ujawniono nazwiska piszących, a także wpisy, które mu się nie podobają, wykreślono. Napisałem do nich maila, że znam gości od tych wszystkich formowych walk ulicznych i można wynająć, na przykład w Gazecie.pl, specjalne grupy szturmowe do tępienia trolli czy innych plonkojebców.
Potem wystąpiła jakaś pani profesor prawa z Uniwersytetu Jagiellońskiego (niestety nie pamiętam nazwiska) stwierdzając, że urzędnik powinien zmienić siebie sam, a nie próbować naprawiać innych. Przemyśleć skąd i dlaczego biorą się krytyczne wobec niego głosy. Co było dla mnie budujące, bowiem sam w sieci, jak zapewne wiecie, miewam zatargi z różnymi takimi cieciami. I uważam, że to oni powinni się zmienić, a nie ja. Słowem: Agora i Gazeta – tak, błędy, wypaczenia, zasiwienia i wyolsowania – nie.
Internet przecież służy do tego, by przedstawić alternatywne spojrzenie, wprowadzić pluralizm medialny, bo każdy wie, że polityczny to bujda na resorach. Rządzą ci sami od lat, a jeszcze dłużej ci sami pociągają za sznurki pacynek figurantów politycznych.
Nikt w Kalwarii nie wywiesi pod klasztorem napisu: won z burmistrzem, bo zaraz zdejmą, nałożą mu karę, ale w sieci może napisać, będzie mu lżej. Nie mogę napisać na forum Gazety, by przestali mnie szczuć swoimi psami, by mnie grzeczniej traktowali, bo zaraz to skasują. Tu, na innym portalu, mogę taką prośbę złożyć. I w końcu zostanę wysłuchany, w co nieustannie wierzę.
Zmieniłem też swoją strategię i będę konsekwentnie trzymał się zasady, że to oni są dla mnie, nie ja dla nich. Próbowałem obrazić się na forum, na Bloksa, ale nie. Niech mnie skasują. Choć tego tekstu powyżej nie wstawiłbym na swoim blogu w Bloksie, co świadczy niezbicie o zamordyzmie i – widocznej jak na dłoni – polityce apartheidu bloksowego. Skasowali mi jeden blog, a drugi – bez jakiegokolwiek sygnału czy konsultacji ze mną – przenieśli do kategorii “dla dorosłych”. Niech sobie tam “Naszą Klasę” albo “Kominek” przeniosą. Bardziej na to zasłużyli.
Wstawiłem możliwość reklam na blogu bloksowym, Agora ma z tego prowizje, więc głupio im będzie usuwać coś, co przynosi im zysk. Zgłoszę też blogi do Konkursu Onetu na Blog Roku 2009. Też im utrudnię, a i się nieco zabezpieczę.
Trudno samemu udowodnić swe racje, ale przecież gdybym wierzył w mą winę i to, że jednak – jak to sugerują admini Gazety – jestem bezwartościowym trollem, nie poświęcałbym tej “Obronie Łużyna” tyle czasu.

Wracając do telewizji, w tych samych wiadomościach, w których mówiono o burmistrzu Kalwarii Zebrzydowskiej, padła informacja: w tym roku w święta zdarzyło się mniej wypadków na drodze niż  w tym samym okresie w roku ubiegłym. Ale za to drogami podróżowało więcej pijanych kierowców.
Jak pisałem, telewizji nie oglądam, nie wiem jak przeciętny widz Tańca na lodzie i M jak miłość odczyta tę informację. Dla mnie przesłanie było jednoznaczne: wypiłeś – nie jedź. Nie piłeś – wypij. Informacja ta oznaczała przecież, że pijani kierowcy powodują mniej wypadków. Z czym akurat się zgadzam, po alkoholu jestem szczególnie ostrożny na drodze z dwóch powodów: boję się kogoś potrącić po pijaku oraz obawiam się kontroli policyjnej.
Tak jak boję się tego typu tekstów pisać na moim blogu w Blox.pl, bo oni tam fałszują wskazania radarów i alkomatów.


Fot. DPA

Tak mniej więcej wyobrażam sobie działalność grup szturmowych wobec mnie. To moje wyobrażenie i to ja jestem skrzywdzony, a wyobraźnia zinterpretowana to już brama do wyższej rzeczywistości. Próba przejścia do sztuki. A obrona sztuki przed cenzurą, to mój pierwotny instynkt i obowiązek.

Oglądają dużo amerykańskich filmów o policjantach, grają w gry, w których ma się wiele żyć, myślą że mogą zostać bohaterami, przysłużyć
się ludzkości, zabijając trolla. A dyskusja wirtualna, potyczka nawet, tak samo jak wirtualny seks, rządzi się innymi prawami. Oczywiście, że denni i beznadziejni prawnicy po zaocznych uniwersytetach w Pcimiu, będą szukać swej szansy w sieci, bo nie mają wyjścia jako bezrobotni nieudacznicy. Ale jak to w sieci, wiecie na naszych wirtualnych zadupiach, facet pisze dziesiątkom kobiet dziennie, że je kocha i gotów jest dla nich na wszystko. Może mieć równolegle kilka wirtualnych randek równocześnie, co jest nieziszczalne w rzeczywistości. Tak samo kobiety, które mają w tajemnicy wirtualnego kochanka, nie mogąc przy tym pogodzić się z faktem, że to przecież mężczyzna stworzony do tego, by o nim opowiadać.

proces7

Wesołych Świąt

z 45 komentarzami

Wszystkiego co najlepsze życzę tym, którzy się tu błąkają i otarli się o moje blogi. I tym z mojego wirtualnego pobliża. Choć, jak zawsze twierdzę, trudno tu mówić o jakimś pobliżu. Zdrowia i uśmiechu.

proces7

Written by procesVII

Grudzień 24, 2009 at 2:34 pm

Blogowy apartheid

z 40 komentarzami

Cała ta apartheidowa pętla polega na tym, że blogopisacze nie są świadomi jej istnienia. Nawet, prawdę mówiąc, mało kto wierzy w sieciowy apartheid. Administratorzy kasują wpisy, blogi, tną dyskusje. W ochronie swego image, po to by ich ciemne sprawki, uprzedzenia wobec innych ras, wyznań i kolorów skóry, nie wychodziły na jaw. Tym bardziej, jeśli platforma blogowa osadzona jest w firmie, która otoczona jest legendą liberalnej i słynącej z idei szerzenia wolności słowa.
Ale jeżeli podąża się drogą cenzury i kłamstwa, a z drugiej strony chce się być fajnym, zajebistym i popularnym, to w swoim apartheidzie trzeba być konsekwentnym. Zapewne zajmuje to sporo czasu, jest się wiecznie zmęczonym, niczym, pogrążony w bólu zęba, alkad z Márquezowskiego Macondo.

No dobra, każde grabie są skonstruowane tak, żeby grabić do siebie. Wspomniałem na forum “O Blox.pl” o bloksowym apartheidzie, chciałem się upewnić, czy w istocie ktoś kontroluje poczynania administracji. Na mój rozum – tak. Mój list zniknął w przeciągu 5 minut. Wsiąknął po prostu. Co pośrednio dowodzi o istnieniu bloksowego apartheidu. Bo gdyby nie istniał, można by było o nim pisać. Tworzyć bezpieczną baśń o nieistniejącym świecie.

Rozumiem, że moja wypowiedź burzyła ideę oświadczenia administratora Olsa, stąd nie mogłem oczekiwać tego, by pozwolono mi burzyć tę misterną konstrukcję.
Kilka dni wcześniej usunięta została inna moja wypowiedź z owego forum:

Tu mogę zrozumieć. Wypowiedź zniknęła po kwadransie. Moja koleżanka, która to widziała, stwierdziła lakonicznie: żałosny jest ten Ols. No ale w tym wątku napracował się nad staranną i finezyjną ripostą, a mój list odczytał zapewne jako ironiczny. Choć, jak wiadomo, jestem człekiem doszczętnie pozbawionym poczucia humoru. Ale cenzor i ten co ma coś na sumieniu, wszędzie węszy nieszczerość i zagrożenie dla siebie.
Poza tym, na forum Gazeta.pl funkcjonuje bardzo banalny i przydatny mechanizm. Jeśli dany pseudonim ma na koncie pewną, bliżej mi nieznaną, liczbę usuniętych wypowiedzi, jego login zostaje automatycznie zabanowany. “Trollem” zostałem nazwany przez Olsa zaliczkowo. Jeśli teraz automat mnie zbanuje, ten szczwany administrator udowodni swą rację. Bo zabanuje mnie bot, on nie będzie miał na rękach krwi, jak to miało miejsce z blogiem cyc.blox.pl. No, bynajmniej nie będzie jej widać. Sprytne, prawda?

Admini Gazety.pl i ich grupy szturmowe, jak również, podążający za nimi redaktorzy Wyborczej, piszący blogi (Wojciech Orliński, Piotr Miączyński) uwierzyli Olsowi na słowo, że jestem z całą pewnością trollem. Wymienieni redaktorzy wyszli przed szereg i – niczym dobrze naoliwieni faszyści – banowali przykładnie trolla. Czyli mnie. Bo tak a priori zdefiniował mój pseudonim redaktor Internetu Ols. Z jego perspektywy aksjomatem jest to, że jako ktoś naruszający prawo sieciowe i netykietę, jestem trollem.
Z drugiej strony niepokoi mnie to permanentne kasowanie moich wypowiedzi. Wciąż i konsekwentnie, a także w błyskawicznym tempie. Któż bałby się aż tak bardzo fałszywych bądź głupich tez?

Panie Prezesie Sowa, obecność Olsa jako księcia udzielnego w Bloksie dowodzi, przynajmniej częściowo, że moja teoria bloksowego apartheidu jest prawdziwa. Skoro go kontrolujecie, to wiecie, że dzieli pseudonimy na trolli i nie – trolli, jako jedyna i niezawodna wyrocznia. Aparat do wykrywania spamu i ironii. A taka usankcjonowana i odbywająca się pod egidą Agory S.A. dyskryminacja jest właśnie apartheidem. A ja czuję się ofiarą takiej polityki i taktyki.

proces7

Written by procesVII

Grudzień 22, 2009 at 11:44 pm

Herodot i frappe

z 27 komentarzami

Często noszę ze sobą książkę. Trzymam ją w ręce wchodząc do sklepów, urzędów, zostawiam na tylnym siedzeniu samochodu. Są to Dzieje Herodota. Podejrzałem to u angielskiego pacjenta, László Almásy’ego, z filmu Anthony’ego Minghelli (1996). Rzadko kto zwraca uwagę i zerka na książkę , nawet bardzo rzadko. Sam nie czytuję Herodota, choć podróżuję z nim, w inny sposób jednak niż czynił to Ryszard Kapuściński. I nie tak jak, grany przez Ralpha Fiennesa, węgierski podróżujący hrabia.
Wkładam tam banknoty, te wybrane z bankomatu na przykład. Są tam bezpieczne jak w sejfie, co wielokrotnie sprawdziłem, żaden złodziejaszek wszakże nie ukradnie książki, tym bardziej jeśli nie kuma o czym ona może traktować. Wrzucam pomiędzy strony ulotki, papiery z urzędów, listy, bieżące notatki. Herodotem też szpanuję, ale jest to bezcelowe, bo kobieta, która będzie wiedzieć, kto to Herodot, będzie stara i brzydka albo już nie żyje. Czytaj resztę wpisu »

Written by procesVII

Grudzień 19, 2009 at 2:34 pm

Koniec sezonu na korridę

z 46 komentarzami

Towarzystwa wzajemnej adoracji, blogowe kółka plotkujących gospodyń domowych, niespełnieni donżuanowie sieciowi, wszystko to rozpierzchło się, zniknęło z mojego pola widzenia. A pomyśleć, że kiedyś tym żyłem, ekscytowałem się, przeżywałem. Nie, to nie tak, nie żałuję tego czasu, to uczucie alkoholika, hazardzisty czy nałogowego palacza, który pewnego dnia postanowił zmienić siebie i inaczej spojrzeć na otaczający go świat. Wytrzeźwieć i zobaczyć wszystko z odległości.
Te internetowe więzi, adoracje i romanse są gówno warte. Ileż można się wprawiać, trenować. I po co? Znajomości i uczucia internetowe, zamienione w związki partnerskie czy małżeństwa są dla ćwoków i aligatorów. Zawsze z pogardą spoglądałem na ludzi, którzy poznali się w sieci i zaczęli wspólne życie, takie związki cuchnęły mi od początku nieświeżym przedwigilijnym karpiem. Nieudacznicy i zakompleksione przeterminowane, neurotyczne panny. Poznać kogoś w sieci, zakochać się bądź zaprzyjaźnić z nim potem w realu, to obciach na sto blogowych penisów i kopę tańczących dod oraz mendel ibiszów.

Widocznie musiałem przejść przez ten etap. Gdybym mógł cofnąć czas, poszedłbym tą drogą, choć wy nią nie podążajcie w żadnym razie! Jeno na skróty, jak w akademickim skrypcie.
Teraz to wszystko co było zdaje mi się być nudziarstwem do sześcianu, choć przecież jeszcze nie tak dawno burzyły mi krew sieciowe wojny, awantury i blogowe burdy. Rzeczywiście mnie bolała buta adminów, szczególnie tych z Gazety. Jak oni śmieli, ci ludzie z niższych niż moja kast, cokolwiek mi kasować, pouczać mnie i drwić ze mnie. Gazeta bolała najbardziej, mnie, dla którego Wyborcza była niegdyś symbolem. A Michnik był idolem, jak dziś dla was i moich sieciowych katów są: Wojewódzki, Doda, Jolka Rutowicz czy Kasia Cichopek.

Wiedziałem, że jestem skazany na porażkę, ale miałem wolę walki i ostre rogi, ważna była gra, a drobne sukcesy w tej toczącej się niechybnie ku przegranej grze cieszyły bardzo. Zdawało mi się, że też jednoczyły, dawały pretekst do tworzenia drużyny złożonej z zadeklarowanych indywidualistów. Bez wspólnej strategii i ustalonych zasad gry – choćby były najbardziej niedorzecznymi – nie widzę sensu w tworzeniu towarzystw blogowych, czatowych bądź forumowych. Bo to panie nuda, te schematy z adoracją, flirtem i lansem dla wirtualnych cipć. I dla mnie ta formuła, te ścieżki się ograły. Algorytm nudny i do pominięcia, niczym gra wstępna z kobietą, która mnie nie kręci, a służy jedynie za przedmiot w zaspokojeniu żądz. Jak worek na nasienie.


Korrida w Limie (Peru); fot. DPA

Czasem czuję się jak byk pozbawiony siły bojowej i potencji (smell of napalm in the morning, and the rockets’ red glare, the bombs bursting in air), ale to mija, to krótkotrwałe bolesne symptomy po rzuceniu nałogu. Wtedy myślę jak bardzo okrężną drogą doszedłem do punktu, w którym jestem. I wcale nie czuję się wydymany przez innych, skupiam się na zysku z tej – długoterminowej, bardzo nisko oprocentowanej, nawet poniżej wskaźnika inflacji – lokaty. Bo przecież coś o sobie się dowiedziałem, na tym kolejnym etapie mego życia. Pogodnej egzystencji człowieka szykującego się z wolna na jego ostatni etap.

proces7

Written by procesVII

Grudzień 13, 2009 at 5:05 pm

Choroby przenoszone drogą blogową

z 23 komentarzami

Czy terapie blogowe są nieskuteczne? Tak kiedyś pisałem i owszem. Czy choroby przenoszone drogą blogową są nieuleczalne? Pewnie też gdzieś o tym wspominałem. Dziś rozkładam ręce, rozdziawiam gębę, przed którą nie można uciec i piszę: nie wiem. Przynajmniej wiem, że nic nie wiem, że powróciłem do początku.

Dla mnie istotą i motywem blogopisania są emocje, nastroje, które pozwalają mi pasjonować się tymi wszystkimi, związanymi z życiem w sieci na wirtualnym zadupiu, duperelami. Bez tego ani rusz. Te nastroje, ta gra, przypominają mi kibiców Barcelony w Polsce. Bo to jest obecnie zespół trendy. Więc faceci się emocjonują, choć Barca ma ich w dupie. To ersatz dla aferalnej i zdezelowanej polskiej piłki, niczym prostytutka dla wypalonego związku. A terapia blogowa to ucieczka przed życiem. Uciekanie przed życiem często kodujemy w sobie jako lęk przed śmiercią. I zawsze dochodzimy – prędzej czy później – do wniosku, że nie ma ucieczki przed sobą samym oraz, że kto nie umie i nie lubi być sam, nie będzie potrafił tak naprawdę być z kimś.

Już dawno przestałem się ekscytować wirtualnymi więziami, których słabość i mizerię tak często widuję obnażoną. Dlatego niedorzecznym wydaje mi się zestawianie wirtualnego świata z realnym. Wprowadzanie w Internet powagi prawnej czy imperatywu ochrony uczuć i dumy innych ludzi. Cóż z tego, że ktoś mi coś tam w jego parku czy ogródku skasuje? I usprawiedliwi to nazwaniem mnie “trollem”? Kiedy ktoś mi to pisze, czuję się jakby pijaczyna zasmarkał mi buty. Mam go za to prać? Sam się wypieprzy. Mimo to, w strefie wirtualnej jest to nic innego jak sieciowy apartheid, pojęcie które już dawno – dzięki durnym administratorom (miej Panie w opiece ich zdrowie, bo umysły mają bezwartościowe) – wprowadziłem do Internetu. A logika wirtualna to całkiem równoległa sprawa do realnej, stąd czucie blogowe jest tylko naszym problemem. Napędzanie emocji zaś brzmi mi niczym klin dla alkoholika. I powiem Wam, że najgorsza choroba to wirtualna władza, dlatego trzeba przed nią uciekać. Władzę, poza tą nadaną dla typków w rodzaju ubeckich urzędasów: nie matura, lecz umysł potwora uczyni z ciebie administratora, daje również popularność. I ją należy również kontrolować niczym spożywanie kokainy.

Wspólna gra była fajna, choć każdy miał różne motywacje, można powiedzieć, że nawet uprawiał inną dyscyplinę, ale mniej więcej rozgrywka odbywała się to do jednej bramki. Rodziły się emocje, budowały koalicje, sympatie i antypatie, czasem nawet zdawało mi się, że jestem w realnym świecie tak bardzo, że musiałem podkreślać i oznaczać swój dystans. Dziś uczestnicząc w forach czy blogowych redakcjach, nie odnosiłbym żadnych korzyści bądź byłyby one tak małe, że nie rekompensowałyby mi choćby tego małego wkładu pracy, nieprzyjemnej roboty. No, a jak zawsze pisałem, w sieci, jak i w życiu, to ja jestem dla mnie najważniejszy. Póki toczyła się moja gra, nie patrzyłem na bilanse i korzyści, dziś widzę to w sposób bardziej wyrachowany. Cenię sobie bardziej wirtualny czas. Czas, który w tych obu równoległych przestrzeniach jest obiektywny. Brzmi to okrutnie i cynicznie, ale jeśli chcesz kogoś usłyszeć, musisz mu coś opowiedzieć. Na altruizm, poświęcenia i uprzejmości bardziej opłaca mi sobie pozwalać w realnym świecie. Tu rozrachunek i saldo końcowe, w tym momencie, będą co najwyżej zerowe. Zaś czas tracony bez przyjemności i motywu będzie prowizją, która umniejszy wartość oczekiwaną gier blogowych.



Kadry z filmu “Rejs” (Marek Piwowski, 1970)

Nie wiem, gdzie rozpierzchły się towarzystwa, w których bywałem, ale moja minimalna tęsknota nie determinuje mnie do żadnych poszukiwań. Samotność blogopisacza ma swój urok, nie wymaga kompromisów, a uczestnictwo w towarzystwie, nawet jak to byłaby – co mniej prawdopodobne – sensowna firma, nie jest mi niezbędne. Nierzadko takie układy, zobowiązania i wymuszone nieszczerości płynące z delikatności i obawy przed utratą iluzji wirtualnej przyjaźni, są utrudnieniem, ograniczają. Przy czym wirtualne związki i przyjaźnie ważą w sieci dokładnie tyle samo co słowa. Wedle mojej siódemkowej teorii, jest to nieco ponad 14% wartości realnej słowa. I tego kursu niewymiany będę się trzymał. Mimo że podczas gier i zacietrzewień, uporów, i amoku gry, przeceniałem wartość wirtualną mocno ponad wszelkie rynkowe wyceny. Ileż więcej jest wart dla hazardzisty szton, który pragnie postawić na ostatecznego, decydującego i rozstrzygającego pewniaka? Który w końcu z całą pewnością odwróci jego nieszczęśliwą passę i pozwoli mu wciąż pozostać w grze.

proces7

Written by procesVII

Grudzień 3, 2009 at 7:16 am

RIP

z 39 komentarzami

Czyli: Redaktor Internetu Proces

Moja agonia blogowa przeciąga się nieco, pewnie powinienem wszystko zostawić w diabły. Albo skasować. To chyba dylemat każdego blogowego więźnia. Kasować czy nie kasować? Oto jest pytanie. O ile dobrze pamiętam, zawsze pozostawiałem wersje archiwalne miejsc, które redagowałem w sieci. Nawet jeśli były totalnie popsute, bezsensowne czy miałem świadomość, że już nigdy nikomu na nic się nie zdadzą.
Bo cóż oznacza rest in peace dla wirtualnej kafejki, miejsca spotkań i pogawędek? Moim zdaniem, jeśli jest martwa, nie ma woli ni możliwości jej reanimacji bądź nadziei na cudowne wskrzeszenie, można ją odciąć jak zwłoki wisielca albo pozostawić dyndającą.

Do Poltergeista (Poltera) nie byłem jakoś szczególnie przywiązany. W porównaniu z innymi miejscami, które współkomponowałem. Oddalam się od wirtualnego życia, stąd i moje więzi z takimi miejscami są słabe. Nie to co dawniej, kiedy mocno korzeniami wrastałem w te sprawy, angażowałem się i najczęściej zostawałem szefem sztabu, zarządzającym czy tam naczelnym redaktorem – Internetu – rzecz jasna.

Ale cóż, taki redaktor, na przykład znana Wam RIS (Redaktor Internetu Siwa) czy RIO (Redaktor Internetu Ols), kasują sobie fora, blogi, przeszkadzają innym w dyskusji, banują, cenzurują, a na dodatek biorą za to kasę. Sami gówno potrafią rozkręcić. Minus dziesięć w Rio, dżuma w Siwa Fe… A ja miałbym za friko prowadzić redakcję forum czy bloga, a na dodatek być kontrolowanym przez platformę, która absolutnie wiertniczą nie jest, choć tryskają w niej bluzgi na właściciela, ojca chrzestnego czy patrona owej sieciowej kafejki? Kafejki, bo pijemy przy niej poranną kawę czy wieczornego drinka i czytamy, dołączamy do nurtu dyskusyjnego, czujemy się na tyle dobrze z otwartym na niej monitorem, że powracamy codziennie.

Odciąć zwłoki czy nie? That is a question.

Poltergeist miał długą żywotność, niemniejszą niż trwanie Konfraterni, Lotu nad bocianim gniazdem, Zawróconych w Czacie czy Lokomotywy. Były i Cyce, i inne Catche 22 i Cycoramy, ale któż to jeszcze pamięta? Z doświadczenia wiem, że bez takowej bazy, towarzystwa wirtualne podlegają szybkiemu rozkładowi. Tematem rozmów są plotki czy wydarzenia związane z komentatorami bądź redaktorami takowych rozmów. Jeśli nie ma pretekstu, gdy nie ma kawiarni, w której podają espresso czy frappe, nie ma motywu do zagadania, nie ma wspólnego zazębiania się. W końcowym efekcie zanika, nietrwała przecież, wirtualna więź. Owszem, jeśli zawiązało się z kimś mniej lub bardziej prywatny kontakt, wówczas istnienie takich miejsc dla subtelniejszej i rozwiniętej relacji jest obojętne. Wirtualne życie jest tak samo brutalne i prozaiczne jak realne. Nie ma pogawędki w komentarzach na blogasku – nie ma żadnych związków. Umierają z czasem bezpowrotnie. Tu można się zastanawiać, czy warto o takie, przecież guzik warte relacje, zabiegać. Pielęgnować je, starać się i troszczyć.

Tworzenie trwałych wirtualnych agregatów towarzyskich nie jest wcale łatwe, bywa nawet  stresujące. Sam miałem zawsze nieco szczęścia, bowiem zawsze obok pojawiała się jakaś zapatrzona we mnie kura, która odwalała za mnie sporą część fizycznej pracy związanej z tworzeniem wirtualnej dyskusji. Ale miało to też swe złe strony, kurka, miast przestrzegać dyscypliny służbowej i poprawnych relacji między współpracownikami, być moją prawą ręką, najczęściej zakochiwała się we mnie. I oczywiście, prędzej czy później, pojawiało się nieformalne żądanie gratyfikacji. W postaci zaspokojenia jej miłosnych żądz rzecz jasna. Kiedy zauważała, że sytuacja jest beznadziejna, że ani z prawej ręki, ani z lewej, bo serce jest po lewej stronie, zaczynała wątpić i popadać w apatię. Czemu się nie dziwiłem. Przecież ja również oczekiwałem wynagrodzenia, w postaci sławy i uznania, w formie glorii i splendoru spływających na kapitana zwycięskiej drużyny. Mnie interesowały takie sieciowe punkciki ze względu na ekspansję, wzrosty statystyk, ale też opadania, załamania, doły, fazy plateau. Fascynowało mnie obserwowanie siebie jako uczestnika gry w teorii gier wirtualnych. Potem te nastroje się stonowały, by opaść bezpowrotnie, bez szans na podźwignięcie się. Zupełnie jak mój penis. Po cóż mam zatem bajerować laski, wzbudzać ich podziw i emocje, skoro pukał ich nie będę?
O wdzięczności, szacunku możecie zapomnieć,  dawno na to przestałem liczyć. Nawet niektórzy przekręcają potem chronologię, istotę rzeczy i historię, ale nie ma się czym przejmować, ci co mają wiedzieć, znają przeszłość.
Podziękowania dostanę być może w grobie, jeśli dożyję do tego czasu.

Tak mniej więcej można zobrazować moje gry czatowo – forumowo – blogowe. Satysfakcja, spełnienie, były jedyną nagrodą, jak butelka burbona u szczytu wspinaczki górskiej, jak spacer zakończony filiżanką espresso albo mordercza gra miłosna zakończona papierosem po. Ten cel motywował rozgrywkę, zagrzewał do boju i zachęcał do pracy. Bo przecież nie wszystkie czynności związane z prowadzeniem forów czy redakcyjnych blogów są przyjemne. Czasem trzeba było odwalać czasochłonną siermięgę: sprawy techniczne, zebrania i dyskusje z współredaktorami, podsycanie konfliktów, wygaszanie iskier ze zgrzytów między komentującymi (rzadsze), manipulowanie kurami i męskimi pindziami blogowymi i te pe, i te de.

Co do Poltera sądzę, że – z mej perspektywy – jego formuła się wyczerpała, tak jak dla mnie zużyły się formy: czatów czy forów. Zblakły mi, a może nawet obrzydły. Wizja i presja administracyjnej pały, nahajki tępicieli trolli, są dla mnie przygnębiające. Nie wspominając o najzwyczajniejszym braku czasu, który nie pozwala mi na troskę ciecia i klowna. Piszę o tym, bo wiem, że po zamknięciu Poltera, niektóre z wirtualnych oczu zwróciły się w mym kierunku. Przykro mi: nie chcem i nie muszem.
Za długo bywałem na czatach, dostatecznie często też na forach, wiele blogów zwiedziłem, zdaje mi się, że już wszystko wiem na ten temat. Wydaje mi się, że trwałość i organizacja miejsc, które współtworzyłem były dobre. Te wirtualne zadupia spełniały też podstawowe zasady wolności w sieci, nie sięgały ich cenzura i bany, prócz zewnętrznych interwencji grup szturmowych powiązanych z władzą.

Znając życie, zrodzi się coś nowego, może dopiero po kilku próbach stanie się fajnym, codziennym zakamarkiem wirtualnego zadupia. Im dalej w sieć, im więcej takich miejsc człowiek przeżył, tym mniejszy sentyment pozostaje. Potem, za którymś tam razem, mniej się angażujemy, zostawiamy coraz mniej siebie. Przez ostrożność może? Rutynę? Ale jakąś cząstkę siebie jednak oddajemy, która – z wersją archiwalną czy bez – niech pozostanie w pokoju.

proces7

Written by procesVII

Listopad 26, 2009 at 9:15 pm

Miłość w czasach A/H1N1

z 20 komentarzami

Zauważyłem, że sporą popularnością cieszą się tu – na WordPressie – blogi traktujące o świńskiej grypie (na zapytanie A/H1N1 Google dają 103 mln odpowiedzi, to mniej więcej tyle, ile wynoszą rekordowe wygrane w loterii Euro Millions, w euro rzecz jasna).
Grypą tego typu, niezwykle groźną i śmiertelną chorobą, można zarazić się w łatwy sposób, nawet przez wdychane powietrze, przez używanie tej samej toalety, na basenie. W zasadzie wszędzie. Można również złapać zarazki drogą płciową. I to jest oczywiście najprzyjemniejszy sposób zakażenia. I tę drogę wybrałem i ja. Chorowałem jakieś pięć dni, co zauważyli z pewnością wierni czytelnicy mego bloga. Ale celowo Was nie informowałem, bo być może droga wirtualna jest również dostępna dla tych parszywych, świńskich zarazków. Pięć dni w domu, aspiryny, witamina C i gorące herbaty. Całkiem prawdopodobne, że zakażenie wirusem AH1N1 spotęgowały u mnie: spora ilość spożytego alkoholu w przeddzień krytycznego dnia, a także kac moralny związany z kontaktem erotycznym z pewnym aligatorem – kobietą. Gdybym był trzeźwy, może nie doszłoby do tego. Ale mój problem alkoholowy jest Wam znany i polega mniej więcej na tym, że kiedy nie piję, jestem trzeźwy.
Ach, i powiem Wam coś ważnego przy okazji; otóż: prezerwatywa nie chroni przed zakażeniem AH1N1 w żadnym razie! Nie dajcie się nabrać na żadne reklamy tego typu!

Świńska grypa to świetna okazja dla promocji bloga, złoty interes dla koncernów farmaceutycznych, które klepią swe pigułki na taśmach dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ogólnie rzecz biorąc grypa taka napędza gospodarkę. Media mają o czym pisać, oglądalność programów telewizyjnych, nakłady prasy, wpływy z reklam w sieci; to wszystko rośnie jak na drożdżach. Nieliczne ofiary wirusa, jak na przykład ja, nie liczą się w tej globalnej gorączce wirusowego złota. Ba! Nawet nie mają takowych aspiracji czy pretensji.
Idą jak woda poradniki, informacje o śmiertelnych ofiarach, na szczęście bardzo nielicznych, blogi o świńskiej grypie są liderami wszelakich rankingów. Jest to także pośrednia i zakamuflowana promocja bezpiecznego (choć tu pewności nie mam) cyberseksu.

Powiem Wam, że gdyby nie te informacje, gdyby nie ta totalna i prowadzona na wszystkich frontach kampania medialna, nie miałbym świadomości, że chorowałem na tak poważną chorobę. Dzięki tak doskonałemu i precyzyjnemu dostępowi do informacji, wiem co przeszedłem, przez ile dróg, jak moje życie wisiało na włosku. W innym razie cóż, byłbym zwykłym przeziębionym, który sobie trochę posiedział w domu, poczytał książki, obejrzał nieco telewizji. A tak? Jestem ofiarą, weteranem, można nawet pokusić się o określenie: bohaterem. Mimo że zaraziłem się najprzyjemniejszą z dróg, a pogrzeb mojej partnerki, francy która mnie zaraziła, aczkolwiek nieświadomie, odbył się wczoraj, w deszczowy poniedziałek. Ciało miała zimne, gdy ją chowano, ale dupcię gorącą na bank.

Ukraińskie feministki wykorzystały ten “świński, diabelski młyn” dla promocji nowego modelu bielizny. Takie oto performance urządziły na placu Niepodległości w Kijowie. Maski i zgrzebna bielizna chronią przed zakażeniem AH1N1. Zgrzebna i wyglądająca jak bandaże bielizna chroni także przed zakażeniem drogą płciową.

ah1n1
fot. Sergei Supinsky/AFP

Nie wiem czy to potrzebne, bo jak człek chory, to nic mu się nie chce. Choć w obliczu epidemii, prokreacja byłaby wskazana, by uzupełnić wymarłe wskutek zarazy plemiona nowymi osobnikami.

I tu zrazu przychodzi mi na myśl Gabriel García Márquez i jego Miłość w czasach zarazy (El amor en los tiempos del cólera). Bo miłość jest lekiem na całe zło, lepszym niż cała apteczka pigułek. A i zakażenie zarazą odbywa się w sposób przyjemny, co powoduje, że ów żal, że padliśmy jej ofiarą, staje się jakby mniejszy.

proces7

Written by procesVII

Listopad 11, 2009 at 12:32 pm

Blogerka

z 34 komentarzami

Zastanawiałem się czy można stworzyć portret przeciętnego i typowego blogera, zwanego przeze mnie “blogopisaczem”. To pewnie trudna sprawa. Choć na pewno nie do zrobienia, istnieje pewien typ człowieka podatny na swego rodzaju ekshibicjonizm, ale i też posiadającego w sobie potrzebę akceptacji. Lub, najzwyczajniej, kogoś kto chce pogadać, ględzić, pogawędzić. Naturalnie ów wspomniany przeze mnie ekshibicjonizm nie ma nic wspólnego z tym całym obnażaniem się. Choć nie wykluczam, że striptizerki – amatorki czy faceci pokazujący fiuty w parkach, również piszą blogi.

Kiedyś pisałem dość obszerne opracowania na temat kobiet z sieci. Szereg z nich zostało wykorzystanych dla przeróżnych prac licencjackich, magisterskich, a nierzadko do poważniejszych dysertacji naukowych.
Przeciętna kobieta żyjąca aktywnie i zaznaczająca swoją obecność w erze www, waży 10% więcej niż przeciętna dla jej wieku, jest również 7 lat starsza, niż  za jaką się podaje (45 letnia korzysta najchętniej z pseudonimu “gorąca kotka37 albo 38″. Na blogach jest cała masa 28 – latek. Kiedy byłem chłopcem, moja mama miała 28 lat przez jakieś 6 – 7 lat. 28, no bo już doświadczona, być może niegłupia, a jeszcze nie taka stara.
Sprytna blogopisaczka poleci na tej “dwudziestce ósemce” jakieś 9 lat. Czyli prawie do czterdziestki. Pięćdziesięciolatki nie kończą pięćdziesiątki do wieku emerytalnego mężczyzn (65 lat). Mówią, że są “po 40 –tce”. A kobiet o wiek się nie pyta, stąd nigdy nie wiadomo, ile po tej czterdziestce są. Średnio 11 – 12 lat.

To tak dla orientacji, ostatnio zaś moje badania koncentrują się na korelacjach pomiędzy blogopisarką, a tym, jaka jest w łóżku. Nie mam jeszcze pełnych wyników badań (ochotniczki chcące poświęcić się trochę badaniom są mile widziane rzecz jasna), bo to trochę musi potrwać, ale kilka zależności zdaje mi się być pewniakami. Im większe przywiązanie kobiety do bloga, do swej marki, tym bardziej drętwa jest w tych – jakby to moja terapeutka powiedziała – i n t y m n y c h  sprawach. Przeciętna i popularna blogowiczka jest zimną dupą, ma szereg kompleksów i nierzadko jest bardzo zaniedbana: posiada wyraźne braki w uzębieniu, pachnie nieświeżo oraz ma takie różne zwały i oponki.
Nie chcę do mych wywodów nadto mieszać kwestii urody, bo w ogóle można wyjść z założenia, że ładne dziewczyny nie mają niczego sensownego do szukania na blogach.

A jak mają się sprawy tematyki blogowej do kobiecego erotyzmu?
Mnie to bardzo zaskoczyło, ale najlepsze i najsmaczniejsze są kobiety piszące o kuchni, dłubiące swoje pamiętniczki z pracy, pieprzące głupotki, wcale niedbające o popularność i ani ciut nieprzywiązane do miejsc czy marek. Przy czym one często pojawiają się na bardzo krótko i trudno je uchwycić w blogosferze. Szkoda. Bo zimne dupy siedzą non stop i nudzą.

W wielu z nas istnieje ten paradoks double bind, w poszukiwaniu oryginalności, nieblogowych blogów. W tym szaleństwie, w poszukiwaniu indywidualizmu, czegoś wyjątkowego, miotamy się tak, jakbyśmy chcieli pozbyć się własnego cienia. W gruncie rzeczy i w końcowym efekcie zbieramy się tam, gdzie coś się dzieje, wcale nie chcemy niczego odkrywać, włazimy w największe blogowe i portalowe kaszany.

Wracając do autorów blogów, które są kobietami, znamiennym jest to, że te piszące o seksie, nie mają o nim zielonego pojęcia. Na pierwszy rzut oka jest to niedorzeczne, absurdalne. Dziwiłem się bardzo, gdy takie napotykałem na swej długiej i nużącej drodze. Ale potem jakoś to logicznie sobie uzasadniłem: facet, który ma świetną orientację w stronach erotycznych, pornograficznych, zna sporo takowej literatury i kinematografii, poznał szereg adresów i zaliczył całą masę agencji towarzyskich, wcale nie musi być dobrym kochankiem. Co notabene wiem z autopsji.
Nie czytuję kryminałów, ale sądzę, że autor bestselleru w tej tematyce wcale nie musi być przestępcą czy poszukującym go detektywem. Może być zwykłą kurą z nadwagą i pisać bardzo popularne rzeczy.

chocolat

A faceci – tak jak kobiety – idealizują sobie, wizualizują i widzą drapieżną kocicę w koronkach i aksamitach kombinacji podniecających słów.
Żaden rozsądny facet nie szuka sobie partnerki czy kobiety na gorący numerek na blogu. Jeśli już w sieci to w jakimś mniej zobowiązującym i bardziej przypadkowym miejscu (czat, ogłoszenie towarzyskie itd.).
Owszem na blogach, w komentarzach, na forach można poflirtować, jeśli ktoś to lubi, ale paradoksalnie, takie praktyki oddalają nas bardziej niż zbliżają. Potem już te kontakty wcale nie różnią się od egzaltacji i podnieceń występujących przy oglądaniu filmów erotycznych, czytaniu romansów czy mocnych porno – powieści. Pewnego dnia wszystko zamienia się w serial albo krzykliwy tabloid. Tak jak wszystko w naszej mizernej zachodniej cywilizacji.

proces7

Written by procesVII

Listopad 7, 2009 at 7:10 pm